|
Według mnie, jest dostatecznie dużo do zrobienia zarówno dla Rady,
jak i dla KRASP, a dwie optyki mogą tylko wyjść na dobre.
Rozmowa z prof. Andrzejem Pelczarem,
przewodniczącym Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego
|

Fot. Stefan Ciechan
|
| Prof. dr hab. Andrzej Pelczar (ur. 1937), matematyk, kierownik Katedry Równań Różniczkowych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor ponad 80 prac naukowych. Członek PAU. Prorektor UJ w latach 1984-87, rektor w kadencji 1990-93. Prezes Polskiego Towarzystwa Matematycznego w latach 1987-91, wiceprezes Europejskiego Towarzystwa Matematycznego (kadencja 1997-2000). W latach 1993-96 wiceprzewodniczący a od 1996 przewodniczący Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego. |
W obszarze szkolnictwa wyższego nagromadziło się ostatnio wiele negatywnych zjawisk: wieloetatowość, masowość skutkująca spadkiem jakości kształcenia, nadmiernie rozbudowany w wielu uczelniach system studiów zaocznych, narastająca luka pokoleniowa i odchodzenie młodych, zdolnych ludzi z uczelni. Można odnieść wrażenie, że brakuje instrumentów do skutecznego przeciwdziałania tym zjawiskom, a instytucje odpowiedzialne za politykę edukacyjną, przede wszystkim ministerstwo, ale chyba także Rada Główna, nie są w stanie im zaradzić.
– To kwestia zarówno pewnych stymulacji czy nawet wymuszeń będących wynikiem konieczności poszukiwania przez uczelnie i poszczególnych nauczycieli dodatkowych funduszy, jak i braku uregulowań prawnych, przeciwdziałających tym zjawiskom. Zabrakło ich w obecnie obowiązującej ustawie. W ostatnich latach zwiększyła się w sposób spektakularny liczba studentów, co pociągnęło za sobą w pewnych przypadkach spadek poziomu nauczania. Przekraczamy rozsądne bariery ilościowe. Dotyczy to zarówno przewagi liczby studentów na studiach zaocznych i wieczorowych nad liczbą studentów studiów dziennych, jak i liczby studentów przypadających na jednego nauczyciela akademickiego – przy czym mam na myśli osobę, a nie etat. Jeśli chodzi o niektóre kierunki prawne, ekonomiczne, liczba ta jest zdecydowanie za wysoka. To dotyczy zarówno szkół państwowych (według formalnej terminologii – publicznych), jak i niepaństwowych (niepublicznych). Szczególne problemy stwarza masowe kształcenie przyszłych nauczycieli w trybie zaocznym. Mówiliśmy o tym wielokrotnie i jest to, w moim przekonaniu, kwestia niezmiernie ważna. Przyszły nauczyciel, którego jedną z podstawowych umiejętności musi być umiejętność budowania właściwych relacji między nim i uczniami, musi spotkać się w czasie swych studiów z wzorami relacji: mistrz-uczeń. A jak dla dzisiejszego studenta zaocznego może wyglądać ten wzór? To jest jedna z podstawowych przyczyn – chyba najważniejsza – z powodu których kwestionuję sensowność masowych studiów zaocznych dla nauczycieli. Mam tu oczywiście na myśli studia podejmowane przez maturzystów od początku w trybie zaocznym, tak jak to się teraz powszechnie dzieje. Nie dotyczy to pewnych form studiów dokształcających czy uzupełniających – także dla nauczycieli – w trybie zaocznym, które czasem są wręcz konieczne.
– Projekt nowej ustawy odchodzi od określania liczby godzin na studiach zaocznych, a także wymagań kadrowych dla prowadzenia kierunku studiów. Czy to nie zbytnia liberalizacja i osłabienie mechanizmów jakościowych?
– To, moim zdaniem, nie powinna być materia ustawowa. Nie sądzę, aby liczba godzin czy liczba profesorów konieczna dla prowadzenia kierunku studiów powinna być regulowana ustawą.
– Dotychczasowe ustawy takie przepisy zawierały.
– Mam nadzieję, że będą to obejmowały uprawnienia Akademickiej Komisji Akredytacyjnej, która zaproponuje ministrowi odpowiednie rozwiązania, a te, zaopiniowane przez Radę Główną i np. konferencje rektorów, w drodze rozporządzenia ministra staną się obowiązującym prawem. Trzeba podkreślić, że niezależnie od tego, jakim trybem ktoś studiuje, zasób wiedzy, z jakim kończy studia, powinien być taki sam. Standardy wymagań powinny być takie same dla wszystkich, skoro taki sam jest dyplom. Rada Główna jasno to określiła w swojej uchwale.
