|
Olsztyński uniwersytet nie jest filantropią,
lecz rozumną inwestycją w człowieka.
Stanisław Czachorowski
|
Fot. Arch. |
|

|
|
UWM w Olsztynie, 1 października,
tuż, tuż przed inauguracją |
Powstał Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie. Można zapytać, czy jest potrzebny kolejny, być może przeciętny uniwersytet, w miejsce dwu szkół zawodowych o dużej renomie, Akademii Rolniczo-Technicznej i WSP? Wiele nowych uczelni powstaje, a pieniędzy na szkolnictwo wyższe nie przybywa. Czy tworzenie nowych uniwersytetów nie jest więc przechodzeniem jakości w ilość? Jaki jest sens kształcenia uniwersyteckiego wobec powszechnego narzekania na jakość edukacji wyższej?
Czy spada jakość kształcenia?
Liczne są głosy – także na łamach „Forum Akademickiego” – podkreślające spadek jakości kształcenia na poziomie wyższym. Jako powody wymieniane są: niskie pensje, wieloetatowość pracowników uczelnianych (dorabianie na kilku uczelniach), nadmiar uczelni – zwłaszcza prywatnych. Ale czy jest to rzeczywisty spadek jakości? Czy naprawdę obniża się poziom umiejętności edukacyjnych nauczycieli akademickich?
Różne badania edukacyjne wskazują, że jednym z ważniejszych czynników wpływających na efektywność kształcenia – mierzoną późniejszą karierą zawodową absolwentów – jest motywacja wyniesiona z domu rodzinnego. To czynnik znacznie istotniejszy niż status materialny, liczebność klas czy ich wyposażenie w pomoce dydaktyczne. Oczywisty jest także poziom intelektualny (możliwości intelektualne, inteligencja ogólna) studentów. Z pewnością każdy student, nawet najzdolniejszy i lepiej umotywowany, więcej nauczy się w małej grupie i przy lepszym dostępie do pomocy dydaktycznych, książek, wybitnych ludzi. Ale to nie pomoce dydaktyczne są najważniejsze. O poziomie absolwentów uczelni wyższych decydują w dużym stopniu ich motywacje i system wartości wyniesiony z domu rodzinnego.
Obecnie na polskie uczelnie trafia nie mniej silnie umotywowanych ludzi, jasno widzących swoją przyszłość, niż 10-20 lat temu. Ale ze względu na większą liczbę miejsc jest więcej studentów, którzy nie wiedzą jeszcze, co chcieliby robić w dorosłym życiu. Rodzi to nowe oczekiwania wobec uczelni, profesorów i ofert kształceniowych.
Jeśli założymy, że odsetek ludzi o wysokiej inteligencji w populacji jest stały, to trzykrotne zwiększenie liczby studentów w polskich uczelniach musiało spowodować „rozrzedzenie” najzdolniejszych w masie przeciętniaków. Najzdolniejsza młodzież wybiera kilka renomowanych kierunków i uczelni. Tam zawsze jest silna konkurencja (jest w kim wybierać). W konsekwencji, przeciętne uczelnie mają jeszcze wyższy odsetek „przeciętnych” studentów. Istnienie „przeciętnych” uczelni wynika z faktu egalitarności kształcenia na poziomie wyższym. Zatem wrażenie obniżania poziomu w dużej części wynika z konieczności kształcenia przeciętnie uzdolnionej młodzieży. Zatem można śmiało powiedzieć, że nie uczymy gorzej. To trudniejsza „materia” wymusza podnoszenie jakości kształcenia i umiejętności nauczycieli akademickich. Kto stoi w miejscu, ten się cofa.
Lecz zacznijmy od początku. Sto lat temu do szkół przychodziły dzieci analfabetów. Tylko nieliczny ich odsetek trafiał do szkół średnich, a jeszcze mniejszy do uczelni wyższych. Tylko najzdolniejsi i dobrze umotywowani przechodzili na wyższe szczeble edukacji. Inteligentny i ambitny uczeń nawet przy lampie naftowej potrafił osiągnąć progi uniwersytetu. Obecnie nauczyciele szkół podstawowych muszą uczyć tak, aby większość uczniów trafiła do liceum, a blisko 40 proc. populacji – w mury uczelni wyższej. I to nie tylko kilka procent ponadprzeciętnie inteligentnych czy bardzo silnie umotywowanych i wspomaganych w domu rodzinnym. Także tych z rodzin lekceważących potrzebę wykształcenia, tych z zaburzeniami słuchu, z wadami wymowy, z dysleksją itp. Współczesny nauczyciel musi być wielokrotnie bardziej efektywny niż jego poprzednicy. Po prostu dużo więcej oczekuje się od szkoły. To samo dotyczy uniwersytetu.
