|
Słyszy się od czasu do czasu, że jesteśmy prawdziwą potęgą w sferze ducha,
ale w europejskich targach i przetargach trzeba położyć na szalę coś,
co da się wycenić.
Zbigniew Drozdowicz
Wystarczy spojrzeć na mapę Europy końca drugiego tysiąclecia, aby się przekonać, że nadal występują w niej wyraźne linie podziału, niekiedy nawet wyraźniejsze niż kilkanaście lat temu. Wymazany z niej został wprawdzie blok państw komunistycznych, przeciwstawiany i przeciwstawiający się ostro państwom demokratycznym, jednak sporo po nim w „spadku” pozostało. Dziedzictwo to obejmuje nie tylko podsycaną latami przez propagandę wzajemną nieufność czy wręcz wrogość, ale także pogłębiające się przez ostatnie półwiecze różnice gospodarcze, socjalne, edukacyjne, obyczajowe oraz tłumione siłą lub zręczną propagandą – w krajach bloku wschodniego – antagonizmy wewnętrzne. Jak są one głębokie i zróżnicowane, pokazują m.in. wydarzenia na Bałkanach. W demokratycznych krajach Europy Zachodniej nie da się prowadzić społeczeństwa na tzw. krótkiej smyczy, dlatego antagonizmów nie tylko nigdy tam nie brakowało, ale i nie dało się ich ukryć za propagandowymi hasłami. W efekcie „narody budujące socjalizm” dowiadywały się, że na Zachodzie kryzys goni kryzys, afera aferę, bezrobocie jest coraz większe, strajkujący licytują się w żądaniach i nikt nie może być pewny swego. Po opadnięciu resztek „żelaznej kurtyny” okazało się, że wprawdzie nie jest aż tak źle, jak chciała wschodnia propaganda, ale też nie aż tak dobrze, jak wyobrażali to sobie wszyscy słuchający „Wolnej Europy”.
STRACONE ZŁUDZENIA
Dzisiaj sytuacja jest inna. Nikt rozsądny nie utrzymuje, że Europa Zachodnia to przede wszystkim bezwzględny wyzysk, afery gospodarcze i polityczne, dziwaczne obyczaje i praktyki religijne, narkotyki, prostytucja itp. Nie należy jednak również mieć złudzeń, że jest to wyłącznie obszar lekkiej i dobrze płatnej pracy, długich weekendów i krótkich dni roboczych, niemal nieograniczonych świadczeń socjalnych, powszechnej dostępności dóbr kultury itd. Łatwo zresztą przekonać się naocznie jak jest naprawdę, granice bowiem są na tyle otwarte, że prawie każdy może wsiąść w pociąg i zobaczyć ów wielki świat. Wielu tak zrobiło w końcu lat osiemdziesiątych, nie czekając nawet na upadek muru berlińskiego. Ruszyła wówczas na Zachód ogromna fala „ciekawskich” i żądnych lepszego życia. Niektórym z nich nawet się powiodło, jednak ile ich ten sukces kosztował, wiedzą tylko oni sami. Na temat trudności życia w krajach Europy Zachodniej niemiało mogą zapewne powiedzieć ci, którym nie wiedzie się tam zbyt dobrze. Często żyją w swoistych gettach, z trudem przyswajając język i obyczaje kraju zamieszkania. Niektórzy wracają, jednak stosunkowo rzadko można się od nich dowiedzieć, jak naprawdę wyglądała ich zachodnia rzeczywistość. Jest to zrozumiałe, mało kto bowiem chce uchodzić za przegranego, nie potrafiącego sprostać regułom zachodniego życia. Problem w tym, że niemała część słuchających opowieści „o pięknym Zachodzie” daje im wiarę, czemu trudno się dziwić, bowiem zdecydowana większość mieszkańców Europy Wschodniej nigdy nie była na Zachodzie, a dla sporej części spośród nich sama myśl o przekroczeniu granicy zdaje się być czymś mało pociągającym.
