Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 10/1999

Uniwersytet
Poprzedni

Leszek Szaruga

image108.jpg (56384 bytes)
Fot. Stefan Ciechan

Większość naszych dyskusji na temat kondycji uniwersytetu za swój podstawowy punkt odniesienia przyjęła „równanie do najlepszych”. Tak pisze ks. Remigiusz Sobański w „Tygodniku Powszechnym” (nr 36): „Nie tylko w Polsce szkolnictwo wyższe jest przedmiotem dyskusji prowadzonych pod hasłem dorównania najlepszym”. A co to znaczy? No właśnie. Czy chodzi tu o poziom mierzony jakością kadry mierzonej ilością noblistów i publikacji w prestiżowych periodykach krajowych i zagranicznych oraz ilością przypisów, w których dzieła owej kadry zostają przywołane. Czy chodzi o poziom mierzony karierami naukowymi absolwentów uczelni? Kto i dlaczego jest „najlepszy”? Czym się tę „najlepszość” naprawdę mierzy?

Jednym z wyznaczników „poziomu” jest odpowiednia ilość tytułów naukowych składających się na zakład, katedrę, wydział czy uczelnię. Tytulatura ta, oczywiście, nie jest bez znaczenia. Lat temu kilka atoli wziąłem udział w imprezie zgoła nienaukowej, lecz mimo to przedstawicieli nauki gromadzącej – był to międzynarodowy spęd poetycki, w którym wziął udział poeta amerykański (laureat m.in. Pulitzera) i żona poety amerykańskiego. Pewnego wieczoru siedzieliśmy sobie przy winie (wpływ wina – czy szerzej: alkoholu – na twórczość poetycką, ale też i wszelką inną w kulturze europejskiej, jest niesłychanie ważny, o czym interesująco pisało już wielu, zaś efekty znamy chociażby z działalności naszej lwowskiej szkoły logiczno-matematycznej) rozmawiając raczej poważnie i o sprawach najwyższej wagi, bo tyczących istoty bytu, gdy wtem poeta amerykański, uświadomiwszy sobie, iż ma do czynienia z naukowcami (do których policzył swą żonę i mnie), zaczął się nabijać z naszych naukowych tytułów (doktorzy) powiadając, że on żadnego doktoratu nie ma, a jest profesorem prestiżowego amerykańskiego uniwersytetu.

Powziąłem decyzję, iż obrazić się nie pozwolę i przyjąłem nabijanie się amerykańskiego poety ze mnie i z żony jego jako krotochwilę jedynie ku uciesze i rozluźnieniu powagi naszej dysputy uczynioną. Aliści żart ów skłonił mnie do zastanowienia. Owszem, skonstatowałem, tytuł naukowy to rzecz ważna, ważniejsza wszakże osoba, która w uniwersytecie do młodzieży jakieś prawdy głosi i problemy do rozwiązania przedkłada. Owe prawdy zaś i problemy od samej osoby jeszcze ważniejsze. Dla poszukiwania prawd bowiem i dla rozwiązywania problemów dotąd nierozwiązanych lub nawet jeszcze niesformułowanych powołano przede wszystkim uniwersytety, które z biegiem czasu przekształciły się z pewnej wspólnoty tropicieli prawdy w instytucje coraz bardziej nastawione na „produkcję absolwentów” ostemplowanych pieczątką „mgr”. Owa instytucjonalizacja nauki, niewątpliwie w pewnych dyscyplinach konieczna, w niektórych, szczególnie owych „niepraktycznych”, przyczynia się do ich jeśli nie upadku, to w każdym razie niepotrzebnego sformalizowania. To, co zdaje się być – jako pewien system kształcenia – funkcjonalne w poszukiwaniach rozwiązań technicznych czy w badaniach eksperymentalnych, nie musi zdawać egzaminu tam, gdzie także, co prawda, mamy do czynienia z eksperymentami, lecz raczej myślowymi, tam także, gdzie „oderwana od życia” teoria rozwija się metodą prób i błędów, które to błędy w dodatku również przynoszą korzyści – tam zatem, gdzie podstawowym punktem odniesienia pracy intelektualnej jest nakaz bezinteresowności poznania.

Stephen Hawking w jednym ze swoich szkiców powiada, że nie robił nigdy czegoś, co się nazywa „karierą naukową”, w innym zaś, podnosząc walory solidnej pracy, której się w pewnym momencie oddał, stwierdza: „Być może nie powinienem określać tego słowem praca. Jak ktoś powiedział, uczonym i prostytutkom płaci się za to, że robią to, co ich bawi”. Ale pozostańmy przy tym cytacie i zwróćmy uwagę na fakt, że nie naukowcom każe płacić Hawking, lecz uczonym. Uczonym! To właśnie jest to słowo, które tu jest potrzebne, by określić poziom uniwersytetu. Tym wyższy ten poziom, im większą ilość uczonych zdoła uczelnia zgromadzić i ukształtować: uczonych – nie tylko naukowców. To oni bowiem tworzą coś, co jest w zasadzie niedefiniowalne, a co – przynajmniej dawniej – przesądzało o tym, co dla uniwersytetu w moim przekonaniu najistotniejsze: atmosferę życia umysłowego. Właśnie: nie atmosferę „wykonywanej pracy”, lecz atmosferę życia.

Ja wiem, że to wszystko dziś brzmi nieco naiwnie i zapewne też staroświecko, ale w końcu marzyć jeszcze wolno. By owe marzenia móc zrealizować w naszej rzeczywistości – myślę nie tylko o polskiej, lecz także i o euroamerykańskiej – trzeba by zyskać potężnego sponsora, jakiegoś mecenasa, który by takiemu właśnie uniwersytetowi mógł życie zapewnić. Takiego więc, który nie żądałby „opłacalności” uczelni, ale który jednocześnie byłby usatysfakcjonowany jej uczonością, klimatem bezinteresownego poszukiwania prawd. Państwo takim mecenasem być nie może. Tym bardziej państwo, w którym – jak w Polsce – politycy nie są w stanie dokonać hierarchizacji priorytetów, w efekcie czego jednocześnie drą postaw sukna i armia, i pielęgniarki, i policja, i nauczyciele, wiedząc doskonale, że i tak nikt nie dostanie tyle, ile powinien, by móc normalnie pracować.

Ale może właśnie dlatego należałoby skupić się w naszych dyskusjach dotyczących poziomu uniwersytetów raczej na odnowieniu tradycji, która owe uczelnie powołała do życia, a nie na jakimś „równaniu do najlepszych”, lecz już nie takich, jakimi być powinny. Może warto się zastanowić nad tym, jak to uczynić, by uniwersytet znów stał się wartością, by odbudował swą wspólnotową, uniwersalną strukturę. By przynależność do uczelnianej społeczności znaczyła coś więcej niż z jednej strony uczestnictwo w „zajęciach dydaktycznych”, z drugiej zaś ich prowadzenie – często w obu wypadkach zredukowane do obecności.

Uwagi.