W wielu uczelniach narzeka się na słabych kandydatów. Ale powiedzmy sobie wprost: nie ma złych kandydatów, są tylko złe metody kształcenia. Napływ przeciętnych studentów ujawnia braki w dotychczasowym systemie kształcenia lub ściślej: niedostosowanie do nowych wyzwań. Inteligentny student da sobie radę przy kiepskich wykładach (sam doczyta w książkach), konieczności pamięciowego opanowania wiedzy, niskim poziomie asystentów. Jednak przeciętny student sobie nie poradzi. Żeby zdołał osiągnąć te same rezultaty (np. skończyć studia magisterskie) uczelnia, w postaci nauczycieli akademickich, wyposażenia sal i bibliotek, musi włożyć więcej wysiłku.
To nie nauczyciele akademiccy obecnie gorzej kształcą, lecz wymagania są dużo większe. W tym kontekście nie ulega pogorszeniu jakość kształcenia, lecz zwiększa się efektywność pracy, w celu osiągnięcia satysfakcjonujących rezultatów. Ten proces adaptacji ofert i metod edukacyjnych w murach akademickich wyraźnie widać.
Egalitaryzm uniwersytecki
Czy jest sens kształcenia na poziomie wyższym tak dużej liczby obywateli? Czy nie szkoda pieniędzy? Może lepiej ograniczyć się do kształcenia elitarnego? Wracając na grunt olsztyński: czy warto było zamieniać uczelnię rolniczą – o dużej renomie – na prowincjonalny uniwersytet? Przecież będzie to produkcja bezrobotnych.
Najpierw obalmy mity. ART i WSP nie były wcale takie dobre (nie chodzi tu o jakość kształcenia). Przyjrzyjmy się faktom. W ciągu ostatnich 3 lat trzykrotnie wzrosła liczba studentów w Polsce. Lecz w uczelniach rolniczych jest teraz mniej studentów i absolwentów. Wskazuje to bardzo wyraźnie na społeczne potrzeby. Maturzyści „głosują nogami”. Tylko nieco lepiej jest w WSP. Wyższe szkoły pedagogiczne są jeszcze na „górce”, ale zapowiada się spadek zainteresowania. Największy przyrost dokonał się właśnie w uniwersytetach, które wprost pękają w szwach.
Kiedyś uczelnie rolnicze miały wielu chętnych na studia. Dlaczego? Bo przy reglamentacji wykształcenia brakowało miejsc na innych uczelniach. Po upadku PGR-ów zmalało rzeczywiste zainteresowanie kierunkami rolniczymi. Od tego czasu we wszystkich uczelniach rolniczych widać postępujące zmiany programowe. Kształcenie przystosowano do małych gospodarstw rodzinnych. Ale ilu jest rzeczywiście zainteresowanych studiowaniem rolnictwa jako przyszłego zawodu?
Gdyby uczelnie rolnicze rzeczywiście chciały zachować specjalizację czysto rolniczą, musiałyby drastycznie zmniejszyć nabór. Akademiki stałyby niewykorzystane (czy da je się przewieźć do Warszawy?), laboratoria i sale dydaktyczne również, a cześć kadry profesorskiej należałoby zwolnić. W imię czego? W olsztyńskiej ART i innych uczelniach rolniczych wprowadzano systematycznie nowe kierunki nierolnicze: ochronę środowiska, marketing i zarządzanie, kierunki pedagogiczne, biologię (o charakterze uniwersyteckim). Studenci ART w dużej części nie byli wiązami z żadnym zawodem rolniczym. Czy była więc to rzeczywiście uczelnia rolnicza? Pomyłką jest zatem opinia, że ART była znakomitą uczelnią rolniczą i taką należało ją zostawić. Z drugiej zaś strony, stworzenie uniwersytetu nie upośledza kształcenia rolniczego, które dalej będzie trwało, głównie na Wydziale Rolnym. Włączenie ART do uniwersytetu było sensownym rozwiązaniem dla efektywniejszego realizowania celów już istniejących, bez rezygnacji z któregokolwiek z nich.
