|
Informacja napędza rozwój cywilizacji. Zdaniem futurologów,
będzie stanowiła w przyszłym wieku podstawowy "materiał" pracy
większości ludzi, najbardziej pożądany towar.
Nadchodzą czasy informacji; owszem, już są.
Paweł Misiak
 |
Internet jest jak pierwotna puszcza.
Dziki, chaotyczny rozrost wszelkiej flory. |
Przedświąteczna i przednoworoczna gorączka zakupów dała o sobie znać w minionym 1998 roku bardzo mocno. Nie wiem, jak to jest w Japonii. Sądząc jednak z opowieści korespondentów massmedialnych oraz bywałych w świecie kolegów, w tym względzie próbujemy stać się drugą Ameryką. Objawem tego trendu są między innymi dziesiątki druków z informacjami o promocjach, przecenach i wyprzedażach.
Wyszarpując kolorowe ulotki i broszurki ze swojej ciasnawej skrzynki pocztowej adiunkt P. ubolewał nad losem światowych lasów, a także nad wzrostem zanieczyszczenia miejskiego środowiska, jako że skup makulatury działa niemrawo, a i dziatwa szkolna czy harcerze nie polują na niepotrzebne papiery tak, jak niegdyś. Natłok druków pojawiających się w poczcie zawsze przyprawiał P. o drżenie wywołane obawą, iż pośród kolorowych kartek pełnych "superokazji", zaginie ważny list lub kartka. Dlatego przeglądał starannie całą otrzymaną pocztę, szczególną uwagę zwracając na przesyłki z wypisanym adresem. Selekcjonował tym samym napływające doń dane w poszukiwaniu cennej dla siebie informacji.
Innym powodem do niepokoju, pojawiającego się w duszy adiunkta, była spora liczba przesyłek, słusznie zwanych za oceanem junk mail - wyraźnie do niego adresowanych, lecz zupełnie nie oczekiwanych. Pocieszał się, że działająca od niedawna ustawa o ochronie danych osobowych ukróciła nieco proceder wysyłania niechcianej poczty pod konkretne adresy. Wciąż jednak znajdował nowe dowody, iż jego dane figurują w jakichś komputerowych bazach jakichś nieznanych mu firm, choć nigdy nie wyraził na to zgody. W tym względzie P. czuje silne pragnienie anonimowości.
O tych i innych sprawach rozmawialiśmy w przedsylwestrowy wieczór w mieszkaniu P., wspomagając intelekt i wyobraźnię różowym martini. Doskonały trunek, luźna atmosfera i błąkające się na obrzeżach świadomości nastroje millenijne sprzyjały wzlotom myśli w obszary zgoła nieoczekiwane.
DANE KAŻDEMU...
Rozmawialiśmy o życiu w czasach informacji (co brzmi trochę jak "czasy reformacji"). Dla P. - naukowca z ambicjami intelektualnymi - żyć oznacza wiedzieć. Uświadomił sobie jasno, że bycie w świecie polega na ciągłym wchłanianiu, przetwarzaniu i produkowaniu danych oraz informacji. Na tym między innymi polega jego działalność jako naukowca-teoretyka. Również praca dydaktyczna jest, w pewnym ujęciu, przetwarzaniem danych w informacje. Informacje - dane o określonej wartości - są przekazywane w trakcie zajęć studentom, w celu dalszego przetworzenia w wiedzę, czyli zbiór, a raczej system informacji powiązanych ze sobą.
Obcowanie człowieka ze światem informacji jest wyznaczone dwiema granicami: zalewem danych i ich całkowitym brakiem. Wielu ludzi, w szczególności adiunkt P., porusza się pomiędzy tymi skrajnościami, próbując poskładać sobie w miarę spójny obraz otaczającej go rzeczywistości, dąży do osiągnięcia jak najwyższego stopnia wiedzy. Dotyczy to życia codziennego, a w sposób spotęgowany - działalności naukowej. Informacyjny ekstremizm - niedostatek danych albo ich nadmiar - zarówno w życiu, jak w nauce prowadzi w kierunku przeciwnym. Przy braku danych sprawa jest oczywista: informacja, a więc i wiedza nie ma z czego powstać. Nil esse creari de nilo, jak słusznie przed ponad dwoma milleniami zauważył Lukrecjusz. Przy nadmiarze danych problemem staje się niemożność ich przetworzenia w informację, czyli nadania znaczenia.
