Rody uczone (100)


Od uniwersyteckich mistrzów Władysław Czapliński wziął, obok wiedzy, także wzory postaw wobec świata i wobec aktualnych dziejowych zdarzeń, które miały mu przynieść niejedną próbę i postawić przed niejednym trudnym wyborem.

Czaplińscy z Chrzanowskim w tle

Magdalena Bajer

Dziadków po mieczu profesor Marek Czapliński dobrze znał. Bywał w ich domu (kamienicy) w Tarnowie, podziwiał ogród, w którym adwokat uprawiał egzotyczne rośliny, bawił się ze zwierzętami, jakich zawsze było pełno. O szeroko rozgałęzionej rodzinie matki dużo słyszał w swoim dziecinnym domu, ale do Siedlec, gdzie matka się urodziła, pojechał niespełna rok temu, w „podróży sentymentalnej”, oglądając ślady po gniazdach przodków, do których zalicza się... Henryk Sienkiewicz. Obie linie zasłużyły się inteligenckiej tradycji, choć Chrzanowscy mają szlachecki, podlaski, a Czaplińscy mieszczański, galicyjski rodowód.

Stryjeczny dziad przyszłego profesora historii, Czaplińskiego juniora, Ignacy Chrzanowski, należy do klasyków wiedzy polonistycznej, mimo że powojenne władze opatrzyły jego największe dzieło, Historię literatury niepodległej Polski, etykietką „burżuazyjne” i nie zalecały go studentom.

Urodzony w roku 1866, ukończył rosyjski Uniwersytet Warszawski, po czym studiował filologię słowiańską pod kierunkiem znakomitego badacza Władysława Nehringa we Wrocławiu oraz równie wielkiej miary uczonego Aleksandra Brücknera w Berlinie. Uzupełniał studia także w Sorbonie i Collége de France. W roku 1910 został profesorem UJ, mając za sobą kilkuletni okres nauczania w warszawskich szkołach prywatnych. Przeniósł na następne pokolenie wielką polonistyczną tradycję, stając się mistrzem takich badaczy, jak Wacław Borowy, Stanisław Pigoń, Kazimierz Wyka.

Ignacy Chrzanowski, jak większość uczonych tej epoki, kiedy trzeba było Polaków przygotowywać do niepodległości, znaczną część życia poświęcił tworzeniu lub współtworzeniu organizacji społecznych służących kulturze narodowej i pracy w nich. W roku 1896 znalazł się w Komitecie Kasy Mianowskiego. Później został członkiem Akademii Umiejętności, jednym z założycieli Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, należąc także do towarzystw naukowych w Poznaniu i we Lwowie. Wszystkie te gremia były ogniskami pierwszej miary myśli naukowej, a zarazem idei patriotycznych. Stosując tradycyjną dystynkcję romantyzm – pozytywizm, trzeba powiedzieć, iż owocnie łączyły się tam i przenikały wzajemnie obie postawy. A do sylwetki stryjecznego dziada mego rozmówcy dodać jeszcze pracę w redakcjach czasopism naukowych, m.in. „Krytyki”, „Ateneum”, w wydawnictwach i wielki dorobek własnych publikacji. Niektóre z tych tropów pojawiły się w dalszych dziejach rodu, niektóre trwają do dzisiaj.

krakowskie zakorzenienie

Rodzice Marka wzięli ślub w Boże Narodzenie 1939 roku. Matka, córka adwokata, skończyła przed wojną fizykę w UW. To wyjątek w rodzinie z przewagą prawników – brat był sędzią w Siedlcach, a podczas okupacji w tym samym rodzinnym mieście starostą rządu londyńskiego. Aresztowany po wkroczeniu Sowietów, zaginął bez wieści. Zofia Chrzanowska, za namową starszej siostry, polonistki, przeniosła się po studiach do Krakowa, żeby uczyć w najlepszych podwawelskich szkołach. Tam spotkała Władysława Czaplińskiego, który także nie poszedł w ślady swego ojca, sędziego i adwokata, lecz został historykiem, przydając rodzinnej tradycji nowy wątek. Spośród wykształconego rodzeństwa tylko on obrał drogę naukową. Starszy brat studiował medycynę i umarł młodo, zaraziwszy się szkarlatyną, kiedy wyruszył jako ochotnik do szeregów powstania śląskiego. Z młodszych jeden był inżynierem i pracował w Krakowie, podróżując jako ceniony ekspert po świecie, drugi księdzem, całe życie oddanym wychowaniu młodzieży. W Bochni, gdzie wiele lat prowadził bursę, nazwano jego imieniem plac w centrum miasta. Jedyna siostra skończyła polonistykę i uczyła w szkołach, ale męża miała... prawnika. Prof. Marek Czapliński, prezentując swoich krewnych, konkluduje: – Jakoś tak się złożyło, że kolejno ściągali do Krakowa, wobec tego nasza tradycja bardziej jest galicyjska niż królewiacka. Słuchając, myślałam, że to i szczęśliwe, i korzystne z perspektywy późniejszych, zrządzonych przez historię wędrówek oraz osiedleń. Uzbroiło przeciwko kwestionowaniu wszelkich rodzimych tradycji przez powojenne władze.

