Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 10/1999

Uczelnia w kazdym powiecie
Poprzedni Następny

Im lepsze uczelnie prywatne, tym dla kształcenia akademickiego lepiej. 
Jakiekolwiek sztuczne bariery nie mają żadnego sensu.

Jacek Wojciechowski

Refleksje na temat kształcenia wyższego w sposób naturalny koncentrują się wokół problemów finansowo-organizacyjnych, naukowych oraz dydaktycznych. Trudno zresztą wyobrazić sobie, żeby mogło być inaczej.

Jednak chyba każdy ma świadomość, że na tym nie wyczerpuje się lista zagadnień ani też rejestr możliwych punktów widzenia. W gruncie rzeczy zawsze, kiedy mowa o studiach wyższych, w bliskim planie pojawia się ich socjalny kontekst. 

Od dawna wszak egzystuje w szerokim obiegu pytanie o szanse – równe bądź nierówne – studiowania (kiedyś obwieszone ciężarem punktów za pochodzenie) oraz pytanie równoległe: o sens i pożytek z tego studiowania. Czy jest to przygotowanie do życia oraz do zawodu, czy może też forma przedłużenia młodości, odłożenia o kilka lat pomysłu na życie, żeby już nie wspomnieć o uchowaniu się przed poborem do wojska lub o znalezieniu tymczasem życiowego partnera.

Wszystko to ma swoją wagę, bynajmniej nie jest trywialne – nawet jeśli tak wygląda – i ten kontekst socjalny istnieje nadal, chociaż akcesoria są inne niż dawniej. Główna różnica polega na upowszechnieniu się świadomości, że studia są kosztowne.

KONTEKST SPOŁECZNY

Najsilniej w powinności socjalne (z uwagi na najszerszy zasięg) jest uwikłana edukacja na poziomie pomaturalnym, półwyższym, licencjackim – żeby przywołać wszystkie stosowane nazwy. Te powinności to przede wszystkim przedłożenie szansy na opanowanie zawodu, wykonywalnego w XXI wieku oraz stworzenie choćby chwilowej alternatywy dla bezrobocia, więc odsunięcie w czasie dramatycznego poczucia własnej zbędności.

Z ogólnospołecznego punktu widzenia są to obowiązki ważne, natomiast z wewnątrzuczelnianej perspektywy być może nie wyglądają najlepiej. Niektórzy zwracają uwagę, że przy takim postawieniu sprawy obniża się poziom kształcenia (to możliwe ale niekonieczne) oraz że to szczególnie kosztowny sposób przeciwdziałania bezrobociu (nie – jeżeli nie będzie to zadanie jedyne) lub że szansa na zdobycie dobrej pracy zredukuje się, jeżeli będzie to kształcenie powszechne (ale nie jest).

W takim ujęciu ta forma kształcenia powinna, teoretycznie, znaleźć się w centrum zainteresowania polityki ogólnopaństwowej oraz regionalnej. Zwłaszcza że wobec tego szkoły (uczelnie?) kształcące na poziomie pomaturalnym powinny razem utworzyć rozległą sieć, może nawet lokalizując się w każdym lub w co większym powiecie. W rzeczywistości tak jednak nie jest.

Trudno liczyć na radykalne działania MEN w tym kierunku, wobec uwikłania w reformę szkolnictwa podstawowego oraz średniego, jak też z uwagi na generalny niedostatek pieniędzy. To nie jest bogaty kraj. Z tych samych powodów również lokalne władze nie mogą w tym względzie uczynić więcej niż czynią, niezależnie od obligujących je w przyszłości przepisów.

Nie można zresztą powiedzieć, że nie uczyniono nic. Postępująca zmiana programów nauczania w uczelniach państwowych na dwustopniowe, tworzenie filii i wydziałów zamiejscowych oraz przekształcanie w szkoły licencjackie dotychczasowych szkół pomaturalnych, to nie są przedsięwzięcia, które można zlekceważyć. Również władze lokalne, teraz głównie powiatowe, zabiegają o tworzenie u siebie kolejnych nowych szkół licencjackich, względnie uczelnianych filii. Bo tylko tak, poprzez usytuowanie także w mniejszych ośrodkach, ta forma kształcenia może mieć demokratyczny charakter i względnie szeroki zasięg, z nastawieniem również na młodzież biedniejszą. Nie jest to jednak na razie zespół dokonań wystarczająco szeroki ani dostatecznie dynamiczny.