– Jako postulat brzmi to niesłychanie słusznie, tylko czy to się da wprowadzić w życie?
– Oczywiście, nie będzie to proste. W dziedzinie edukacji na każdym szczeblu, w środowisku akademickim także, nie jest dobrze robić rewolucje. Są one zresztą zwykle nieskuteczne. Trzeba więc wprowadzać (czy też przywracać!) pewne zasady i zwyczaje z uwzględnieniem czynnika czasu i uzbroić się w cierpliwość. Nie ulega wątpliwości, że należy zinstytucjonalizować systemową ocenę jakości kształcenia i akredytację. O tym mówimy od dawna i w projekcie nowej ustawy jest przewidziana AKA. W tej chwili możliwości stanowiące Rady Głównej są bardzo ograniczone, a możliwości kontrolne praktycznie żadne. Nie mamy ani aparatu, ani uprawnień formalnych do kontrolowania i oceniania jakości kształcenia. Możemy „przyłączyć się” do kontroli prowadzonych przez ministerstwo, ale to przecież zbyt mało. Moim zdaniem, już samo zaistnienie zinstytucjonalizowanego systemu zmieni sytuację.
– To, co miałaby robić AKA jest raczej licencjonowaniem, czyli określaniem minimalnych warunków do prowadzenia nauczania na danym kierunku, niż akredytacją. Środowisko pokłada w stworzeniu AKA duże nadzieje. Czy czasem nie zbyt duże? Czy np. w sprawie przerostu studiów zaocznych lub zbyt dużej liczby studentów AKA będzie miała do powiedzenia tyle, żeby zmienić obecną sytuację?
– AKA musi być wyposażona w głos stanowiący w wielu kwestiach. Jej uchwały minister edukacji powinien ogłaszać w drodze rozporządzeń, bo taki jest konstytucyjny wymóg, i egzekwować. Rada Główna wielokrotnie wypowiadała się na ten temat. Podjęła np. uchwałę stwierdzającą, że liczba studentów na studiach zaocznych nie może przekraczać liczby studentów na studiach dziennych. Ale to jest, niestety, tylko postulat, nie obowiązujące prawo. To musi ulec zmianie.
– Wiele negatywnych zjawisk spowodowanych jest mechanizmami finansowymi.
– Były projekty Rady Głównej sugerujące, aby algorytm finansowania uwzględniał liczbę studentów tylko do określonych granic, wyznaczanych przez wymóg zachowania właściwych (dopuszczalnych) proporcji w stosunku do liczby nauczycieli akademickich.
– Często o algorytmie słyszy się opinie krytyczne, ale gdy przychodzi do określenia, czym go zastąpić, żadna sensowna alternatywa nie pojawia się.
– W tej chwili algorytm można zastąpić tylko zmodyfikowanym algorytmem. Pozostaje pytanie, jak miałby on wyglądać? Rada Główna i rektorzy wielokrotnie wypowiadali się na temat zadaniowego finansowania szkolnictwa wyższego. Jak na razie znajdujemy się tylko na etapie propozycji.
– Jedna z podstawowych kwestii, jaka musi być rozwiązana w nowym prawie o szkolnictwie wyższym, to odpłatność. Jednak, na skutek zapisu konstytucyjnego, nie jest to łatwe. Wcześniej ministerstwo zaproponowało powszechną zryczałtowaną opłatę za studia, a ostatnio pojawił się pomysł limitów, w ramach których możliwe byłoby kształcenie bezpłatne. Ci, którzy nie zmieściliby się w tych limitach, musieliby płacić.
– To jest jeden z najtrudniejszych problemów. Nie potrafię zaproponować optymalnego rozwiązania. Rada Główna jeszcze w tej kadencji będzie musiała zająć się tym problemem. Nie mogę przesądzać, jakie będzie jej stanowisko. Mogę powiedzieć tylko tyle, że oba warianty mają charakter doraźny i nie rozwiązują sprawy w sposób klarowny i systemowy.
– Pewną podpowiedzią będzie tu decyzja Trybunału Konstytucyjnego rozpatrującego skargę?
– Zapewne.
– Działa już około 170 niepaństwowych szkół wyższych. Coraz częściej mówi się, że ta liczba zbliża się, albo już przekroczyła, granicę racjonalności, a na rozpatrzenie czeka kolejne 100 wniosków. Na dodatek, za kilka lat będziemy mieli coraz mniej liczne roczniki nowych studentów.
