Musiałem ostatnio przejrzeć kilka roczników gdańskiego „Przeglądu Politycznego” i, jak zwykle w takich razach, czytałem nie tylko teksty, których w związku z moją pracą potrzebowałem, lecz także publikacje, które dawniej w lekturze pominąłem. Wśród tych ostatnich odnalazłem znakomity artykuł Jana Hartmana „Profesory i chamy” (nr 59/2003). Zajął się w nim autor kwestią nieuctwa uczonych. I właściwie nie wiem, jak ten termin potraktować. Można bowiem przyjąć – poza już użytym – kilka wariantów jego zapisu: 1. „nieuctwo uczonych”, 2. „nieuctwo” uczonych i 3. nieuctwo „uczonych”. Pierwszy nie budzi wątpliwości. Jeśli chodzi o drugi, pisze Hartman: „Powyżej pewnego stopnia kultury umysłowej i wykształcenia w zasadzie każdy uczony czuje się ‘niedoukiem‘ – ma dojmujące poczucie niewiedzy i niekompetencji oraz braków w wykształceniu ogólnym”. Ten stan wydaje się stanem naturalnym – nikt z nas nie potrafi wszak sprostać w tym względzie własnym ambicjom. Zresztą poczucie „niedouctwa” bez wątpienia wzrasta wraz ze wzrostem poziomu wiedzy: dopiero wiedząc coś naprawdę, dowiadujemy się o tym, czego nie wiemy. I nic w tym dla człowieka wiedzy i nauki ujmującego – ten typ „nieuctwa”, w dodatku „nieuctwa” uświadomionego, wynika z kondycji współczesnej nauki.
Najgorszy jest wariant trzeci, a o ten właśnie Hartmanowi chodzi. Trafnie zauważa on, że „posiadanie przez kogoś tytułu profesora jest tylko poszlaką, że jest to ktoś inteligentny i kompetentny, ale w żadnym wypadku nie jest gwarancją, że jest to uczony lub choćby osoba ogólnie wykształcona”. Prawda to najszczersza z możliwych. Wszak nie tak dawno słuchałem wywodów rektora jednej z naszych uczelni, który mówił po niepolsku, przeświadczony zapewne, że wypowiada się poprawnie, że te wszystkie „przyszłem” i „tu pisze” to już formy powszechnie obowiązujące. Jeszcze nie, ale w końcu trudno mieć pretensje do ludzi, którzy odważnie wyprzedzają swój czas. Rzecz w tym, że to właśnie za ich sprawą identycznie postępują młodsi koledzy (koleżanki też) oraz studenci (i studentki). Przykładów tej radosnej twórczości jest bez liku.
Oto jeden z nich. Goszcząc u koleżanki z zakolegowanej uczelni, zostałem na czas jakiś pozostawiony sam w jej gabinecie. Znudzony oczekiwaniem, zacząłem, choć to zapewne nieeleganckie, przeglądać upchany na regałach stos prac magisterskich. Wybierałem je przypadkowo, a zatem można tu mówić o próbie losowej. Każda – podkreślam: każda – praca była swoistą demonstracją językowej niekompetencji. Zważywszy, że chodzi o prace z zakresu filologii polskiej, należałoby bić na alarm. Ale wiem, że nikt tego nie uczyni i wiem dlaczego. Dlatego po prostu, że zwrócenie na to uwagi byłoby drastycznym naruszeniem wykształconych norm postępowania. Normy te co prawda pozostają w niezgodzie z zasadami, które winniśmy wyznawać, lecz... No właśnie, tu zaczyna się problem, z którym chyba w makroskali poradzić sobie nie sposób.
Nawet nie o to chodzi, by komuś szkodzić, o jakąś „nielojalność” wobec koleżanek i kolegów. Sprawa jest bardziej złożona i – na swój sposób – delikatna. Bo oto, powiedzmy, prosi mnie koleżanka, bym był recenzentem pisanej u niej pracy doktorskiej. Propozycja pada, jak to się często zdarza, w trakcie konferencji czy innego spotkania. Ponieważ wysoko cenię panią profesor, mam szacunek dla jej naukowego dorobku, przeto, niejako w ciemno, godzę się napisać tę recenzję. Gdy jednak poczta przynosi mi pracę, którą mam ocenić, okazuje się, że z jakichś względów koleżanka niespecjalnie przyłożyła się do kierowania pracą doktoranta. W miarę postępującej lektury popadam w popłoch i przerażenie. No nie, myślę sobie, zżymając się przy kolejnym akapicie, nie powinienem tego puścić!
No nie, zaraz sam sobie zaprzeczam, nie mogę zrobić takiego numeru mojej koleżance, która, jakby nie było, pracę uznała za godną obrony, przyjęła ją, a tym samym swym – niemałym przecież – autorytetem zaświadczyła o jej naukowych walorach. Walorów co prawda – poza frapującym, ale też całkowicie „położonym” tematem pracy – doszukać się nie potrafię, ale też nie mam zamiaru zrobić koleżance „świństwa”. Wiem przecież, że musiała mieć jakieś powody, dla których ów doktorat dopuściła do dalszych procedur. W trakcie zastanawiania się raz jeszcze przeglądam pracę, sprawdzam własne, poczynione na marginesach, uwagi. Może to aż tak złe nie jest? Ale nie – jest złe, jest żałosne. A może – popadam w panikę – to ja mam zbyt wygórowane wymagania?
Uff. Na szczęście to nie ja się z tym męczę. Męczy się natomiast jeden z moich przyjaciół, który, przerażony powstałym problemem, dał mi tę pracę do czytania. To on jest recenzentem. Ja mam tylko mu pomóc podjąć decyzję. Teraz siedzimy przy winie i wspólnie zastanawiamy się, jak z tego wybrnąć. Proponuję, żeby jednak odmówił recenzowania. Ale nie, on na to, przecież wiesz, jak jest. Niby wiem, ale dlaczego mam to akceptować? Z drugiej strony, trochę jednak głupio zmiażdżyć tego doktoranta. Bo to oznacza zmiażdżenie naszej naprawdę wybitnej koleżanki. No, może nie aż zmiażdżenie, lecz przecież jakby wykazanie braku profesjonalizmu. No a jeśli nawet nie braku profesjonalizmu, to niesolidności. A takich rzeczy przecież się nie robi. Jak bowiem trafnie zauważa Hartman: „Żaden wewnątrzkrajowy system recenzyjny – czy to dotyczący nadawania stopni naukowych i tytułu profesora, czy to grantów na badania naukowe – nie jest w stanie przezwyciężyć logiki solidarności w małych grupach”. W związku z tym – wraz z upowszechnianiem szkolnictwa wyższego – mieć będziemy coraz więcej prac magisterskich na poziomie średnich prac dyplomowych w szkole średniej i coraz więcej doktoratów na poziomie średnich prac magisterskich. Czy jest z tego wyjście? Otóż z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że z tego nie ma wyjścia. Tym bardziej, że nie jest to jedynie kwestia nauki polskiej, ale, co Hartman podkreśla w swym artykule, także i innych krajów, w tym i zachodnich.
Nadzieja w tym, że przynajmniej na poziomie habilitacji – o ile habilitacje zostaną utrzymane – można będzie ów proces obniżania poziomu zatrzymać.