Na tę drugą granicę natrafił P. w trakcie swych pierwszych doświadczeń z Internetem. Z jednej strony ogromne bogactwo dostępnych danych, z drugiej - chaos. Korzystanie z tego chaotycznego zbioru wymagało sporo czasu i opanowania nowych umiejętności. Przed kilku laty nie były jeszcze dostępne internetowe przeszukiwarki, znacznie ułatwiające sprawę. P. spędzał długie godziny surfując (jak się dziś mawia) po Sieci w poszukiwaniu ciekawych i istotnych informacji. Często miałem okazję mu towarzyszyć. Własnymi oczyma i palcami wykonywaliśmy pracę przeszukiwarek. Bardzo przydatna okazała się przy tym wyobraźnia podsuwająca luźne skojarzenia na podstawie napotkanych słów i obrazów. Sieciowe programy takiej zdolności nie mają.
- Pisałeś kiedyś o tym w "Forum Akademickim" - powiedział P. - Do efektywnego korzystania z zasobów Cyberkosmosu potrzebne jest rozumowanie abdukcyjne i temu podobne rzeczy. Może nie umiałem tego nazwać, ale w praktyce, od kiedy nauczyłem się już dość skutecznie pozyskiwać informacje z Internetu, staram się tę umiejętność przekazywać studentom. A jeśli Internet ma być podstawowym medium komunikacyjnym przyszłości, umiejętność tę należałoby upowszechnić. Czy to możliwe? Czy można masowo wykształcić w uczniach i studentach twórczą wyobraźnię?
WALKA O BIT
P. popatrzył z zadumą w okno. Widok był dość ponury. Wielkie, szare blokowisko, spowite mgiełką smogu, przez którą przebijały się światła z mnóstwa podobnych okien. Za nimi krzątali się anonimowi ludzie.
- Pamiętajcie o ogrodach... - zanucił cicho P. - Czy zauważyłeś, że różne formy przekazu informacji można porównać do ogrodów? Na przykład podręcznik jest jak ogród francuski. Wszystko w nim przystrzyżone, ustawione według szczegółowego planu, poszczególne elementy starannie wyselekcjonowane. Żadnej przypadkowości. Dla odmiany prasa, radio czy telewizja podobne są do ogrodów w stylu angielskim. Ich zawartość kształtowana jest pewnym ogólnym założeniem, ale nie ma tam porządku doskonałego. Pojawia się element przypadkowości, choćby w samej treści podawanych wiadomości. Nie można ich przecież do końca zaplanować, bo nie wszystkie wydarzenia na świecie dają się przewidzieć, a poinformować o nich trzeba. Internet zaś jest jak pierwotna puszcza. Żadnego planu. Dziki, chaotyczny, wielokierunkowy rozrost wszelkiej flory. Większość tej nieogarnionej i nieprzebytej gęstwiny tworzą nikomu niepotrzebne chwasty. Gdzieniegdzie napotkać jednak można rośliny piękne, choć mało przydatne w praktyce. Ale przedzierający się przez ów gąszcz eksplorator szuka zwykle roślin pożytecznych, rzadkich, lecz cennych.
- Bardzo obrazowe - powiedziałem. - A jakie dalsze skojarzenia jawią się przed oczyma duszy mojej?! Czyż Pierwsi Rodzice nie zostali mieczem ognistym wygnani z rajskiego ogrodu za postępek, który dziś moglibyśmy nazwać informacyjnym piractwem? Może gdyby "Genesis" pisał autor współczesny, wirtualny wąż zamiast o zrywaniu jabłek (co według niektórych jest najstarszym zawodem świata), mówiłby o łamaniu haseł, kusząc obietnicą dostępu do pewnych baz danych?
P. uśmiechnął się i wrócił do spraw bardziej przyziemnych.
- Pomyśl o ludziach wokół - wskazał palcem w kierunku okna. - Większość z nich obraca się w świecie informacji płynącej wyłącznie z mass mediów i od znajomych. Odbierają wiadomości o różnych wydarzeniach, lecz jeśli wierzyć badaczom społeczeństwa, sporej części nie rozumieją. Tym trudniej wymagać, by wytworzyli sobie jakiś w miarę spójny obraz świata, w którym przyszło im żyć. Dlatego są podatni na podrzucane przez demagogów wszelkiej maści (pamiętasz przemówienia towarzysza Wiesława?) proste, czarno-białe schematy. Łatwy do zrozumienia, dychotomiczny wizerunek rzeczywistości jest bardzo pociągający. Znacznie łatwiej pojąć i przyswoić sobie pojedyncze bity, zawarte w prymitywnych, jasno- czy ciemnogrodzkich "teoriach" rzeczywistości, niż kilobajty subtelnych rozróżnień. Ale dość na tym, bo mieliśmy nie rozmawiać o polityce...