Podobnie jest z WSP. Tylko część absolwentów podejmowała i podejmuje pracę zgodnie z wykształceniem zawodowym. Dla wielu młodych ludzi studia to okres kształtowania charakteru, ekspresji zainteresowań. Uniwersyteckie tendencje w kształceniu uwidaczniały się tu jeszcze silniej niż w ART. Nauczyciele zawsze kształcili się w uniwersytetach. Tak jest do dziś. Nie zginą więc w nowym uniwersytecie funkcje przygotowania kadr nauczycielskich.
Już od kilkunastu lat w „ukryty” sposób zarówno ART, jak i WSP wypełniały funkcje uniwersyteckie. Integracja obu uczelni i zmiana nazwy jest więc kolejnym krokiem w powolnym ewoluowaniu olsztyńskiego środowiska akademickiego. Formalne powołanie uniwersytetu jest tylko symbolem zmian, które następować będą jeszcze przez wiele lat.
Włączenie do struktury uniwersyteckiej Wydziału Teologicznego też nie jest dziwne ani „koniunkturalne”. Od wielu lat istnieje seminarium duchowne. Księża są też elitą intelektualną regionu (obok nauczycieli, kadry menedżerskiej, twórców kultury itp.). Od kilku lat w Warmińskim Instytucie Teologicznym kształciło się wielu świeckich i to nie tylko z myślą o zawodzie nauczycielskim (katecheta), lecz także ze zwykłej „potrzeby ducha”.
Daleko od domu?
A czy nie lepiej, aby kształcenie uniwersyteckie olsztyńska młodzież zdobywała w Gdańsku, Toruniu, Warszawie, Krakowie? Do olsztyńskich uczelni młodzież okoliczna przychodzi w dużej mierze z powodów ekonomicznych. Taniej jest studiować w pobliżu miejsca zamieszkania. Młody człowiek o zainteresowaniach przyrodniczych musiał wybrać albo kierunek rolniczy, albo nauczycielską biologię, bo w uczelniach nieuniwersyteckich nie mógł znaleźć bardziej odpowiadającej mu oferty. Akademików brakuje wszędzie, nawet w Warszawie. Teraz student będzie miał możliwości pełniejszej realizacji swoich zainteresowań na miejscu, w Olsztynie.
Niewielka część młodych ludzi wybiera Olsztyn, bo nie lubi dużych miast, inni – ze względu na środowisko przyrodnicze i urodę miasta. Z pewnością olsztyński uniwersytet będzie prowincjonalny. Ale najlepszy może być tylko jeden. Potrzebujemy w Polsce także uniwersytetów dla przeciętnej młodzieży, jeśli chcemy uzyskać wskaźniki wykształcenia jak w krajach rozwiniętych. I to jest kolejny powód sensowności tworzenia uniwersytetu w Olsztynie. Przecież prowincjonalizm nie oznacza niskiego poziomu badań ani kiepskiego kształcenia.
„Ukrytymi” funkcjami ART i WSP (oraz innych uczelni Olsztyna) było kształcenie kadr dla regionu i pomoc w kulturowym wrastaniu młodzieży w region. Moi dziadkowie byli repatriantami z Wileńszczyzny. W Olsztynie czuli się zawsze „u Niemców”. Moje pokolenie w pełni identyfikuje się z regionem. Jestem już tutejszy. Dla mnie uniwersytet – zarówno poprzez podejmowane tematy badawcze, kształcenie młodzieży jak i kulturotwórcze oddziaływanie – jest znakiem wrośnięcia w tę ziemię. Po wielu latach Prusy Wschodnie znowu mają swój uniwersytet. Oczywiście to nie są już te same Prusy Wschodnie i nie ten sam uniwersytet.
Prędzej czy później uniwersytet i tak powstałby w Olsztynie. Chociażby poprzez rozwój WSP. Cieszę się, że nastąpiło to jednak szybciej. Uniwersytet powstał dzięki integracji kilku różnych środowisk, co jest również sukcesem socjologicznym i – przynajmniej dla mnie – dowodem dojrzałości społeczności lokalnej.
Olsztyn jest małym ośrodkiem akademickim i nie stać nas na kilka uniwersytetów czy wiele dużych uczelni (jak w Warszawie czy Krakowie). Uniwersytet jest najsensowniejszym połączeniem kadr profesorskich i zasobów ekonomicznych. Kościół katolicki udostępnił swoje budynki na potrzeby Wydziału Teologicznego. To dodatkowe finansowe zasilenie spoza budżetu centralnego.
