|
Leszek Szaruga
Jak łatwo zauważyć, tytuł niniejszego felietonu łączy w całość dwa zdawałoby się zupełnie
odrębne zagadnienia. Czym innym bowiem zdają się być oszustwa naukowe, czym innym natomiast
jest permanentne oszukiwanie nauki (przez obiecujących jej pieniądze polityków, w tym, i
owszem, także profesorów; to zresztą interesujący przypadek, gdy naukowiec ekonomista ma
szansę przeprowadzenia eksperymentu gospodarczego, którego efektem ubocznym staje się
ekonomiczna ruina nauki - co pewnie skwituje on sam znanym skądinąd powiedzonkiem o wiórach,
które lecą wówczas, gdy drwa się rąbie). Wbrew pozorom jednak te dwa połączone w tytule tematy
tak znów bardzo od siebie odległe nie są. Jaki stan owej nauki, taki jej i poziom.
Nawiązuję tu do znanej z prasy afery wokół pracy habilitacyjnej przedstawionej przez dr
Andrzeja Wilczyńskiego z wrocławskiej Akademii Medycznej, gdzie, obok opracowanych przez
autora wyników, znalazły się badania, których być nie mogło. Ale to, oczywiście, tylko, ledwo
zresztą widoczny, czubek olbrzymiej, już przyrośniętej do dna (etycznego) góry lodowej. Rzecz
w tym, że w naszym życiu naukowym ochrona dóbr intelektualnych pozostawia o wiele więcej do
życzenia niż swego czasu ochrona praw autorskich w Sowietach. Zrzyna się, wykorzystuje prace
innych, szczególnie młodszych koleżanek i kolegów, fałszuje, i, nazwijmy to delikatnie,
"kompiluje" na całego. Jak zwykle w takiej sytuacji, trudno kogoś wskazać palcem, gdyż
przeprowadzenie dowodu jest skomplikowane, czasem nawet bardzo, zaś "pomówiony" z nieznośną
lekkością, godną bytu Kundery, wygra sprawę przez wszelkimi sądami koleżeńskimi, nie mówiąc
już o sądach naszych powszechnych. Większość z nas, szczególnie humanistów, zna te godne
pożałowanie przypadki dopisywania się do cudzych osiągnięć lub wręcz ordynarnego
przywłaszczania ich sobie. Nie sposób jednak tego ruszyć, już nie tylko ze względu na kłopoty
związane z przeprowadzeniem dowodu, lecz także dlatego, iż nie jest to w środowisku mile
widziane. To się wie, ale o tym się nie mówi...
Niezależnie od tej niewłaściwej postawy środowiska warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że
przynajmniej jedno można by w tej kwestii załatwić. Można mianowicie załatwić ochronę tych,
którzy sprawę podnoszą. Komentując aferę wrocławskiej Akademii Medycznej pisał bowiem na
łamach "Rzeczypospolitej" dr Marek Wroński (z Nowego Jorku, a zatem z bezpiecznego oddalenia):
"W USA wydano nawet specjalne przepisy federalne, które zabezpieczają «informatorów» przed
zemstą «kolegów» i przełożonych. Podobne przepisy powinny być wprowadzone do nowej ustawy o
szkolnictwie wyższym, jeśli uważamy, że polscy naukowcy powinni reagować na oszustwa naukowe".
Osobiście uważam, że reagować powinni. Więcej nawet: postuluję stworzenie grupy nacisku, która
by dążyła do jak najszybszego wprowadzenia w Polsce takich przepisów w życie.
I nie jest przypadkiem, że tenże autor wystąpił z jeszcze jednym postulatem, pisząc: "Polska
powinna mieć, na wzór Danii, swój własny Komitet ds. Nieuczciwości Naukowej, który podobne
sprawy będzie wyjaśniał kompetentnie, bez opóźnień i kumoterstwa. Komitet ten administracyjnie
powinien być usadowiony w Komitecie Badań Naukowych, który zapewni obsługę finansową i
administracyjną". Ten postulat na pewno nie stanowi efektu rozpoznania jednego tylko skandalu
- jak można zasadnie przypuszczać, jest on próbą odpowiedzi na dość rozpowszechnioną praktykę
oszustw wielkich, dużych i małych. A nawet całkiem malutkich: mniej lub bardziej kamuflowanych
plagiatów, naciągań wyników pod tezę oraz innych pseudonaukowych czynności.
Będzie ich coraz więcej, gdyż autentyczne talenty naukę porzucają, a ich miejsce zajmować
zaczynają miernoty, które nigdzie już nie potrafią się urządzić, nie mają dokąd uciekać przed
nędzą. Jak piszą członkowie Komitetu Ratowania Nauki Polskiej w stanowiącym już wyłącznie akt
rozpaczy apelu do społeczeństwa, "nauka znalazła się w stanie zapaści i już za kilka lat nie
będzie kto miał przyswajać krajowi najnowszych zdobyczy nauki światowej ani wykładać w
wyższych uczelniach, a w szkołach będziemy mieli coraz marniejszych nauczycieli". (Jakby kto
pytał, to proszę pamiętać, że zgłaszam do tego apelu akces, podpisuję się pod nim oboma
rękami!) Oczywiście, aż tak źle nie będzie - miał kto wykładać w uczelniach wyższych w okresie
stalinowskim, będzie miał kto wykładać i w przyszłości. Inna sprawa, że dialog między
studentami a naukowcami stanowiącymi produkt polskiej gospodarki rynkowej przypominać będzie
rozmowę gęsi z prosięciem, zaś młodzież na pytanie, co to jest miał węglowy, dostanie
odpowiedź, że miał węglowy wzrok, jak każdy bałwan. Może to się nawet okazać interesujące z
literackiego punktu widzenia, lecz należy żywić obawy dotyczące skuteczności kreowania w
takiej rozmowie jakichś wartości poznawczych w naukowym rozumieniu tego pojęcia.
Mam jednak pewne wątpliwości dotyczące następującego fragmentu cytowanego apelu: "Niech żaden
radny i żaden poseł nie może liczyć na ponowny wybór", jeśli, rzecz jasna, nie uczyni czegoś
dla nauki ratowania. Obawiam się, że wtedy rzeczywiście żaden poseł i żaden radny nowego
wyboru się nie doczekają. Rzecz w tym bowiem, proszę szanownych koleżanek i kolegów, że ci
działacze i politycy naprawdę nie są w stanie pojąć grozy sytuacji ani nie potrafią zrozumieć,
dlaczego mianowicie wymaga ona naprawy. To dla nich za trudne. Oni "nie rozumiom". Nawet jeśli
dźwigają brzemię naukowego tytułu, który im w tej chwili zdaje się potrzebny, nawiasem mówiąc,
jak piąte koło u wozu. Znaleźliśmy się, proszę państwa, w łapach demokratów, a oni przecież
nie będą wyrzucać pieniędzy na elity.
Smutna to dla mnie satysfakcja stwierdzić, że wrzeszczę na ten temat na tych łamach, co
sprawdzić wszak nietrudno, co najmniej już od dwóch lat. Żeby się budżet dobrze zbilansował,
znów obetniemy nauce i szkolnictwu, ale za to kupimy rakiety dla "Huzara". Huzar z rakietą to
zawsze lepiej niż ułan z lancą. Przynajmniej potomkowie nie będą nam mieli za złe, że znów się
porywamy z szablami na czołgi.
|