BITY NIE W CIEMIĘ
Milczeliśmy dłuższą chwilę smakując wspaniały napój.
- Wiesz dobrze, że nic prostszego, jak powielanie danych w postaci elektronicznej - odezwał się znowu P. - Bity nic nie ważą. Czasem jednak są dużo warte. Mimo to wielu waży je sobie lekce. Nie przejmują się tym, że ich imiona, nazwiska i adresy są wpisane w jakieś bazy danych i używane na przykład do prowadzenia akcji reklamowych. Niektórzy są nawet z tego zadowoleni. Kiedy znajdują w skrzynce pocztowej przesyłkę adresowaną imieniem i nazwiskiem, doznają uczucia wyróżnienia w anonimowym tłumie. Zapewne psychologia potrafi to znakomicie wyjaśnić. Może znajdę coś na ten temat w Internecie...?
- Dla wielu z moich sąsiadów reklamówki super- i hipermarketów są źródłem pożądanej informacji - kontynuował. - Ich ulubiony sport to polowanie na promocje. A dowiadują się o nich właśnie z owych ulotek. Zdjęcie towaru, którego często w ogóle nie potrzebują, ale i nie posiadają, oraz napis "Promocja!", "Superokazja!", "Wyprzedaż!" (koniecznie wielką literą) wprowadza ich w rodzaj transu, utrzymującego się do czasu, gdy pojadą do sklepu i skorzystają z okazji. Zdarza mi się ich spotkać, gdy wracają z zakupów. Chętnie opowiadają, co i za ile kupili, a twarze ich promieniują szczęściem. Przypominam sobie wtedy sentencję: "pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy". Wypowiedziały ją podobno ponętne usta Marylin Monroe. Wygląda więc na to, że informacja zawarta w kolorowych reklamówkach może mieć walor felicytogenny.
- Oto przyczynek do lepszego zrozumienia relacji między informacją a jej odbiorcą - adiunkt P. wpadł w ton akademicki. - Wedle teorii, wartość informacyjną przekazu mierzy się, z grubsza biorąc, liczbą pytań, na które ów przekaz odpowiada. Tymczasem liczba bitów zawartych w jakimś komunikacie, będącym nośnikiem informacji, bardzo wąsko i jednostronnie opisuje jego wartość. Ta bowiem istotnie zależy od odbiorcy. Rozważmy na przykład przekaz zawarty w reklamówkach. Dla mnie komunikat o treści "Promocja!" jest niemal bez wartości, dla moich sąsiadów zaś szalenie cenny. Dokładnie odwrotna jest sytuacja w przypadku pewnej informacji, dotyczącej ekscytującej Marylin Monroe, z którą czuję się poniekąd osobiście związany.
- Mam wrażenie, drogi przyjacielu - przerwałem mu - że martini zanadto uderzyło ci do głowy. Jak możesz być z nią osobiście związany, skoro zmarła, kiedy jeszcze dziecięciem byłeś, a nawet jako przedszkolak nigdy jej nie spotkałeś, bo niby gdzie i jak?
- Martini nie ma tu nic do rzeczy - odparł. - Nie chodzi mi o coś tak bezpośredniego, jak sugerujesz, lecz o relację bardziej metafizyczną. Otóż ów dwudziestowieczny symbol kobiecości i ja mamy urodziny tego samego dnia. Czyż nie jest to silny związek astrologiczny? Może i mnie uda się zostać jakimś symbolem... Tylko czego? - uśmiechnął się szelmowsko.
Wyszedłszy na ulicę spojrzałem w górę. Gwiazdy nic mi nie powiedziały, bo mgiełka smogu i światła wielkiego miasta skutecznie tłumiły ich wymowę. Księżyc nad blokowiskiem otaczał mdłym, chłodnym blaskiem mury, drzewa i samochody. Od strony pobliskiego parkingu nadchodziła objuczona plastykowymi torbami rodzina. W ich oczach i uśmiechach lśniło szczęście. Czyż to nie pozytywny prognostyk na zbliżające się trzecie tysiąclecie?
pm@atm.com.pl
|