Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 10/1999

Brak dostepu
Poprzedni Następny

Za prawem dostępu pracowników i studentów do istniejących już 
prac magisterskich i doktorskich przemawiają liczne argumenty.

Janusz Dunin

Ostatnio pojawiają się w środowiskach uczelnianych różne pomysły związane z ochroną dóbr osobistych. Pomysły te niekiedy zwiększają obciążenia biurokratyczne, a w takich naukach jak socjologia mogą powodować poważne kłopoty. Istnieje pogląd mówiący, że co prawda te czy inne regulacje prawne są bzdurą, ale nie warto się im przeciwstawiać. Jest to bzdura oficjalna, rzec można, europejska i w końcu trzeba przecierpieć.

Jako osoba pracująca od lat na kierunku zwanym bibliotekoznawstwem i informacją naukową, pozwolę sobie mieć odrębne zdanie – nie trzeba godzić się na wszystko co zakłóca komunikację między ludźmi, a więc także i obieg informacji w nauce.

DO PUBLICZNEJ WIADOMOŚCI

Trzeba pamiętać, że danymi osobistymi są dane, które mówią o tym, co kto robi prywatnie w czterech ścianach domu lub za płotem ogródka. Co, jak i z kim tam czyni, nie powinno nikogo interesować. Każdy ma prawo nie podawać do publicznej wiadomości swego adresu czy telefonu, choć taka tajemnica może się często okazać dla samego zainteresowanego bardzo kłopotliwa.

Inaczej jest w instytucji, np. urzędzie, bibliotece czy uczelni. Jeśli ktoś godzi się w nich pracować, to wyraża tym samym zgodę, aby na drzwiach jego pokoju widniało nazwisko albo by uwidaczniano je w spisach osobowych, a często musi godzić się na paradowanie z plakietką opatrzoną fotografią. Podobnie, jeśli ktoś podejmuje studia w określonej szkole, to musi liczyć się z ujawnieniem tego faktu, np. przez umieszczenie na listach grupy ćwiczeniowej, terminów i wyników egzaminów, a w przyszłości w spisach absolwentów. Sądzę, że jest to prosty obowiązek wynikający z należenia do określonej społeczności akademickiej.

Istnieją jednak sprawy związane z tzw. własnością intelektualną, które budzą kontrowersje i są niejednolicie traktowane. Chodzi mi o prawa do dostępu i wykorzystania prac magisterskich i doktorskich. Przy habilitacjach problem jest jasny, wiadomo jak traktować publikacje drukowane.

Dotychczas w tych sprawach w środowiskach uczelnianych panowały zróżnicowane poglądy. W Uniwersytecie Jagiellońskim spotkałem się z poglądem, że magisteria czy doktoraty mogą być udostępniane tylko za każdorazową wyraźną zgodą ich autorów. Ten pogląd głosili jeszcze w 1995 r. na łamach „Rzeczpospolitej” (3 kwietnia) profesorowie tej uczelni Janusz Barta i Ryszard Markiewicz. Zaczyna on obowiązywać również w innych uczelniach. Władze Uniwersytetu Łódzkiego wydały ostatnio nakaz, aby każdy magistrant po egzaminie końcowym podpisał oświadczenie zezwalające lub zakazujące korzystania z jego pracy. Kłopoty zaczynają się, ilekroć w egzaminacyjnym napięciu zapomni się o tym podpisie, magistrant wyjedzie z miasta lub zmieni adres. Częstokroć, aby obejść niewygodny przepis, wykorzystuje się sytuację egzaminowanego, sugerując mu treść oświadczenia. Jestem przekonany, że takie działanie nie ma podstaw logicznych, a więc i prawnych.

BEZ OGRANICZEŃ

Na kierunku, na którym pracuję – zresztą nie tylko na nim – istnieje dawna tradycja, że biblioteka nie tylko gromadzi prace magisterskie, ale je udostępnia. Co jakiś czas publikowane są spisy prac wykonanych w Katedrze. Na moim seminarium magisterskim wymagam od studentów, aby przed przystąpieniem do tematu sprawdzili przynajmniej w naszej bibliotece katedralnej, czy nie ma już opracowań o zbliżonym zakresie. Jeśli uda się sięgnąć do innych uczelni to tym lepiej. Przy wyborze tematu trzeba zadbać, aby nie powtarzać wykonanych już prac, a przynajmniej skupić się na innym aspekcie, okresie itp. Konieczne jest natomiast powołanie się na poprzednie prace, jeśli się z nich korzystało, uwzględnienie ich w stanie badań. W ten sposób studenci uczą się, że ich praca stanowi cegiełkę w dorobku kierunku.

