|
Ukonstytuowanie się autorytetu zawsze prowadzi
do zafałszowania prawdy indywidualnej, odbiera nam cząstkę nas samych.
Rozmowa z dr hab. Przemysławem Czaplińskim,
teoretykiem i historykiem literatury
|

Fot. Grzegorz Filip
|
Dr. hab. Przemysław Czapliński (ur. 1962), teoretyk i historyk literatury XX wieku, krytyk literacki, pracuje w Zakładzie Poetyki Historycznej na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej UAM w Poznaniu. Doktoryzował się w roku 1992 na podstawie pracy Poetyka manifestu literackiego 1918-1939 (wydanie książkowe: Warszawa 1997). Habilitację uzyskał w 1998 roku (Ślady przełomu. O prozie polskiej 1976-1996). Bada polską prozę ostatnich dwóch dekad. Wydał poza tym: Tadeusz Konwicki, Poznań 1994, a wraz z Piotrem Śliwińskim: Kontrapunkt. Rozmowy o książkach, Poznań 1999 oraz Literatura polska 1976-1998. Przewodnik po prozie i poezji, Kraków 1999.
Jest laureatem Nagrody Fundacji Kościelskich (1998) i Nagrody Sekcji Polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Literackich. Członek jury Nagrody Nike. |
Po raz pierwszy spotkaliśmy się kilkanaście lat temu, jako studenci, tu w Poznaniu, na zjeździe studenckich kół polonistów. Teraz jesteś profesoarem na poznańskiej polonistyce. Czy pracę w Kole Naukowym Polonistów uważasz za ważne doświadczenie, mające jakiś wpływ na późniejszą pracę naukową?
– Nie przeceniałbym pracy w Kole Polonistów i naszych zjazdów polonistycznych, ale też nie byłbym skłonny tego zlekceważyć. Zjazd polonistyczny w Poznaniu w roku 1985 był pierwszym spotkaniem z żywą – może niedojrzałą, ale w dobrym sensie nieoswojoną – myślą studencką, był sprawdzianem wydolności różnych metodologii literaturoznawczych, poprzez które próbowaliśmy wyrazić nasze myślenie o związkach literatury z polityką, z rzeczywistością czy innymi kontekstami. To samo dało się zauważyć później, podczas zjazdów we Wrocławiu...
– I jeszcze w Krakowie, Warszawie, w Lublinie na KUL...
– Tak. Równolegle jeździłem na sesje IBL-owskie. Tam byłem tylko słuchaczem, jak wszyscy studenci. Natomiast tutaj była żywa rozmowa, na pewno niedojrzała, ale niesłychanie pobudzająca. Na konferencje IBL-owskie jeździło się po to, żeby się czegoś nauczyć, na zjazdach studenckich testowaliśmy języki, szukaliśmy swoich środków wyrazu. Był to rodzaj odkrywania rozstajnych dróg: można było bowiem potraktować nasze zjazdy jako szkolenie wstępne przed udziałem w poważnych konferencjach, ale można też było – jako przygotowanie do krytyki literackiej. W sumie była to inna aktywność niż pisanie referatów na zajęcia z historii czy teorii literatury, bardziej własna.
– Czym to się różniło?
– Przede wszystkim językiem, świadomością tego, do kogo się mówi. Referat z historii czy teorii literatury przygotowywało się z pełnym aparatem badawczym, tutaj natomiast przyjeżdżało się z esejem, fragmentem, felietonem. Wszyscy szukaliśmy wtedy indywidualnego języka, innego niż język teoretycznoliteracki czy historycznoliteracki. Nie potrafiliśmy jeszcze tego połączyć czy przełożyć, ale szukanie trwało.
– Były jednak na naszych zjazdach także i teksty pisane z perspektywy badacza. Pamiętam przedstawioną na sesji lubelskiej próbę biografii Józefa Mackiewicza, taką drobiazgową „materiałówkę”.