Ojciec, urodzony w 1905 roku, studiował w UJ historię i historię literatury – pierwszą pod kierunkiem Władysława Konopczyńskiego, drugą między innymi Ignacego Chrzanowskiego, nie przypuszczając, że zostanie mężem bratanicy wielkiego polonisty i zamieszka kiedyś w tym samym domu, co wdowa po profesorze, Wanda. Przez małżeństwo w kręgu rodzinnym znalazła się kandydatka na ołtarze Hanna Chrzanowska, córka Ignacego, jedna z pionierek nowoczesnego pielęgniarstwa, które studiowała w Ameryce, po wojnie organizatorka opieki parafialnej nad ludźmi starymi i chorymi, bliska współpracownica kardynała Wojtyły na tym polu. Do końca jej życia trwały serdeczne kontakty z Czaplińskimi – dzisiaj jest wzorem do naśladowania, choć słyszę, że to szalenie trudne.

Od uniwersyteckich mistrzów Władysław Czapliński wziął, obok wiedzy, także wzory postaw wobec świata i wobec aktualnych dziejowych zdarzeń, które miały mu przynieść niejedną próbę i postawić przed niejednym trudnym wyborem.

Doktorat uzyskał w roku 1927, a dwa lata później otrzymał stypendium Fundacji Kultury Narodowej dla odbycia studiów archiwalnych w Londynie, Paryżu i Wiedniu. Po powrocie uczył historii w krakowskich gimnazjach, dopełniając zarazem rodzinną tradycję nauczycielską i nawiązując do powszechnego obyczaju początkujących uczonych tamtego czasu.

Rok przed wojną Władysław Czapliński habilitował się na podstawie pracy o Władysławie IV, kolejnej już poświęconej epoce Wazów, która była przedmiotem jego zainteresowań naukowych przez większą część życia. Na tę epokę miał poglądy odmienne od głoszonych we wcześniejszej historiografii – przypisywał parlamentaryzmowi pierwszej połowy XVII wieku dobrą jeszcze kondycję i znaczne osiągnięcia.

Okupację przeżyła niedawno założona rodzina Czaplińskich w Krakowie – ojciec zajęty tajnym nauczaniem uniwersyteckim. Miał wtedy już spory i znaczący dorobek naukowy.

nowe – kontynuacja

W 1946 roku Władysław Czapliński został profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego, którego Wydział Historyczno−Filozoficzny współtworzył. W nowych warunkach przeniósł w nowe środowisko główny i podstawowy rys własnego podejścia do dziejów – niezależność intelektualną, wymagającą wtedy odwagi cywilnej. Pamiętam profesora z moich studenckich czasów i opinię o nim, jako „prawdziwym przedwojennym historyku”.

Od roku 1950 był członkiem jeszcze istniejącej PAU i nowo powstałej PAN. W roku 1956 został profesorem zwyczajnym. Kontynuował pracę nad parlamentaryzmem XVII−wiecznym, skupiając wokół tej tematyki grono uczniów, uznane później za szkołę naukową. We Wrocławiu zainicjował badania dziejów Śląska i stosunków tej ziemi z Rzeczpospolitą, co było domeną wielu odkryć, sam zaś skierował uwagę ku nowym obszarom, publikując artykuły i książki o historii państw skandynawskich i polskiej polityce bałtyckiej. Został członkiem Królewskiej Duńskiej Akademii Nauk.

Późniejszy profesor, Marek, przerwał naukę w tradycyjnej galicyjskiej szkole krakowskiej i kontynuował na Oporowie, inteligencko−robotniczym przedmieściu, które jeszcze wtedy nie należało do Wrocławia.

Rodzice, pracując „w mieście” – matka w liceum, ojciec w uniwersytecie, mało byli w domu. Jedynak znał ich wymagania dotyczące szkolnej nauki i zachowania, jakie przystoi młodemu człowiekowi z dobrej rodziny. Wiedział, co jest cnotą, co występkiem, choć te ostatnie – na skalę nastolatka – zdarzały mu się nieraz, ściągając zasłużone kary. Ojciec na co dzień nie okazywał uczuć, ale kiedy syn chorował, siedział przy nim i głośno czytał.