Za prawem do dostępu pracowników i studentów do istniejących już prac magisteria (zresztą i doktorskich) przemawiają następujące argumenty. Magisteria i doktoraty nie są jeszcze opracowaniami w pełni samodzielnymi. Temat i jego ujęcie są wypracowane wspólnie przez wykonawcę i promotora, zawierają nie tylko twórczy wkład osoby prowadzącej, ale swój udział ma w nich zespół seminarzystów, którzy mają, a przynajmniej powinni mieć wpływ na wszystkie prace przedstawiane na forum seminarium magisterskiego czy doktorskiego. Następnie, last but not least, każde tego typu opracowanie jest finansowane przez uczelnie lub inne instytucje, zarówno na etapie tworzenia, jak i oceny, a więc jest w jakiś sposób zapłacone. Z założenia i tradycji prace doktorskie, aby umożliwić nad nimi publiczną dyskusję, muszą być upublicznione. Bogate uniwersytety nadal drukują wszystkie prace doktorskie.

Moim zdaniem, zgłoszenie do obrony pracy doktorskiej w państwowym uniwersytecie można traktować jako formę jej opublikowania (ze względów oszczędnościowych jedynie w paru egzemplarzach). Powinny być więc one bez ograniczeń udostępniane. Przy czym, naturalnie, osoba z nich korzystająca na ogólnych zasadach zawsze powinna udokumentować fakt wykorzystania opracowania. Wiem, że są osoby, które skrzętnie ukrywają swe doktoraty, ale uważam, że tymi działaniami przeciwstawiają się dobrym obyczajom w nauce, np. takim, jakie opracował w r. 1994 Komitet Etyki w Nauce przy Prezydium PAN (czy ktoś jeszcze to pamięta?).

DOBRE OBYCZAJE

Jeśli jakiekolwiek wykonane na uczelni opracowanie czyni choćby najmniejszy krok w rozwoju nauki, to powinno być ono udostępniane. Sądzę natomiast, że do dobrych obyczajów w nauce można by włączyć zasadę, że ilekroć autor doktoratu czy pracy magisterskiej oddaje ją w całości lub części do druku, powinien w jakiś sposób zaznaczyć, kto był jej promotorem i na jakiej uczelni ją wykonano. Obecnie wiadomość ta bywa skrzętnie ukrywana. To ukrywanie ma też, być może, związek z istniejącym kiedyś zaleceniem Ministerstwa Kultury i Sztuki PRL, aby nie zezwalać na samodzielny druk doktoratów. Również jeśli promotor w swoich pracach wykorzystuje dorobek doktorantów czy magistrantów, powinien to zaznaczyć.

Zamiast pytać magistrantów czy wolno ich prace udostępniać, można by w wyjątkowych wypadkach dopuścić do utajnienia tych, które nie powinny być upowszechniane, np. z powodów patentowych, obronnych, ekonomicznych czy obyczajowych, ale w takich wypadkach powinno istnieć specjalne zezwolenie np. dziekana lub odpowiedniej komisji.

Rozumiem, że nie brak magistrów i doktorów, którzy woleliby, aby ich prac już nikt inny nie oglądał. Wiem też, że wielu z nas przyczyniło się po wieloletniej męce do postawienia delikwentowi tzw. stopnia państwowego, by wreszcie uczynić zeń magistra i również wolałoby do sprawy nie wracać. Jednak właśnie dostępność prac wykonanych w uczelni stanowi dodatkowe zabezpieczenie ich przed nadużyciami oraz daje możliwość społecznej kontroli ich poziomu. Jeśli jawne są wyniki pracy, to również jawne powinno być z niej korzystanie. Utajnione prace nie giną z rynku, w domach studentów i naukowców leżą setki maszynopisów i komputeropisów, powstaje pokusa nadużyć. Zalew piśmiennictwa powoduje, że nawet najbardziej wytrawni badacze nie mogą ogarnąć całości. Wykrycie w tej sytuacji plagiatu może okazać się niewykonalne. Fakt, że praca jest publicznie dostępna, stanowi dla plagiatora pewne zagrożenie. Sądzę, że gdyby poseł A. na czas zadbał o zastrzeżenie dostępu do swej pracy, uniknąłby wielu kłopotów. Ale nie wiem, czy byłoby to najlepsze rozwiązanie sprawy.

Prof. dr hab. Janusz Dunin, bibliotekoznawca, kieruje katedrą Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej Uniwersytetu Łódzkiego.

Uwagi.