Nie ma dzisiaj poważniejszych przeszkód, aby „człowiek Zachodu” zmienił swoje wyobrażenie o krajach Europy Wschodniej, a przynajmniej nie postrzegał ich przede wszystkim jako obszaru, gdzie panuje bezprawie, ludzie są wprawdzie uprzejmi i uczynni, ale mało pracowici i mało wydajni w pracy, zaradność ludzka jest tak niewielka, że nawet elity nie zawsze najlepiej sobie radzą, poziom kultury ogólnej jest tak niski, że mało komu przeszkadza wszechobecny brud, ludzie są tak przywiązani do swojej religii, że kościoły są pełne żarliwie modlących się i przyjmujących w gruncie rzeczy bezkrytycznie wszystko, co mówi się im z ambony lub na falach radiowych, ci, którym najbardziej zależy na zbliżeniu do krajów zachodnich nazywani są pozbawionymi patriotycznych uczuć „sprzedawczykami”, zaś ci, którzy uważają się za prawdziwych patriotów, nieustannie strajkują i blokują urzędy oraz drogi. Żeby „człowiek Zachodu” nie miał takiego właśnie obrazu Europy Wschodniej nie wystarczy, aby czytał prasę i oglądał telewizję, które „żyją” z wydarzeń nadzwyczajnych, lecz całkiem zwyczajnie trzeba, aby podjął trud i ryzyko udania się do owych „egzotycznych” krajów i naocznie przekonał, że „egzotyka” nie jest aż tak uciążliwa, by nie dało się w tych krajach żyć i pracować, a nawet robić w miarę uczciwych i zyskownych interesów. Problem jednak w tym, że w dalszym ciągu zbyt mało „ludzi Zachodu” podejmuje taki trud i ryzyko. Co gorsza, wśród tych, którzy już się na to decydują, wielu robi wielkie interesy przy pomocy niewielkich środków własnych, sprzedaje drugo- i trzeciorzędne towary za pierwszorzędne pieniądze oraz traktuje „tubylców” jako mało wymagającą i niezbyt rozgarniętą siłę roboczą. Wśród części owych „tubylców” pogłębia to urazę do Zachodu i ugruntowuje przekonanie, że komuniści jednak mieli rację.
NOWE PYTANIA
W tej sytuacji w pełni zasadne wydaje się pytanie, czy po dziesięciu latach zmian Europa Wschodnia i Zachodnia są bliżej, czy dalej od siebie? A jest to przecież tylko jedno z fundamentalnych pytań, jakie rodzi dzisiejsza sytuacja na kontynencie. Inne – zarówno dopełniające to pierwsze, jak i poszerzające skalę problemów – to m.in. kwestie: czy można jeszcze dzisiaj zasadnie mówić o występowaniu w Europie dychotomicznego podziału na Wschód i Zachód (bo przecież coraz bardziej wyróżnia się blok krajów Europy Środkowej, takich jak Polska, Czechy i Węgry), czy nie należy jednak operować takimi jednostkami, jak regiony czy euroregiony (bo przecież wiadomo, że praktycznie żaden z europejskich krajów nie stanowi jednolitej całości, ani pod względem gospodarczym, ani kulturowym, i niejednokrotnie łatwiej jest o zbliżenie i współpracę na jednej tylko płaszczyźnie), czy zbliżenie pod jednym względem nie oznacza oddalenia pod wieloma innymi (bo przecież widać wyraźnie, że coraz ściślejsze więzy gospodarcze między Europą Wschodnią i Zachodnią oznaczają coraz lepsze warunki życia i pracy dla jednych grup społecznych oraz, niestety, coraz gorsze dla innych), czy postępująca – mimo wielu przeszkód i trudności – europejska integracja, to tyle samo co globalizacja i utrata tego, co specyficznie narodowe (bo przecież widać wyraźnie, że całe grupy społeczne zaczynają nie tylko ubierać się, ale także myśleć, a nawet mówić podobnie, z uprzywilejowaniem wzorów anglosaskich), czy w końcu zarysowują się jakieś nowe podziały i hierarchie w Europie (bo przecież już dzisiaj można powiedzieć, że jedni dyktują, co powinno się robić, inni natomiast, mniej lub bardziej chętnie, robią to, niewiele mając do powiedzenia.
Na te i wiele jeszcze innych pytań próbuje się znaleźć odpowiedzi zarówno na forum międzynarodowym – m.in. podczas często organizowanych przez Unię Europejską konferencji i seminariów – jak i na spotkaniach odbywających się we własnym gronie. Tak czy inaczej, trzeba o tym rozmawiać, gdyż problemy te nie rozwiążą się same, a im więcej będzie niejasności, tym trudniej będzie je rozwiązać. Rzecz jasna, nie należy przekonywać już przekonanych, co niestety ma miejsce na owych konferencjach i seminariach, gdzie ciągle spotykają się te same osoby.