Szansę szybszego rozwoju może stworzyć sieć szkół prywatnych i do pewnego stopnia tak się dzieje, ale nie bez najrozmaitszych trudności. Tak jakoś jest, że dla pomaturalnych szkół prywatnych nie ma zbyt korzystnej atmosfery ani wyraźnych ułatwień. Z kolei każdy, w sumie rzadki przypadek „nawalanki” szkoły prywatnej jest nadmiernie nagłaśniany. No i szkoły prywatne, z natury komercyjne, muszą opierać swoją egzystencję na opłatach, na czesnym, na które nie wszystkich stać. Zatem potrzebny jest jeszcze drożny system stypendialny.

Obecność szkół i uczelni prywatnych, poza wszystkim, wprowadza element konkurencji i namiastkę rynkowości. To dobrze, również z uwagi na konieczne regulacje porządkujące. Nie jest bowiem obojętne, w jakich specjalnościach rozwinie się szkolnictwo pomaturalne. Wytyczanie ewentualnych kierunków w sposób administracyjny (już to mamy za sobą) jest mało skuteczne i nierealne, regulatorem może być zatem zjawisko popytu.

Jednocześnie wydaje się, że przed kształceniem licencjackim osób już pracujących pojawia się szczególnie dobra perspektywa, a to na pewno musi i powinno być kształcenie na koszt prywatny, indywidualny. Prognozy mianowicie zakładają, że w nieodległej przyszłości zmiana wyuczonego zawodu stanie się praktyką nagminną. Pomóc w tym powinny właśnie szkoły pomaturalne i studia licencjackie (oraz studia podyplomowe).

KSZTAŁCENIE SPECJALISTÓW

Natomiast główna powinność uniwersytetów, akademii, politechnik i innych równorzędnych szkół wyższych, mianowicie kształcenie specjalistów na poziomie magisterskim – chociaż nie w pełni rozdzielone od kształcenia licencjackiego, choćby przez konieczność zapewnienia drożności – ma odmienny charakter i cel. Każdy kraj potrzebuje dobrych specjalistów w różnych dziedzinach, z czasem potrzeby te wzrosną, chociaż zmieni się zapewne zakres oczekiwań, i temu ma służyć kształcenie akademickie przede wszystkim.

Aspekt socjalny tego kształcenia sprowadza się do stworzenia mniej więcej równych szans wszystkim, którzy nadają się do tych studiów. Niestety, na razie te szanse są bardzo nierówne i pozostaną takimi nadal bez sprawnego systemu stypendialnego.

Inaczej niż w edukacji pomaturalnej, najważniejsza, a może nawet jedynie ważna, jest w kształceniu akademickim jego jakość, koniecznie solidna. Wcale nie szczytowa, ale też nie licha, lecz właśnie: stosowna, odpowiednia, standardowa. Otóż z tą jakością, niestety, często dobrze nie jest.

W ślad za radykalnym obniżeniem jakości kształcenia na studiach zaocznych (dyplom nie powinien być równorzędny), podążyło obniżenie standardów kształcenia stacjonarnego na wielu kierunkach i w wielu uczelniach. Marna dydaktyka i dziurawe sito egzaminacji powodują, że absolwentów niektórych uczelni pracodawcy w ogóle nie chcą zatrudniać. Bo też nie ma odpowiednich mechanizmów, stymulujących jakość kształcenia. Dydaktyka akademicka nie podlega żadnym racjonalnym ocenom, nie ma standardowego systemu wartości, a jeśli przy egzaminach są pretensje, to raczej o nadmierne wymagania niż o liberalizm. No, to niejeden „przepuszcza jak leci”.

Wszystkie oceny, tak samych uczelni, jak i pracowników, są nastawione na dokonania naukowe, a nie edukacyjne. Jeśli więc jest to jedyny zakres ocen (a jest!), to dla dydaktyki źle. Liczba publikacji, referatów na konferencjach bądź wdrożeń nie przekłada się wszak automatycznie na jakość wykładów, konwersatoriów i ćwiczeń.
Złym paliwem tej jakości jest też fatalna sytuacja finansowa uczelni państwowych. Gorsza zapewne być już nie powinna. Z tych zresztą powodów – mianowicie z wyścigu po nieco większe pieniądze i z dążenia do lepszych ocen za dokonania naukowe – bierze się obserwowany pęd do scalania szkół oraz zmiany nazw uczelni na uniwersytety bądź akademie. Co jednak samo z siebie jakości kształcenia specjalistów nie poprawi.

