Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 1/1999

Cień mistrzów
Poprzedni Następny

Był to, w moim pojęciu,
złoty okres w dziejach Uniwersytetu Warszawskiego.

Rozmowa z Marią Danilewicz Zielińską,
polską pisarką mieszkającą w Portugalii

Maria Danilewicz Zielińska (ur. 1907 w Aleksandrowie Kujawskim), krytyki literacki, bibliotekarz, studiowała polonistykę i romanistykę w UW. Od 1929 do wybuchu wojny pracowała w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Współpracowała z Polskim słownikiem biograficznym, publikowała w prasie. W 1939 znalazła się w Paryżu, gdzie pracowała w PCK, a następnie w Bibliotece Polskiej. Od 1942 pracowała w Komitecie Opieki w dziale pomocy dla kraju. Potem kierowała Biblioteką Polską w Londynie. Publikowała w londyńskich czasopismach. W 1947 zdała egzamin bibliotekarski w Library Association. Działała w zarządach Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, Towarzystwa Historycznego, i Polskiego Towarzystwa Naukowego na Obczyźnie. Publikowała stale w "Wiadomościach", "Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza", "Tygodniu Polskim", "Kulturze". Jako krytyk literacki współpracowała z Radiem Wolna Europa i Głosem Ameryki. W 1960 uzyskała doktorat w PUNO na podstawie pracy o życiu naukowym dawnego Liceum Krzemienieckiego. Jest autorką powieści, opowiadań i szkiców o literaturze emigracyjnej. Mieszka w Portugalii.
Władysław Tatarkiewicz

Gdy w latach dwudziestych podjęła pani studia w Uniwersytecie Warszawskim, czuło się jeszcze euforię z powodu odzyskania niepodległości. Uczelnia to były również nazwiska świetnych profesorów.
- Kusi mnie, aby opowiedzieć panu o moich czasach uniwersyteckich, które przypadały na lata 1924-1929. Był to, w moim pojęciu, złoty okres w dziejach Uniwersytetu Warszawskiego. Świadczy o tym mój przechowywany po dziś dzień indeks, w którym widnieją podpisy profesorów, zajmujących pierwszorzędne miejsce w dziejach nauki polskiej: Kotarbińskiego, Tatarkiewicza, Ujejskiego, Witwickiego i filologa klasycznego Tadeusza Zielińskiego. Jest to plejada nazwisk, które do tej pory żyją w świadomości. Moim wielkim przywilejem było to, że mogłam ich słuchać jednocześnie. Mam zakodowaną w pamięci aulę uniwersytecką, przepełnioną słuchaczami na improwizowanych wykładach prof. Tatarkiewicza. Miał urzekający dar słowa. Zamieraliśmy niemal w zachwycie. Mam wrażenie, że nawet jeśli pod koniec wykładu trudno byłoby nam go streścić, pozostawał nastrój, który zachęcał do lektur i poszukiwań. Nikomu innemu nie udawała się podobna sztuka. Może nie był umysłem zbyt oryginalnym, ale świetnym adwokatem filozofów, o których mówił. Jeśli wykładał o Sokratesie, to potrafiliśmy sobie wyobrazić tego myśliciela, jak żywego.

- Głównym pani przewodnikiem i mistrzem stał się profesor Józef Ujejski?
- Gdy prof. Ujejski wydobywał z zapomnianych roczników czasopism warszawskich stare recenzje teatralne ze złotego okresu scen stołecznych i czytał wyjątki tych tekstów, natychmiast ożywał świat sprzed ponad stu lat. O tym, jak był sugestywny świat przedstawiony przez Ujejskiego świadczy pośrednio dorobek Bohdana Korzeniewskiego, znanego teatrologa, który był ulubionym uczniem Ujejskiego. Zapałał taką miłością do historii teatru pod wpływem naszego mistrza. Byłam z prof. Ujejskim w bardzo bliskim i serdecznym kontakcie, może dlatego, że pod jego wpływem zaczęłam pracować nad podolskim poetą Tymonem Zaborowskim. Poruszałam się w tej pracy torem wytyczonym przez profesora, który napisał książkę o Marii Malczewskiego, a więc o autorze bliskim w czasie mojemu Zaborowskiemu.

Władysław Witwicki

- Czy słuchała pani wykładów Kotarbińskiego? Podobno mówił sucho i dosyć zawile?
- Wykłady prof. Kotarbińskiego wyraźnie kontrastowały z wykładami dwóch profesorów, o których opowiadałam. Może nie były tak efektowne, bardziej suche i trudne. Charakter ich sprawiał, że nie wszyscy studenci na nie uczęszczali. Ja chodziłam na nie bardzo pilnie. Wynosiłam z tych wykładów dużo więcej niż tylko rozeznanie w kierunkach filozoficznych. Przekonałam się o tym dopiero później. To, co stało się fundamentem prakseologii, już było czytelne w tych wykładach. Wiele uwag profesora było dla mnie przewodnikiem w życiu i pracy.