– Musimy pamiętać o tym, że szkoły niepubliczne są i bardzo dobre, i dobre, i słabe. Trzeba utrzymać i popierać te najlepsze. Istnieje opinia, że rynek w przyszłości zweryfikuje liczba szkół, ale nam, jako odpowiedzialnym za szkolnictwo wyższe, nie wolno na to czekać. Koszty byłyby zbyt duże.
– Rada Główna ma reprezentować całą społeczność akademicką. Mam wrażenie, że szkolnictwo niepaństwowe jest w niej słabo reprezentowane.
– Wybory do Rady przebiegają nie według podziału na szkoły państwowe i niepaństwowe, lecz w grupach uczelni różnych typów. Mamy więc grupy, kurie, uniwersytetów, szkół ekonomicznych, szkół rolniczych itd. W ramach każdej z tych kurii wybory odbywają się w gronach pracowników samodzielnych i w gronach adiunktów. Tak więc skład Rady nie może w prosty sposób odzwierciedlać podziału na szkolnictwo publiczne i niepubliczne i to jest bardzo ważny, pozytywny aspekt sprawy. Rada bowiem nie składa się z przedstawicieli poszczególnych szkół, lecz reprezentuje całe środowisko. Na marginesie warto powiedzieć, że w wyborach na nową kadencję, które właśnie miały miejsce, w kurii szkół ekonomicznych wszystkie miejsca zajęli elektorzy ze szkół niepublicznych. Dodajmy, że – jak powszechnie wiadomo – nauczyciele szkół niepublicznych w przeważającej liczbie pracują też w szkołach publicznych.
– To jest zresztą jeden z większych problemów środowiska. W projekcie ustawy jest propozycja, aby podjęcie dodatkowego zatrudnienia poza uczelnią wymagało zgody rektora. Wzbudza to sporo kontrowersji, choć przecież nie przesądza, czy rektor zgodzi się na jedno, czy dwa dodatkowe miejsca pracy. Stan obecny, kiedy nikt nie sprawuje kontroli nad liczbę etatów, na których zatrudniony jest pracownik uczelni, jest przecież nie do przyjęcia.
– Rada Główna przyjęła – i tego się trzymamy przy wydawaniu opinii o uruchamianiu nowych kierunków czy studiów magisterskich – że można zaliczyć kogoś do minimum kadrowego dla danego kierunku, jeśli jest to jego ewentualnie drugi, ale jedyny poza szkolnictwem państwowym, etat. Studia magisterskie mogą być uruchomione tylko wtedy, gdy minimum kadrowe stanowią osoby zatrudnione na pierwszym etacie w szkole występującej o takie uprawnienia. Chciałbym dodać, że zgoda rektora na podjęcie dodatkowego zatrudnienia miałaby dotyczyć nauczycieli akademickich zatrudnionych w trybie mianowania (a nie w trybie umowy o pracę).
– Rok temu pojawiły się na mapie polskiego szkolnictwa wyższego państwowe szkoły zawodowe. Jak Pan ocenia ich funkcjonowanie?
– Na pełniejszą ocenę efektów musimy jeszcze poczekać. Trzeba zobaczyć, jaki to będzie miało wpływ na dostępność studiów wyższych dla tej części potencjalnych kandydatów, którzy, z różnych zresztą powodów, nie decydują się na przyjazd do dużego ośrodka. Szkoły zawodowe, z natury rzeczy, oferują ograniczony wachlarz kierunków. Ocena szkolnictwa zawodowego to także kwestia podziału środków finansowych. Niektóre duże ośrodki akademickie przyjęłyby większą liczbę studentów, gdyby mogły zainwestować duże kwoty w budowę sal wykładowych i domów studenckich. A te środki muszą być przekazane szkołom zawodowym. Musimy spokojnie poczekać na efekty. Poza tym rezultaty pracy jednych szkół będą może bardzo pozytywne, innych mniej. Jedno jest pewne, nie można stworzyć tych szkół zbyt wiele. Muszę jednak stwierdzić, że ten pomysł uruchomił liczne inicjatywy lokalne i to jest duży plus.
– Jak układa się współpraca z Komisją Akredytacyjną Wyższego Szkolnictwa Zawodowego? Czy samo istnienie dwu odrębnych ciał spełniających w gruncie rzeczy podobną rolę jest dobrym pomysłem?