Inny kłopot to niemożliwy do rozpoznania przyszły bilans potrzeb. Nie wiadomo ilu i jakich specjalistów będzie potrzeba w ciągu najbliższych dziesięcioleci, tym bardziej że nie wszyscy po studiach pracują w wyuczonych zawodach. Obserwowana teraz nadprodukcja lub odczuwalny niedobór rozmaitych specjalistów mogą być pozorne albo chwilowe.

Trzeba zresztą dopowiedzieć, że duże uczelnie państwowe nie są w zakresie kształcenia, z natury rzeczy, zbyt elastyczne. Jeśli zatem, mimo biurokratycznych obciążeń oraz finansowej klapy, potrafią zmieniać kierunki i formy kształcenia, to jest to postępowanie wysoce chwalebne. Na więcej jednak liczyć nie można, w tym także na wzrost liczby państwowych uczelni akademickich. Nie z takim odpisem PKB na szkolnictwo wyższe.

Znów więc trzeba zerknąć w kierunku pełnoprofilowych (magisterskich) uczelni prywatnych oraz ku elementarnym regułom popytu i konkurencji. To wszystkim wyjdzie na zdrowie. Im lepsze uczelnie prywatne, tym dla kształcenia akademickiego lepiej. Jakiekolwiek sztuczne bariery nie mają żadnego sensu. Z tym, że na początek uczelnie prywatne powinny mieć tylko jeden obowiązek: solidnie kształcić specjalistów. Na powinności naukowo-badawcze pora przyjdzie nieco później.

A na razie sztuczną barierą jest np. demagogicznie komentowany problem dwuetatowości pracowników nauki. To hipokryzja, w sytuacji, kiedy pobory adiunkta odpowiadają pensji sprzątaczki. Jeśli zapłacić lepiej, to rzekomy problem zniknie, bo przecież te dodatkowe etaty nie są na ogół pozorowane. Nigdzie nikomu nie płaci się za nic.

Ale poza wszystkim – to akurat dobry objaw, że doświadczeni pracownicy nauki uczestniczą w budowie programów kształcenia oraz w dydaktyce nowych uczelni prywatnych. Dzięki temu jakość tego kształcenia rośnie. I protesty przeciw temu są nieporozumieniem.

SUPERUCZELNIE

Powinnością niektórych – nielicznych, lecz najważniejszych – uczelni akademickich jest ponadto kształcenie elity intelektualnej, naukowej i zawodowej, więc zadanie, które czasem błędnie i niepotrzebnie przypisuje się wszystkim uniwersytetom. W niektórych mniejszych krajach, z uwagi na wysokie koszty i trudności kadrowe oraz organizacyjne, opłaca się tę potrzebę zaspokajać przez kształcenie zagraniczne. Polska nie jest aż tak mała i z całą pewnością powinna ten obowiązek, przynajmniej częściowo, realizować w kraju.

Żeby było jasne, o czym mowa: nie chodzi o wdrażanie studiów doktoranckich gdziekolwiek ani o wzmożoną produkcję doktorów, lecz o doposażenie naukowe, dydaktyczne oraz kadrowe kilku uczelni, zdolnych do kształcenia specjalistów na najwyższym światowym poziomie. Co, oczywiście, musi też więcej kosztować. Trudno zgadnąć, ilu takich uczelni potrzeba: może trzech, może pięciu, ale zapewne nie więcej.

Na razie nikt odpowiednich warunków nie stwarza i nie ma stosownych motywacji. Nie istnieje taka polityka naukowa. Niektóre uczelnie, same z siebie, bardziej od innych dbają o poziom kształcenia oraz o image, swego rodzaju honor, lecz to nie wystarczy. Prędzej czy później trzeba będzie wdrożyć odpowiednie mechanizmy i przyjąć stosowną politykę, bowiem bez elity nie ma żadnego rozwoju nauki ani ogólnego postępu życia.

W naszych warunkach i praktyce rysuje się taka perspektywa przed niektórymi uczelniami państwowymi (ale jeszcze trzeba dorysować pieniądze). Za granicą bywa rozmaicie, amerykańskie uczelnie stanowe należą zazwyczaj do gorszych. Dla zdrowia przydałaby się nam jakaś konkurencja, w formie chociaż jednej uczelni komercyjnej.

Generalnie wygląda na to, że postulaty, apele i podpowiedzi nie spowodują żadnych istotnych zmian w rodzimym szkolnictwie wyższym. Wobec tego może konkurencja, elementy rynkowości i pozapubliczne źródła zasilania byłyby zdolne do wywołania potrzebnego fenomenu.

Prof. dr hab. Jacek Wojciechowski, bibliotekoznawca i literaturoznawca, pracuje w Instytucie Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej UJ. Jest dyrektorem Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie.

Uwagi.