WARUNKI PARTNERSTWA
Polska nie jest, oczywiście, wielkim krajem, ani w skali światowej, ani nawet według standardów europejskich. Rzecz nawet nie w tym, że pod względem obszaru czy liczby ludności ustępujemy kilku innym krajom europejskim, lecz w tym, że póki co nie dysponujemy zbyt wielkim potencjałem gospodarczym. Słyszy się wprawdzie od czasu do czasu, że jesteśmy prawdziwą potęgą w sferze ducha, ale w europejskich targach i przetargach trzeba położyć na szalę coś, co da się wycenić. Nie jest tak, co prawda, że zupełnie się już nie liczą niegdysiejsze zasługi, np. udział w obaleniu komunizmu, ani też kariery międzynarodowe niektórych naszych obywateli, ale, niestety, nie ma to takiego znaczenia, by uczynić z Polski ważnego i poważnego partnera dla Europy Zachodniej.
Nie jest oczywiście możliwa jednoznaczna odpowiedzieć na pytanie, czego Polakom potrzeba, aby stać się takim partnerem. Wiele bowiem zależy zarówno od tego, czego oczekujemy po tym partnerstwie, jak i od tego, w jakiej sferze życia owo partnerstwo jest oczekiwane. Jeśli nawet przyjąć, że oczekujemy w nim poszanowania, uczciwości, wsparcia w potrzebie itp., to pozostaje kwestia szeregu warunków, od których spełnienia zależy zarówno przystąpienie do owego partnerstwa, jak i czerpanie z niego wymiernych korzyści.
Jakie to są warunki? Zaryzykowałbym twierdzenie, że jednym z nich – być może nawet istotniejszym niż wiele innych – jest wyzbycie się lub przynajmniej „opanowanie” tak charakterystycznego dla wielu Polaków wybujałego emocjonalizmu i sentymentalizmu. Nie dlatego, że nie są one potrzebne, lecz dlatego, że ich miejsce jest w sferze życia prywatnego, a nie publicznego. W tym ostatnim decydującą rolę odgrywa – przynajmniej w kulturze zachodniej – raczej „zimna” kalkulacja, wsparta całym szeregiem „bezdusznych” przepisów oraz rutynowych działań i zachowań, które sprawiają, że urzędnik uśmiecha się do nas przyjaźnie. Kto tego nie rozumie i nie potrafi stosować, z pewnym zgorszeniem będzie spoglądał na to, co się dzieje na Zachodzie, natomiast mieszkańcy krajów zachodnich będą mieli poważne trudności adaptacyjne w Polsce. Problem ten ma zresztą także wymiar grupowy. Nigdzie nie jest to tak widoczne, jak w naszym stosunku do innych nacji, zwłaszcza Niemców. W świadomości wielu Polaków jawią się oni w dalszym ciągu jako agresorzy, którzy wielokrotnie narazili nas na cierpienia oraz zniszczenie materialnych podstaw życia, dlatego są traktowani jako potencjalne zagrożenie. Ogromna większość naszego społeczeństwa chciałaby się znaleźć w Unii Europejskiej i oczekuje, że Niemcy nam w tym pomogą – nie dlatego, że same mają w tym interes, lecz dlatego, że są nam coś winni. Całe szczęście, że Niemcy potrafią dobrze kalkulować i prawdopodobnie opłaci im się wprowadzenie nas do tej wspólnoty, bo bez ich zaangażowania byłoby to bardzo trudne.
ZAUFANIE DO ELIT
Ważnym warunkiem przystąpienia do europejskiego systemu partnerstwa jest również przyswojenie sobie innych oczywistości zachodniego świata. Jedne z nich są tak stare, jak cywilizacja zachodnia, inne zostały podniesione do rangi głównych regulatorów życia społecznego stosunkowo niedawno. Do pierwszych z nich skłonny byłbym zaliczyć zasadę: „kto pracuje, ten ma mniej więcej tyle, ile i jak pracuje”. Pojawiła się ona wprawdzie już w czasach biblijnych i ulegała częstym „przeróbkom” (np. w Związku Radzieckim wszyscy pracowali, ale mieli tylko niektórzy), jednak dopiero w warunkach gospodarki rynkowej zaczęto przykładać tak znaczną wagę do dokładnych szacunków ilości i jakości pracy oraz – co nie mniej istotne – bilansować ją w skali ogólnospołecznej.
