szkieŁko w oku


DIABEŁ TKWI W PROCEDURACH

Piotr Müldner−Nieckowski

To, o czym piszę w tym tekście, wydaje się takim banałem, że aż mi wstyd. Ale muszę o tym napisać, bo niemal codziennie widzę, że banał banałem, a życie swoje. Swego czasu obserwowałem grupę badaczy, którzy bliscy wielkiego sukcesu w kółko powtarzali pewien końcowy eksperyment chemiczny i nic im nie wychodziło. Raz się udało, ale powtórki nie dawały rezultatu. Byli załamani. Sądzili, że są przepracowani, przemęczeni i przez to nie są w stanie utrzymać wymaganej dokładności. Tymczasem okazało się, że zmarnowali rok pracy z powodu głupiego błędu, polegającego na zmianie kolejności niektórych etapów postępowania. W czasie pierwszej (tej udanej) próby nie zanotowali, w jakiej kolejności należy zmieniać ciśnienie, a w jakiej temperaturę. Wydawało im się, że to nie ma znaczenia i że trzeba postępować tak, jak we wszystkich znanych im procesach syntezy, gdy akurat tym razem właśnie należało działać odwrotnie. Przebieg ich męczarni można porównać do brawurowej akcji domorosłego elektryka, który najpierw naprawia lampę, a dopiero potem odłącza zasilanie. Niby wynik powinien być zadowalający, sto razy naprawiał układy bez wyłączania sieci i nigdy go prąd nie kopnął. Jednak po sto pierwszej naprawie trafił do szpitala na salę reanimacyjną.

Pewnego razu znajomy poprosił mnie o radę w sprawie naprawy podłogi, bo słyszał, że mam pewne doświadczenie w układaniu klepek. Chodziło o wymianę uszkodzonej deszczułki pośrodku przedpokoju. Powierzchnia niewielka, ale kłopot duży, bo klepki są połączone na pióro i nie da się ich wyjąć bez rozebrania części podłogi. Poradziłem mu, żeby przed rozebraniem ponumerował deszczułki i na kartce narysował, w jakiej kolejności idą te numery, a po wymianie spróchniałego fragmentu ułożył podłogę na nowo zgodnie z numeracją. Dwie godziny roboty. Pokiwał taktownie głową, ale czułem, że pomyślał sobie: „No, ten Müldner nie ma piątej klepki! Ja mam numerować podłogę?” I nie ponumerował. Walczył z tą podłogą jakieś pięć miesięcy. W końcu po licznych dyskusjach z żoną wezwał fachowca, który zażądał kupienia nowej partii deszczułek i zrobił całą posadzkę od początku, pobierając za to słoną opłatę. Pomyślałem: kto tu nie ma piątej klepki? Pikanterii dodaje fakt, że ów właściciel podłogi jest znanym lekarzem, który rygorystycznie stosując się do procedur w medycynie, zapomniał o nich w życiu codziennym. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek łamał podręcznikowe zasady operowania wyrostka robaczkowego, w przeciwnym razie już dawno siedziałby w więzieniu.

Był w podobnej sytuacji, co owi badacze, którym nie udawało się doświadczenie. Niecierpliwy i z lekka zadufany zaniechał najważniejszego – planu, w którym zostaną uwzględnione rzeczywiste warunki działania. Uznał, że skoro w życiu tyle już udało mu się dokonać, to na pewno wszystko wie. Wyobraził sobie, że klepki w jego podłodze są jednakowe (przecież to widać gołym okiem), gdy tymczasem żadna nie jest podobna do drugiej, a ułożone w odmiennej kolejności niż pierwotnie, nie mogą do siebie pasować, przesunięcia będą zbyt duże. Typowy błąd, polegający na idealizowaniu własnych umiejętności i lekceważeniu parametrów pozornie pobocznych. Milimetr w tę, czy milimetr w tamtą – nie ma znaczenia, przecież to żadna różnica, ale w ostatecznym rachunku owe milimetry zsumowały się do centymetrów. Rozległe szpary w podłodze musiały powstać.

W obydwu opisanych sytuacjach mamy do czynienia w istocie z tym samym problemem zaniechania. W eksperymencie najpierw zwiększano temperaturę, a potem ciśnienie, gdy trzeba było postępować odwrotnie; pominięto procedurę szczegółowego opisu pierwszego doświadczenia i zabrakło podstaw do jego weryfikacji. W układaniu podłogi najpierw rozebrano posadzkę, a dopiero potem próbowano ustalić, w jakiej kolejności przebiegała rozbiórka.

Przypomniały mi się te sprawy w związku z głośną przygodą pewnego dziennikarza, który przyjechał na lotnisko JFK w Nowym Jorku o, jego zdaniem, odpowiedniej porze, to znaczy zgodnie ze wskazaniami zegarka. Niestety, samolot był już w tym czasie w powietrzu. Pan redaktor natychmiast udał się do stanowiska właściwych linii lotniczych i zrobił tam awanturę, grożąc, że wystąpi o milionowe odszkodowanie, a najpierw o wszystkim opowie w swojej telewizji. Zażądał nazwisk osób odpowiedzialnych za wcześniejszy odlot, zapewnienia hotelu i całodobowego wyżywienia. Wpadł w furię, kiedy rozumna urzędniczka zapytała go, czy aby jego zegarek dobrze chodzi. Demonstracyjnie podstawiał więc chronometr licznym gapiom pod nos i pełen pychy pytał, czy widzą, że wskazówka sekundnika obraca się wokół osi. Zegarek chodził jak najbardziej. Tylko że wskazywał czas środkowoamerykański, a Nowy Jork jest na wschodzie. Zanim jednak nieszczęśnik to zrozumiał, jak spod ziemi wyrośli reporterzy z telewizji konkurencyjnej i ku uciesze Amerykanów nadali ten cyrk na żywo.

e−mail: pmuldner@mp.pl