– Taką niedobrą sytuację wprowadziła ustawa o wyższych szkołach zawodowych. Rada Główna zwracała na to uwagę od początku. Nie chodzi o dwa gremia opiniujące te same wnioski, ale o to, że – z założenia – są dwa różne podejścia formalne, a co więcej, wśród szkół zawodowych jedne działają na podstawie ustawy o szkołach wyższych, inne – ustawy o wyższych szkołach zawodowych. Poza tym KAWSZ rozpatruje wszystkie sprawy opierając się na zasadzie, że szkoły zawodowe prowadzą studia w ramach specjalności. Rada Główna kieruje się tym, co zostało przez nas wcześniej uchwalone, a więc – specjalności, ale w ramach kierunków. Inne wymagania są potrzebne dla uruchomienia kierunku, a inne dla specjalności. Moje prywatne zdanie jest takie, że ustalane przez KAWSZ wymogi dla prowadzenia specjalności są za niskie. Ale chcę powiedzieć, że m.in. dzięki osobistym kontaktom na szczeblu przewodniczących staramy się minimalizować te niedomagania, nazwijmy je „strukturalne”.
– Jak ta kwestia powinna być rozwiązana w przyszłości?
– Ustawa powinna obejmować wszystkie rodzaje szkół wyższych i tak jest to zapisane w projekcie ustawy. AKA musi przejąć to, co należy obecnie do KAWSZ i część uprawnień Rady Głównej. Ale powołanie AKA nie może oznaczać likwidacji Rady Głównej. Trzeba przypomnieć, że wśród partnerów współdziałających przy podejmowaniu strategicznych decyzji w obszarze szkolnictwa wyższego Ministerstwo Edukacji ma dwóch głównych: Radę Główną i konferencje rektorów, w szczególności Konferencję Rektorów Akademickich Szkół Polskich. Wśród spraw, co do których wypowiada się Rada Główna, są takie, które będą przejęte przez AKA. Są też takie, co do których wypowiadają się i powinny się wypowiadać konferencje rektorów, ale także – i jestem o tym głęboko przekonany – Rada Główna. Są wreszcie sprawy, które wchodzą teraz w zakres prerogatyw Rady Głównej i powinny nadal takimi pozostać.
– Jakie to sprawy?
– Umowy międzynarodowe, niektóre projekty rozporządzeń ministra edukacji w zakresie szkolnictwa wyższego i inne akty normatywne, statuty nowo powoływanych uczelni, projekty nowelizacji różnych ustaw dotyczących – czasem pośrednio – szkolnictwa wyższego, czyli bieżąca działalność, która wymaga opinii wielu komisji i systematycznej pracy biura. Są natomiast sprawy o znaczeniu strategicznym, np. dotyczące finansowania szkolnictwa, które powinny być opiniowane i przez Radę, i przez rektorów. Jednym z podstawowych aspektów zagadnienia jest komplementarność podejścia do tych kwestii. Rektor patrzy przez pryzmat obowiązków związanych z pełnieniem jego funkcji w uczelni. Rektorzy dochodzą do swoich opinii w drodze konsensusu – konferencje rektorów nie głosują, lecz uzgadniają stanowiska. Rada wyraża opinie formułowane na innej drodze, jako reprezentacja całego środowiska. Mam za sobą sześcioletnią pracę w Radzie. Jej członkowie naprawdę czują się reprezentantami środowiska, a nie poszczególnych szkół. To jest związane nie tylko z tym, że nie są wybierani przez szkoły, również inna jest ich optyka. Wśród nich nie może być zresztą – to jest zastrzeżone ustawowo – ani rektorów, ani dziekanów. Te sposoby patrzenia naprawdę się uzupełniają. Wysuwane w pewnych dyskusjach propozycje „przekształcenia Rady Głównej w AKA” oznaczać musiałby de facto likwidację Rady. Ale to jest tylko jedna z propozycji w dyskusji, a znany mi projekt ustawy przewiduje właściwy rozdział ról Rady Głównej i AKA. Według mnie, jest dostatecznie dużo do zrobienia zarówno dla Rady, jak i dla KRASP, a dwie optyki mogą tylko wyjść na dobre.
– Rektorzy też są reprezentacją środowiska, bo pochodzą z wyborów a w wielu krajach zachodnich to właśnie rektorzy są partnerami ministra.
– Nie ma żadnej obawy o uszczuplenie znaczenia głosu rektorów. To jest, i byłoby w każdym układzie formalnym, po prostu niewykonalne. Głos rektorów jest bowiem, i musi być, oparty na autorytecie zarówno osób, jak i instytucji, które reprezentują, bez względu zresztą na to, jakie będzie formalne usytuowanie konferencji rektorów (jestem za tym, by konferencje rektorów znalazły swe miejsce w przyszłej ustawie). Natomiast rezygnacja z głosu Rady byłaby osłabieniem siły oddziaływania środowiska.
Rozmawiał
ANDRZEJ ŚWIĆ
|