Natomiast do drugiej grupy warunków zaliczam zasadę: „trzeba myśleć o sobie, ale nie kosztem innych, oraz nie utrudniać życia i współdziałania z innymi”. Sama idea nie jest zresztą specjalnie nowatorska (pojawiła się już u starożytnych myślicieli), nowatorskie są jednak jej zróżnicowane zastosowania – bo w warunkach zachodniego świata przekłada się ona zarówno na permanentne inwestowanie w siebie (podnoszenie kwalifikacji), jak i w tych, którzy mogą być przydatni w życiu i współdziałaniu.
Twierdzenie, że w krajach Europy Zachodniej wszyscy dobrze rozumieją te zasady oraz potrafią je stosować w praktyce, byłoby niewątpliwie mitologizowaniem tamtego świata lub też – co na jedno wychodzi – przypisywaniem jego społeczeństwom poziomu świadomości, którego prawdopodobnie nigdy nie osiągną. Rzecz jednak w tym, że nie muszą go osiągać, bowiem wystarczy, że świadome generalnych zasad współczesnego życia są elity, a pozostałe grupy społeczne mają do nich na tyle zaufanie, że skłonne są powierzyć im funkcje kierownicze.
Problem krajów Europy Wschodniej, w tym Polski, nie polega na tym, że nie posiadają one elit, dobrze rozumiejących nie tylko potrzeby własne czy najbliższego otoczenia, lecz także potrzeby ogólnospołeczne, lecz na tym, że elity te nie potrafią zyskać szerokiego poparcia społecznego, dla wprowadzenia w swoim kraju tego, co sprawdziło się i potwierdziło na Zachodzie. Można o to obwiniać tzw. masy społeczne, które niejednokrotnie zachowują się irracjonalnie, lub ugrupowania polityczne, które mają na uwadze przede wszystkim własne interesy. Szukanie winnych jest rzeczą ludzką, bo przecież i na Zachodzie ludzie władzy po doznaniu porażki skłonni są obwiniać za nią wszystkich, tylko nie samych siebie. Jednak niejeden z nich, po ochłonięciu z emocji, potrafi przyznać się do błędów i – co nie mniej ważne – wyciągnąć z nich wnioski na przyszłość.
OTWARTE DRZWI
Nie jest łatwo „dorobić się” elit, które będą dobrze rozumiały potrzeby społeczne i zechcą oraz potrafią tak pokierować państwem, że ci, którzy powierzą im swój los, dobrze na tym wyjdą. W krajach przechodzących różnorakie zmiany już samo pytanie, kto jest, a nie kto nie jest elitą, rodzi ożywione dyskusje i emocje. Pojęcie elity nie jest bowiem kategorią ponadczasową i zmiany społeczne z reguły dokonują się szybciej niż występujące w poszczególnych środowiskach przekonania, kto stanowi elitę społeczną. Nie wdając się jednak w dyskusję, za kryterium wyróżniające tę grupę osób przyjmuję działalność na rzecz zbliżenia Europy Wschodniej do Zachodu. Sprowadza się to do pytania: jakie działania powinny być podjęte, aby takie osoby mogły się pojawić i zyskać znaczący wpływ na życie społeczne?
