|
Leszek Szaruga
Do jakiego stopnia politologia jest nauką? Zdaję sobie, oczywiście, sprawę z prowokacyjności takiego właśnie pytania, niemniej warto je sobie postawić w chwili, gdy jedna z najsilniej dotowanych na świecie podspecjalności tej dziedziny poznania, jaką jest politologia, a mianowicie sowietologia, w dużej mierze okazała się sposobem na produkowanie makulatury nikomu do niczego nieprzydatnej. Nie ulega bowiem wątpliwości, że w ciągu całego czasu istnienia Sowietów wydano na ich badanie na świecie miliony, a może nawet i ponad miliard dolarów. Gdy dziś czyta się książki owych dam i mężów jakoby w piśmie uczonych, okazuje się, że niemal wszystkie tezy dotyczące zarówno stanu imperium, jak jego szans rozwojowych i ich roli w świecie okazują się wypowiedziami niewiele lub zgoła nic nie mającymi wspólnego z rzeczywistością. Przez dziesiątki lat tabuny uczonych płci obojga ze wszystkich niemal kontynentów - zapewne nawet ze wszystkich, wszak i ekipy badawcze na Antarktydzie miały w swych składach specjalistów od arktycznych badaczy sowieckich oraz szpiegów jawnych, tajnych i bezpłciowych - żyły sobie zupełnie nieźle z niczego, czyli właśnie z owej sowietologii. Istnienie bowiem nauki, która nie tylko nie mogła zweryfikować, lecz nawet zebrać danych o przedmiocie swych badań jest jednym z najbardziej interesujących fenomenów naukowych tego stulecia wiedzy i postępu, za jakie uważa się mijający właśnie wiek XX.
I o ile historia politologii, w szczególności zaś sowietologii, z pewnością jest nauką, o tyle sam przedmiot owej historii nauką nazwać trudno, choć z kolei można z tego faktu, jeśli się chce, jakąś naukę wyciągnąć. Można przede wszystkim powiedzieć sobie, że istnienie sowietologii i tak olbrzymi rozrost tej pseudonauki możliwy był najpierw w bardzo szczególnym klimacie zwykłego lęku przed rozrostem bolszewickiej zarazy, później w atmosferze zimnej wojny i tego, co po niej nastąpiło. Badanie Bolszewii miało dostarczyć danych oraz broni politykom i wojskowym, którzy powołani są, wedle definicji Clausewitza, do "kontynuowania polityki innymi środkami". Na ogół dane zbierano różnymi pośrednimi metodami, między innymi poprzez biały wywiad, czyli analizowanie prasy sowieckiej, która, o czym było wiadomo, kłamała jak najęta, bez przerwy i na okrągło, w żywe oczy i poza oczami, czasem bezczelnie a czasem subtelnie, ale której kłamstwa, poddane naukowej jakoby obróbce specjalistów, miały w jakiś cudowny sposób stać się źródłem prawdy. W efekcie, wiele światowych ośrodków uniwersyteckich i innych dostarczało Sowietom, później zaś pozostałym krajom "naszego obozu" mnóstwo gotówki poprzez prenumeratę wychodzących tu gazet i czasopism. Sztuka przekształcania kłamstwa w prawdę, jak mawiali wówczas ci osobliwi badacze, polegała na konfrontowaniu na przykład informacji z gazet o zasięgu ogólnokrajowym z wiadomościami podawanymi w gazetach lokalnych. Wędrowały zatem komunistyczne czasopisma po całym świecie dostarczając pracy dziesiątkom tysięcy lektorów, którzy robili z nich wyciągi, zbierali wycinki, segregowali je, układali w bardziej lub mniej przejrzyste konstelacje. Jednym widocznym pozytywnym skutkiem tych wszystkich mniej lub bardziej skomplikowanych operacji był przypływ dewiz do komunistycznej kasy. Sam na własne oczy widziałem plik takich gazet na biurku jednego z oficerów amerykańskich w Berlinie Zachodnim - człowiek ten zapewniał mnie, że systematyczna i wszechstronna analiza "Prawdy" oraz "Litieraturnoj Gaziety" stanowi nieocenioną kopalnię informacji o tym, co się dzieje w Moskwie, pod warunkiem wszakże, jak to podkreślił, że się umie czytać między wierszami. Z pewnością ten oficer tak czytać umiał, znał bowiem doskonale, obok polskiego, także język rosyjski.
Niezależnie jednak od metod, jakimi się posługiwano w badaniu specyfiki i osobliwości życia ludzi oraz uprawiania polityki w bloku komunistycznym, doprowadzono jedynie do tego, że opublikowana została licząca dziesiątki tysięcy tomów biblioteka ksiąg bezużytecznych. Oczywiście - owa bezużyteczność jest pojęciem względnym, jak podobno wszystko na tym świecie: w końcu na podstawie tych ksiąg i książeczek ludzie uzyskiwali tytuły naukowe, sięgali różnych godności i zaszczytów, obwieszani byli orderami, wciągani na listy prominentów. Dorabiali się czasem nawet dużych pieniędzy. Obracały się bębny pras drukarskich, działały mniej lub bardziej wyspecjalizowane wydawnictwa, brali swe honoraria oraz pensje recenzenci, redaktorzy i korektorzy. Jak widać, sowietologia, nie będąc żadną nauką w naukowym rozumieniu tego pojęcia, była jednak dziedziną, która odgrywała olbrzymią rolę w życiu politycznym, kulturalnym oraz, rzecz jasna, naukowym. Góra rodziła mysz w troskliwym otoczeniu dziesiątków, może nawet setek tysięcy akuszerów. Gdyby zaś te pieniądze, które bezużytecznie na ową sowietologię wydano, obrócić na wspomożenie bardziej sensownej działalności, zapewne postąpilibyśmy w tym wieku postępu w nieco inne regiony niż te, w których żyć nam przyszło.
Zawodowym sowietologom nie wyszło nic, wyszło natomiast małemu, kilka ledwie osób liczącemu, a kilkadziesiąt osiągającemu, gdy wziąć pod uwagę wszystkich współpracowników, żyjącemu w nie najlepszych warunkach finansowych zespołowi, kierowanemu przez Jerzego Giedroyca, redaktora miesięcznika "Kultura". Już na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych założeniem fundamentalnym wszelkich poczynań tego ośrodka stało się przekonanie o nieuchronności rozpadu Sowietów i zjednoczenia Niemiec, co jako żywo pozostawało poza horyzontem wszelkich naukowych rozważań sowietologicznych. Podejrzewać nawet można, że zawodowi sowietologowie, analizujący - jeśli im w ogóle wpadł do głowy taki pomysł - program ośrodka z Maisons-Laffitte, co najwyżej znacząco pukali się w czoło. Rzecz w tym, że niezależnie od tego programu i tak właśnie zarysowanej wizji przyszłości, zespół "Kultury" ma w swym dorobku nie dające się zredukować, niezaprzeczalne osiągnięcia twórcze. I choć z punktu widzenia prominentów sowietologii Giedroyc i grupa wokół niego skupiona to byli tylko amatorzy, okazało się, że taka amatorszczyzna za tanie w dodatku pieniądze, więcej jest warta od wielkiej machiny światowej nauki. Z czego, oczywiście, nadal nic nie wynika. Zwłaszcza zaś nie wynika, do jakiego stopnia politologia jest. |