|
Między administratorami i administrowanymi, reformatorami i reformowanymi istnieje zawsze pewne nie-porozumienie, wzajemne niedoinformowanie. Reformatorzy nigdy nie dość skutecznie propagują swoje działania, reformowani nigdy nie dość uważnie odbierają nadawane w ich kierunku komunikaty. Między jednymi i drugimi występuje też często konflikt interesów. Nie zawsze bowiem to, co dobre dla reformowanego systemu, jest doraźnie dobre dla jednostek.
Tak jest też dzisiaj w przypadku naszego środowiska akademickiego. Ci, którzy - nierzadko już od dziewięciu lat - zajmują się administrowaniem i reformami, przesiąkli pewnym typem myślenia, nie chcę powiedzieć - zurzędniczeli, ale mają swoje sposoby reagowania, nastawione czasem bardziej na paragrafy niż na żywych ludzi. Czasami przekonani są o swej nieomylności, sądzą, że to, co robią jest najważniejsze, czasem wprowadzane właśnie rozwiązania prawne, finansowe czy organizacyjne uważają za jedyne możliwe a instytucje właśnie powołane - za konieczne. Milcząca większość, która nie bierze udziału w opracowywaniu nowych rozwiązań, a raczej jest ich przedmiotem, też czasami zabiera głos. Najczęściej poprzez swych pojedynczych, niezadowolonych przedstawicieli. To wtedy możemy usłyszeć, że ta czy inna instytucja jest niepotrzebna, źle funkcjonuje, pochłania zbyt wiele pieniędzy... Odpowiedzią reformatorów bywa zniecierpliwienie, machnięcie ręką. Z ich wąskiego kręgu sprawy wyglądają inaczej. Poza tym, reformatorzy są zmęczeni. Poświęcili kilka lat życia zajęciom odległym od własnych zainteresowań naukowych. Pracują więcej niż inni, nie mają siły, by tłumaczyć swe koncepcje. Tyle już przecież nadyskutowali się w swoim gronie. Odsiedzieli tyle wielogodzinnych konferencji. Zbywają więc niechętnych zmianom, niecierpliwią się ich obiekcjami, lekceważą oponentów. Myślą: Przecież większość poprze nasze rozwiązania, bo są one obiektywnie dobre.
Tak się składa, że nasz miesięcznik jest w większym stopniu pismem reformatorów niż reformowanych. Na naszych łamach ukazują się wciąż artykuły uczonych związanych z Radą Główną, z Komitetem Badań Naukowych, z Centralną Komisją. Stale obecny jest też punkt widzenia MEN. Chcemy być jednak pismem całego środowiska, a ono, jak każde - jest zróżnicowane. Są tu zwolennicy pozostawienia Centralnej Komisji i jej przeciwnicy, są admiratorzy KBN i osoby ostro go krytykujące. Nie do nas należy orzekanie, kto z nich ma rację. Nasze zadanie polega na przedstawianiu koncepcji jednych i drugich. Jednym i drugim powinniśmy dawać możliwość wypowiedzi. Rozumieć zniecierpliwienie reformatorów, ale też nie zamykać oczu na niezadowolenie reformowanych, gdy się ono pojawia. Nagłaśniać krytykę złych rozwiązań i oddawać głos ich autorom, gdy chcą się wytłumaczyć. Dopiero obecność obu perspektyw daje bowiem obraz pełni zjawiska, jakim jest reforma systemu nauki i szkolnictwa wyższego.
Grzegorz Filip
|