Misja uniwersytetu
W końcu dochodzimy do misji olsztyńskiego uniwersytetu. Po co on jest (pomijając ekonomiczne i edukacyjne elementy)?
Współczesny rynek pracy potrzebuje przede wszystkim absolwentów z intuicją, umiejętnością wywierania wpływu na ludzi, wewnętrzną motywacją, jak najwyższym wykształceniem, umiejętnością autoprezentacji i radzenia sobie z trudnościami, gotowością do ciągłego uczenia się. Spada zapotrzebowanie na ślusarzy, bednarzy, zdunów, traktorzystów. Raczej potrzebni są ludzie, którzy potrafią szybko przygotować się do wykonania takiej pracy, jeśli zajdzie potrzeba, szybkiego przekwalifikowania się. Mając prawo jazdy można zostać traktorzystą. Jeśli jednak tylko kilka procent Polaków (to znacznie mniej niż odsetek ludzi z wyższym wykształceniem) potrafi przeczytać tekst z pełnym zrozumieniem, to trudno jest samodzielnie przekwalifikować się. Zamiast więc uczyć obsługi pralki, telewizora czy kombajnu, sensowniej nauczyć czytania ze zrozumieniem. Wtedy sam absolwent przeczyta instrukcję i nauczy się obsługi. A przecież trudno przewidzieć, z jakim urządzeniem student zetknie się w przyszłości.
Wyższe wykształcenie to tylko podstawa do dalszego kształcenia, także poprzez działanie i uczestnictwo. Kształcenie ogólne powinno pomóc w znalezieniu sensu życia i dostarczyć umiejętności efektywnego uczenia się. Nie tylko najzdolniejszym wybrańcom, lecz większości populacji. A to w większym stopniu gwarantuje uniwersytet niż tradycyjna uczelnia zawodowa. Absolwent uniwersytetu powinien uzyskać (rozwijać) ogólne umiejętności, które łatwo wykorzystać w miejscu pracy. W tym sensie uniwersytet jest lepszą szkołą zawodową niż ART czy WSP, bo lepiej przygotowuje do zawodu, z rolniczym i nauczycielskim włącznie. Z olsztyńskiego uniwersytetu nie znika Wydział Rolny ani Pedagogiczny. Nie znikają też specjalności nauczycielskie na Wydziale Biologii, Humanistycznym itd.
Znacznemu poszerzeniu ulega jednocześnie oferta w zakresie zawodów okołorolniczych, tak niezbędnych dla wyprowadzenia wsi z wieloletniego zacofania i permanentnego kryzysu. Współczesnej wsi potrzebni są ludzie z entuzjazmem, pełni niekonwencjonalnych pomysłów, potrafiący sami stworzyć swoje miejsce pracy.
Kryzys czasu wolnego
Warto w tym miejscu zwrócić na jeszcze jeden aspekt kształcenia ogólnego i wszechstronnego. Szacuje się, że już niedługo tylko 20 proc. społeczeństwa będzie mogło wyprodukować wszystkie towary dla całej reszty. Jeśli już teraz kłopotem jest bezrobocie, jakie problemy czekają nas niebawem? Praca zawodowa pochłania coraz mniej czasu i borykamy się z kryzysem czasu wolnego. W tym kontekście coraz dłuższa edukacja ma pomóc w znalezieniu sensu życia i rozbudzeniu zainteresowań. W medycynie coraz częściej podkreśla się wagę poczucia sensu życia w leczeniu, zarówno w podatności na schorzenia, jak i w rekonwalescencji po chorobie czy zabiegu chirurgicznym. Socjologiczne skutki braku sensu życia są widoczne i oczywiste.
Na pojawiające się w ostatnich latach pytania o sens tworzenia uniwersytetu w Olsztynie należy odpowiedzieć twierdząco: był i jest sens powstania Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. To nie jest przerost prowincjonalnych ambicji. To logiczne następstwo dokonujących się procesów kulturowych, oświatowych i ekonomicznych. Dzięki uniwersytetowi młodzież z naszego regionu (o wyjątkowo dużym bezrobociu) będzie dłużej zajęta pożytecznym przedsięwzięciem (krócej będzie „szlifować bruk”), łatwiej znajdzie pracę i sens życia, pełniej zwiąże się kulturowo ze swoją „małą ojczyzną”.
Olsztyński uniwersytet nie jest filantropią, lecz rozumną inwestycją w człowieka.
Dr Stanisław Czachorowski jest adiunktem w Katedrze Ekologii i Ochrony Środowiska na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.
|