- A studenci? Przecież były to lata po wojnie roku 1920?
- W pierwszym okresie po 1920 roku w naszej uczelni było duże zróżnicowanie studentów pod względem wieku, obok osiemnastolatów zdarzali się również koledzy w okolicach trzydziestki. Widziało się jeszcze słuchaczy, paradujących w podniszczonych kurtkach wojskowych, którzy dopiero po roku 1921 mogli uzupełniać swoje wykształcenie akademickie, przerwane przez pierwszą wojnę światową, a potem przez wydarzenia z lat 1918-1920. Należałam do pierwszego pokolenia mniej więcej normalnie studiujących.

Fot. Stefan Ciechan
Uniwersytet Warszawski

- Podobno na wykłady chodzili wszyscy?
- Na wykładach Ujejskiego i Tatarkiewicza widziało się siedzących w pierwszych ławkach starszych kolegów polonistów, których nazwiska przeszły później do historii. Takim starszym kolegą był Tadeusz Makowiecki, późniejszy profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Przychodził Bogdan Suchodolski, autor wielu książek, które cieszyły się ogromnym zainteresowaniem, choć muszę powiedzieć, że jego zachowanie po wojnie nie wzbudza we mnie zachwytu. Moją starszą koleżanką była historyczka sztuki i polonistka Zofia Rothertowa. Jej książka o kolędach nie straciła po latach niczego z walorów poznawczych. Studia opierały się na stale zmienianych i ulepszanych programach. Za moich lat i ku mojemu pechowi dokonana była zmiana programu egzaminów i wymagań.

- Wiele razy chciałem o to zapytać, jak to się stało, że mając inne możliwości, zatrudniła się pani w Bibliotece Narodowej, która wówczas dopiero powstawała? Był to przypadek czy świadomy wybór?
- Przed zdaniem ostatnich egzaminów według nowego programu zaczęłam się już rozglądać za pracą. Nie chciałam być nadal ciężarem dla rodziców. Chciałam jak najszybciej zdobyć samodzielność finansową. Miałam trzy możliwości. Mogłam iść do pracy w szkole i poświęcić się nauczaniu. Praca pedagogiczna wybitnie mi nie odpowiadała. Uważam, że nie mam talentu w tej dziedzinie. Moim problemem zainteresował się brat matki, wuj, który pracował w "Kurierze Warszawskim". Miałam więc możliwości praktyki dziennikarskiej, a potem nawet i pracy. Ponieważ jednak byłam córką swego ojca, a mój ojciec nie był wielbicielem "Kuriera", ta możliwość także mnie nie interesowała. Ale wuj miał przyjaciela, który był dyrektorem dobrego liceum. W ramach praktyki miałam chodzić na lekcje tamtejszego polonisty. Czyniłam to dość pilnie, jednak do czasu. Kiedy na jednej z lekcji nauczyciel rysował na tablicy wykresy bólu Kochanowskiego po stracie Urszuli, po prostu uciekłam z klasy, zostawiając parasolkę. I nigdy się już w tym gimnazjum nie pokazałam.

- Tak czy inaczej, musiała pani w końcu trafić na Dembego. Był to bardzo groźny człowiek. Bali się go wszyscy.
- Zbiegając materiały o Zaborowskim robiłam dodatkowe poszukiwania. Przypadkiem usłyszałam, że są jakieś jego listy w zbiorach Kraszewskiego, które nabyła Biblioteka Narodowa, wówczas w stanie organizacji. Na to, aby uzyskać zgodę korzystania z tych archiwaliów, trzeba było zgłosić się do Stefana Dembego. Cieszył się opinią bardzo surowego i trudnego. Wydawało się beznadziejną sprawą, że ktoś do niego przyjdzie i od razu uzyska aprobatę i pomoc. Jednak zaryzykowałam i dotarłam do niego. Okazało się, o czym nie wiedziałam, że Demby znał dobrze mojego wuja Ludwika Korotyńskiego, którego nazwałam "człowiekiem z kurzu". Stosunek Dembego do mnie, gdy padło nazwisko wuja, z minuty za minutę zmienił się. Bez przeszkód udostępnił mi bardzo ciekawe materiały źródłowe. Mało tego, pozwolił, abym przy małym stoliczku w jego gabinecie robiła notatki. Przypadkiem zupełnie zaczepiłam się o Bibliotekę Narodową. Obecnie figuruję w historii BN, jako jedyna żyjąca pracownica pierwszego rzutu, który uruchamiał tę prestiżową książnicę.

Rozmawiał
WŁODZIMIERZ PAŹNIEWSKI

Uwagi.