Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 10/1999

W centrum uwagi
Poprzedni Następny

Uczelniom przychodzi działać w warunkach, gdy – nie tracąc z oczu 
swej akademickiej misji – muszą jednocześnie zachowywać się, 
przynajmniej do pewnego stopnia, jak przedsiębiorstwa.

Jacek Kochanowicz

image064.gif (5837 bytes)
Rys. Małgorzata Gnyś-Wysocka

W momencie ożywienia dyskusji nad nowelizacją ustawy o szkolnictwie wyższym ukazała się książka Model zarządzania publiczną instytucją akademicką, praca zbiorowa pod redakcją prof. Jerzego Woźnickiego, wydana przez Instytut Spraw Publicznych. Jest ona rezultatem i uszczegółowieniem wcześniejszych prac rektorów uczelni akademickich nad pożądanym kształtem instytucjonalnym publicznej szkoły wyższej, a zarazem fragmentem prac nad praktyczną problematyką szkolnictwa wyższego, prowadzonych przez pozarządowy Instytut Spraw Publicznych, w których aktywną rolę odgrywał redaktor tomu, Jerzy Woźnicki. Przez „publiczną szkołę wyższą” rozumie się w tej pracy uczelnie powołane przez państwo i korzystające w znacznej mierze ze środków publicznych, posiadające jednak autonomię nie tylko w zakresie akademickim, ale i gospodarczym.

Poszczególne rozdziały tej pracy, napisane przez 18 autorów, przedstawiają rozmaite aspekty zarządzania uczelniami w Polsce: jej założenia ustrojowe, misję, strategię, podstawy prawne, strukturę i organizację, zasoby, sposoby pozyskiwania środków, obciążenia podatkowe, planowanie finansowe, wykorzystanie finansów w zarządzaniu zasobami ludzkimi, organizację toku studiów, zarządzanie jakością itd. Autorami po części są specjaliści, po części zaś praktycy – nauczyciele akademiccy, którzy zajmują się zarządzaniem uczelniami. Książka ukazuje się w dobrym momencie, choć ceną za najwyraźniej szybkie jej wydanie jest chropowatość stylistyczna. Czyta się ją nie bez trudności – szkoda, bo to ograniczy jej oddziaływanie.

SWEGO RODZAJU PODRĘCZNIK

Zasadnicze założenia pracy są następujące: po pierwsze, jednym z podstawowych narzędzi kierowania uczelnią są finanse; po drugie, ani w chwili obecnej, ani też w przyszłości uczelnie nie mogą liczyć na pełne finansowanie ze strony państwa, a zatem dążyć będą musiały do pozyskiwania środków spoza budżetu państwa. Innymi słowy, uczelniom przychodzi działać w warunkach, gdy – nie tracąc z oczu swej akademickiej misji – muszą jednocześnie zachowywać się, przynajmniej do pewnego stopnia, jak przedsiębiorstwa.

Autorzy pracy wychodzą z założenia, że obowiązująca ustawa o szkołach wyższych – mimo iż tworzona już w warunkach nowego ustroju – nie odpowiada warunkom chwili, m. in. dlatego, że zbyt drobiazgowo reguluje wiele spraw, nie pozostawiając uczelniom dostatecznej elastyczności. Książka jest więc tak pomyślana, by jej wyniki mogły posłużyć w dalszych pracach nad nowelizacją prawa, by wyłaniał się z niej pewien docelowy model publicznej szkoły wyższej biorący jednak pod uwagę zarówno tradycje, jak i stan bieżący. Istota tego modelu, jeśli dobrze odczytuję intencje autorów, polegać ma na dążeniu do utrzymywania wysokich standardów akademickich (badanie i nauczanie), na elastyczności pozwalającej dostosowywać strukturę organizacyjną i działania szkoły do konkretnych i aktualnych warunków oraz na przyjęciu, że podstawowym mechanizmem regulującym jest planowanie finansowe. Niezależnie od tego, czy zgadzać się z każdym z proponowanych rozwiązań, czy też nie, zaletą ich jest to, że nie pozostają na poziomie ogólników, lecz mają postać nadającą się do operacjonalizacji. 

Drugim celem książki – obok dążenia do wywarcia wpływu na proces ustawodawczy – jest dostarczenie dzisiejszym władzom uczelni swego rodzaju podręcznika, który może im ułatwić poruszanie się pośród istniejących przepisów i ustalanie procedur postępowania.