W klasie maturalnej Marek Czapliński miał za sobą parokrotną lekturę Trylogii, a także wielu pamiętników z okresu drugiej wojny światowej i ochotę studiowania w politechnice. Pomysł jednak odrzucił – z obawy, czy podoła wyższej matematyce i także dlatego, że akurat przyszedł do szkoły na praktykę student historii (niebawem starszy kolega), który fascynująco mówił o wojnach napoleońskich.

Podczas studiów był pod wielkim wpływem prof. Henryka Wereszyckiego, który po wojnie znalazł się, ze Lwowa, we Wrocławiu. U niego robił magisterium ze stosunków międzynarodowych przed I wojną światową. Mistrza spotykał także w domu, jako że jego przyjaźń z Władysławem Czaplińskim owocowała częstymi spotkaniami, a trwała przez całe późniejsze życie. Korespondencję z okresu, kiedy Wereszycki zamieszkał w Krakowie, Marek Czapliński przekazał Ossolineum. Listy swojego mistrza do ojca znał wcześniej z głośnych lektur przy śniadaniu. – Wereszycki potrafił zawsze wydobyć to, co jest najważniejsze. Był dla mnie kimś nadzwyczajnym – mówi po latach.

Doktorat ze stosunków międzynarodowych, w roku 1970, wymagałby kompromisów albo uników, napisał więc pracę z historii Śląska, której bohaterem był dziennikarz, polityk i działacz społeczny z Bytomia Adam Napieralski. Habilitacja (1983) z jeszcze innej dziedziny – niemieckiej polityki kolonialnej – pokazuje ewolucję zainteresowań.

nowe – krok dalej

Marek Czapliński para się inną historią niż badacze poprzedniego pokolenia, choć już jego ojca interesowały zagadnienia z pogranicza historii i prawa, nie same dzieje polityczne. W upartym głoszeniu, iż „sejmowładztwo” było tylko jednym z czynników, jakie zgubiły Rzeczpospolitą, widzi teraz wyraźnie spór z ideologicznym schematem lansowanym przez władze.

Prof. Czapliński senior należał do prekursorów żywego dzisiaj nurtu nauki historycznej, zajmującej się życiem codziennym – warstw, środowisk społecznych, wspólnot narodowych. Syn ma w swojej drodze długi etap poznawania „szczególików, jak ludzie żyli, jak myśleli w poprzednich epokach...” Twierdzi, że historia mentalności staje się kluczem do wyjaśniania dziejowych przemian dużej skali. I różnicuje się coraz bardziej – na historię pamięci, struktur myślowych, idei, mitów, zjawisk psychologicznych. W rozwoju nauki ci, którzy zaczynają się liczyć, szukają nowych obszarów, z reguły na pograniczach tradycyjnych dziedzin. I zawsze są tacy, którzy uzupełniają owe tradycyjne zasoby wiedzy. Pograniczami nęcącymi współczesnych historyków są obszary socjologii, literatury, kultury materialnej. Istnieje duży dział historii techniki, nie będący bynajmniej inwentarzem wynalazków, lecz polem dociekania tajników biegu myśli, współzależności potrzeb życia codziennego i pragnień przekraczania jego horyzontu.

Przedmiotem badań historycznych stała się sama nauka w długim ciągu swoich postępów. Prof. Czapliński widzi tu ogromne i bardzo ponętne wyzwanie: Jak rozpoznać, czy jakaś teoria lub metoda była rewolucyjna, czy tylko markowała coś istniejącego, wyrażała na inny sposób rzeczy już odkryte? Czy historię nauki może stanowić jedynie sumowanie dziejów poszczególnych dyscyplin, czy też powstanie synteza przez ujawnienie jakichś nieznanych uniwersalnych mechanizmów rządzących biegiem myśli?

Marek Czapliński ubolewa nad tym, że niewielu historyków w Polsce studiuje dzisiaj dwa kierunki, na przykład historię i prawo (to zdarza się częściej), historię i historię sztuki, historię i ekonomię. Sam miał kłopoty z niedostatkiem wiedzy ekonomicznej, gdy badał mechanizmy działań gospodarczych w XIX wieku. Ciągle eksploruje pogranicza, zajmując się nadal – albo znowu – historią Śląska, ale teraz z perspektywy życia ludzi na tej ziemi, ich mentalności, ich poczucia tożsamości. Wydał niedawno kompendium tej historii. Na koniec rozmowy powiada: – Zrozumiałem, że na te same dzieje istnieje spojrzenie polskich Ślązaków, niemieckich Ślązaków i śląskich Ślązaków. Wszystkie trzeba uwzględniać, choć nie wiem czy da się je pogodzić.