Pytanie takie musieli sobie postawić kilkadziesiąt lat temu ludzie wpływowi w krajach zachodnich. Co więcej, potrafili znaleźli na nie odpowiedź i dopracować się wspólnej polityki w tym względzie. Krótko rzecz ujmując, była to polityka „otwartych drzwi” wobec tych obywateli Europy Wschodniej, którzy chcieli się wyleczyć z ideologicznego złudzenia o „wyższości komunizmu nad kapitalizmem”, a przy okazji nauczyć się tego i owego. Wierzono przy tym, że zastosowana terapia może być skuteczna nawet dla najbardziej „zatwardziałych” komunistów. Nie od razu jednak ruszyła na Zachód szeroka fala żądnych wiedzy i doświadczeń (przedtem trzeba było pokonać nieufność urzędów paszportowych i służb bezpieczeństwa), niemniej w miarę upływu czasu wyjeżdżało ich coraz więcej, aż w końcu trzeba było owe „drzwi” nieco przymknąć. Niektórzy z tych, którym się udało, przekonali się, że zastosowano wobec nich terapię „wstrząsową”, jeśli można tak nazwać zderzenie wyobrażeń o zachodniej Europie, z tym, co tam zobaczyli. Jak wielki to musiał być wstrząs, świadczyć mogą wypowiedzi ówczesnych polityków, którym trudno było uwierzyć, że sklepy pełne różnorakich towarów, a ulice – prywatnych samochodów są zjawiskiem normalnym, a policja jest przede wszystkim do pilnowania porządku, a nie obywateli.
Wśród korzystających z polityki „otwartych drzwi” niemałą grupę stanowili młodzi pracownicy wyższych uczelni. Z myślą o nich w krajach Zachodu powołano wiele publicznych i prywatnych instytucji, fundujących stypendia i wykonujących szereg innych świadczeń na rzecz tych osób. W większości z nich zostały wyraźnie określone nie tylko preferencje dla poszczególnych krajów Europy Wschodniej, ale także limity wiekowe i zawodowe. Niemało było takich, które preferowały (i preferują) określoną orientację polityczną (np. liberalną lub socjaldemokratyczną). W efekcie, na stypendium czy staż naukowy nie mógł wyjechać każdy, kto chciał dorobić do niskiej pensji nauczyciela akademickiego. Ryzyko błędu jednak wliczono w ogólną kalkulację i wśród młodych naukowców z Europy Wschodniej znalazło się wielu takich, którzy w pełni, a nawet „z nadwyżką” (np. umiejętność znalezienia sobie na własną rękę nowego fundatora lub pracodawcy) spełniali oczekiwania gospodarzy. W efekcie, niektórzy z młodych naukowców spędzili wiele lat w krajach zachodnich, a niektórzy z nich tak się przywiązali do nowego miejsca pracy, że postanowili pozostać tam na stałe. Nie można przy tym powiedzieć, że w polityce „otwartych drzwi” zupełnie nie o to chodzi. Nie jest to przecież polityka altruizmu, lecz interes, który każe myśleć przede wszystkim o potrzebach własnej nauki. Jeśli przy tym za relatywnie małe pieniądze uda się pozyskać dobrej klasy uczonego, to jeszcze lepiej. Generalnie jednak chodzi w tym wszystkim o to, aby znacząca część wyedukowanych na Zachodzie osób powróciła do kraju i tam przekładała swą wiedzę na praktyczne działania. Wielu rzeczywiście wróciło. Jak znaczące role odgrywają oni w życiu społecznym, mogą świadczyć życiorysy wielu osób pełniących w ostatnich latach funkcje ministerialne. Niemało jest ich również w różnego rodzaju ciałach doradczych i konsultacyjnych, zarówno na szczeblu centralnym, jak lokalnym.
ZA I PRZECIW
Dzisiaj istnieje już szereg możliwości edukowania elit w kraju. Ma to swoje plusy i minusy. O plusach mogą powiedzieć zwłaszcza ci, którzy przeszli „szkołę życia” za granicą. „Szkoła” ta to niejednokrotnie tak niskie stypendium, że trzeba było podejmować dodatkowe prace – byle jakie i byle gdzie, aby tylko jakoś przetrwać do końca miesiąca. Znam niejednego takiego stypendystę (dziś już liczącego się w swojej dyscyplinie profesora), który zatrudniał się do pracy fizycznej na nocnej zmianie. Minusy to przede wszystkim brak zachodniego obycia, które trudno nabyć z najlepszego nawet podręcznika. Optymalnym rozwiązaniem zdaje się system mieszany – tzn. trochę edukacji w kraju i sporo za granicą, z wyraźnym jednak wskazaniem, kto za nią zapłaci, gdyby się okazało, że kandydat na uczonego, polityka czy biznesmena ma nie tylko prozachodnią orientację, ale także zachodniego pracodawcę i zachodni adres stałego pobytu.
Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz, historyk filozofii, pracuje w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu.
|