Praca przedstawia punkt widzenia rektorów czy „zarządu” uczelni i poszukiwanie przez te władze sprawnych metod kierowania. Choć w książce często pojawia się, nieprzetłumaczalne jak dotąd na język polski, pojęcie stakeholder, to w gruncie rzeczy problem potraktowany jest zdawkowo. Brak rozwinięcia punktu widzenia dwu ważnych stakeholders: podatników i studentów (oraz ich rodzin). A uczelnie są dostarczycielami usług dla tych właśnie grup i sposób relacji między nimi a szkołą będzie ogromnie ważny dla przyszłego kształtu instytucji akademickich.

PRODUKCJA STUDENTÓW

Książka jest ważna i interesująca, choć pozostawia pewien niedosyt. Traktuje problemy polskiego szkolnictwa wyższego w oderwaniu od tego, co się dzieje na świecie. Brak tego kontekstu zwiększa specyfikę polskich problemów ponad rzeczywistą miarę. Wszędzie uczelnie przekształcają się z warsztatu, czy co najwyżej manufaktury, w fabrykę. Tradycyjny uniwersytet humboldtowski – będący wzorcem dla naszych uniwersytetów przedwojennych, a w gruncie rzeczy i obecnych – był właśnie czymś pośrednim pomiędzy warsztatem a manufakturą. Zarówno liczba profesorów, jak i studentów była niewielka, nietrudno było o realizację modelu mistrz-uczeń, a uczelnią mogli zarządzać akademicy, poświęcający administracji tylko część swego czasu. Masowość szkolnictwa wyższego – która w Stanach Zjednoczonych zaczęła się jeszcze przed II wojną światową, w Europie Zachodniej nastąpiła w latach 60. i 70., a do nas przyszła po 1990 r. – nieuchronnie przekształca uczelnię (poza niektórymi kierunkami laboratoryjnymi) w fabrykę. Jeśli do egzaminu wstępnego z matematyki w Uniwersytecie Warszawskim przystępuje ponad 2 tys. osób, to nie ma innego niż „fabryczny” sposobu poradzenia sobie z tą liczbą: testy sprawdza maszyna. Uniwersytet Warszawski, który zatrudnia ok. 5 tys. pracowników (będąc jednym z większych pracodawców w Warszawie), ma ogółem ok. 50 tys. studentów. Konieczność „przepuszczania” przez system takiej liczby osób (rekrutacja, zaliczenia, wybór ścieżek studiowania itd.) skłania do coraz częstszego stosowania standardowych procedur, pozwalających obniżyć koszty „produkowania studenta”. A jesteśmy pod tym względem i tak niesłychanie zapóźnieni w stosunku do uczelni europejskich, nie mówiąc już o amerykańskich. Masowość nauczania, dążenie do obniżania (a w każdym razie kontroli) kosztów, nieunikniona komplikacja struktur organizacyjnych – wszystko to sprawia, że uczelniami muszą zarządzać wyspecjalizowani zawodowcy. Dzieje się tak i w przeżywających napór studentów tradycyjnych uczelniach humboldtowskich, w tym polskich. Akademicy, którzy kilka lat poświęcają przede wszystkim zarządzaniu, stają się właśnie takimi zawodowcami.

Kwestie wiążące się z umasowieniem studiów za mało są uwypuklone w omawianej pracy. Tymczasem z masowością wiele uczelni sobie nie radzi. Jakie stosować procedury przyjęć, rejestracji studentów, zapisów na zajęcia i egzaminowania? Jak wychwytywać talenty? Jak zapobiegać zjawisku „macdonaldyzacji” nauczania wyższego? Jak radzić sobie z nieuniknionymi przypadkami nieuczciwości? Jak pomagać studentom pod jakimś względem niedostosowanym? Itd, itp.

ZAGROŻENIE AUTONOMII

Inna tendencja, widoczna w Europie Zachodniej, to ograniczenia „miękkiego finansowania” ze strony państwa. Wynika ona z częściowego wycofywania się państwa z finansowania usług społecznych oraz z rozpowszechnienia wyższego wykształcenia i związanych z tym kosztów. Uczelnie muszą się rozliczać z reprezentującym podatnika rządem wedle takich lub innych wskaźników oraz szukać innych źródeł przychodów. Także i pod tym względem idą w ślad za przykładem amerykańskim. Należy jednak zauważyć, iż przekształcanie się uczelni w swoiste „fabryki” produkujące wiedzę i studentów nie oznacza, że ich celem jest zysk finansowy. Wręcz przeciwnie, celem jest realizacja „misji”, którą jednak w miarę możliwości przedstawia się w postaci zoperacjonalizowanych celów i stara osiągnąć w efektywny sposób.

Obie wspomniane tendencje zagrażają w istotny sposób tradycyjnie pojętej autonomii, a zwłaszcza samorządności akademickiej. Po pierwsze dlatego, że nie da się sprawnie zarządzać w tej skali przez rady naukowe, senaty i akademików wybieranych na krótkie kadencje, a myślących głównie o swej karierze naukowej, a po drugie – ze względu na to, że ci, którzy uczelnie finansują, podobnie jak i stakeholders, mają przecież tytuł do współdecydowania. Warto więc trzeźwo sobie zadać pytanie, na ile realne są perspektywy obecnej daleko posuniętej samorządności także i u nas? W Stanach Zjednoczonych autonomia ogranicza się w gruncie rzeczy do kwestii ściśle akademickich: treść nauczania, procedury badawcze, promocje i awanse akademickie, ocena jakości badań i nauczania. Kwestie finansowe pozostają tymczasem raczej w rękach rad nadzorczych i powołanych przez nie władz uczelni. W podobnym kierunku idą niektóre uczelnie europejskie. Uniwersytetem w Amsterdamie kieruje trzyosobowy zarząd, powołany przez radę nadzorczą, którą z kolei powołuje minister. Holandia odeszła od pełnej samorządności akademickiej, podobno bez specjalnych oporów, uzyskując w zamian system być może bardziej sprawny.

Warto te kwestie mieć na uwadze, a dyskusje nad ewolucją polskich uczelni umieszczać w szerszym kontekście, nie tylko dlatego, że możemy się czegoś nauczyć od innych, ale przede wszystkim dlatego, że kontekst ten będzie się stawał – a właściwie już się staje – rzeczywistością, w której i my musimy działać.

POLSKA SPECYFIKA

Nie chcę, rzecz jasna, twierdzić, że nie ma żadnych różnic między nami a Zachodem. Są one oczywiste. Podstawową jest poziom zamożności: dochód przypadający na jednego mieszkańca w Polsce jest kilkukrotnie niższy aniżeli w krajach wysoko rozwiniętych, a więc bolączki podobnego rodzaju odczuwane są w Polsce bardziej dotkliwie. W szanujących się uczelniach zachodnich trudno sobie wyobrazić, by personel w masowej skali podejmował równoległe pełne zatrudnienie u innego pracodawcy, co w Polsce jest nagminne. Umasowienie wykształcenia odbywa się w naszym kraju w sposób rabunkowy: kosztem jakości nauczania, badań, czasu poświęconego na przygotowanie następców, a często kosztem zdrowia kadry nauczającej.

Specyfika polska wynika też oczywiście stąd, że przeżywamy zmianę ustroju. Kontekst ten pozostaje jednak jak gdyby poza nawiasem omawianej publikacji, może ze względu na jej techniczny charakter. Reformy sektora usług społecznych (ochrona zdrowia, szkolnictwo różnych szczebli) są z różnych powodów opóźnione o kilka lat w stosunku do reform rynkowych w ścisłym sensie i zapewne są znacznie trudniejsze ze względu na skomplikowaną sieć interesów oraz na brak jasnych wzorców, jak należałoby je przeprowadzić. Niewątpliwą cechą tego procesu transformacji jest natomiast decyzja – trudno powiedzieć czy świadoma, ale dająca się bez trudności odczytać z kolejnych budżetów państwa – zamrożenia czy wręcz obniżenia nakładów ponoszonych przez państwo na badania naukowe i na inwestycję w kapitał ludzki. Dotyczy to zresztą nie tylko Polski, ale większości, jeśli nie wszystkich krajów transformujących, łącznie z odnoszącymi względne sukcesy pozostałymi krajami Europy Środkowej. Może to się wydawać dziwne, a nawet zdumiewające w obliczu technologicznych i cywilizacyjnych wyzwań, jakie stoją przed tymi względnie zacofanymi krajami. Nic jednak nie wskazuje, by tendencja ta miała ulec zmianie. Trudna sytuacja finansowa uczelni pozostanie więc jednym z parametrów, z którym trzeba się liczyć i dlatego dobrze, że ukazała się publikacja, która stawia problemy finansowe w centrum uwagi.

Dr hab. Jacek Kochanowicz, prof. UW, ekonomista, pracuje w Katedrze Historii Gospodarczej Uniwersytetu Warszawskiego.

Uwagi.