– Oczywiście, ale był również niezapomniany tekst Pole semantyczne wyrazu kurwa. Rekonesans metodologiczny, esej Nie znam się jako postawa estetyczna czy szkic o złu. Ja na przykład popełniłem wtedy tekst o piosenkach Jacka Kaczmarskiego, pozbawiony sztafażu naukowego. Usiłowałem w nim zrozumieć, dlaczego te pieśni tak na mnie działają, uwznioślają, nawet wtedy, gdy mówią o nienawiści. To było dla mnie dość istotne doświadczenie. Równocześnie już wtedy próbowałem pisać recenzje krytycznoliterackie do pism literackich. To był czas, kiedy mi się bardzo wiele kotłowało w głowie i w życiu. Szedłem pewnie w jednym kierunku, ale różnymi ścieżkami, które się gdzieś splatały.
– Wtedy wynikało to z miłości do materii, którą się zajmowałeś. Jak jest teraz?
– Miłość pozostała. Młodość minęła. Im lepiej poznaję literaturę, tym bardziej potrafię ją kochać. Ciągle jeszcze mnie czymś zaskakuje. Dlatego warto się nią zajmować. A ponieważ miłość jest bezbrzeżna i pokorna, nie zna granic, a zarazem niczego nie oczekuje, więc ciągle napotykam rzeczy nowe, ciągle się czegoś uczę.
– W gronie, w którym się spotykaliśmy wówczas, w połowie lat 80., znalazło się wielu późniejszych założycieli czasopism literackich. Przyjeżdżał student KUL Waldemar Gasper, który powołał potem „Tygodnik Literacki”, z UJ bywali Krzysztof Koehler i Marcin Baran z późniejszego „bruLionu”, pojawiały się osoby z „Czasu Kultury”, przyjeżdżali Krzysztof Uniłowski, Adam Dziadek i Dariusz Pawelec z Uniwersytetu Śląskiego, czyli późniejsze środowisko „FA-artu” i „Opcji”, jeździliśmy my, tzn. Andrzej Niewiadomski i ja, założyciele kwartalnika „Kresy”...
– To zalążki najważniejszych pism młodoliterackich przełomu lat 80./90., zabrakło może tylko Roberta Tekielego. Był rok 1985 i za chwilę zaczęły pojawiać pierwsze z nich. Myślę, że narodziny tych wszystkich pism były w jakiejś mierze pokłosiem owych spotkań, że powstawały jako rezultat przekonań o wystarczalności bądź niewystarczalności kultury studenckiej traktowanej jako pole możliwości. Dla żartu stworzyliśmy sobie wtedy taką teorię, że jak Koehler i Baran przekonali się o dynamice naszego życia studenckiego, to nam pozazdrościli i założyli „bruLion”. Wydawaliśmy „Zeszyty Polonistyczne”...
– Bardzo wam tego powielaczowego pisma zazdrościłem.
– Może oni też pozazdrościli i założyli „bruLion”.
– Ten studencki ruch naukowy jednak potem jakoś zaprocentował.
– Myślę, że on nie był naukowy.
– Tak to nazywano. Znaleźliśmy możliwość wykorzystania takiego szyldu. W połowie lat 80. nie można było stworzyć na uczelni jakiejś nowej legalnej inicjatywy. A szyld koła naukowego pozwalał organizować spotkania, zjazdy, wydawać jakieś materiały. Była to działalność niezależna. Nikt nas także do tego nie stymulował. Nie wiem, jak było w Poznaniu...
– Strona instytucjonalna, finansowa czy organizacyjna były wtedy bardzo ciężkie. Nie było wprawdzie prawnych przeszkód, ale nie było też ułatwień. Mogliśmy jednak liczyć na bardzo życzliwą pomoc pracowników instytutu, ale oczywiście inicjatywy wychodziły od nas. Wydaje mi się jednak, że to intelektualne życie studenckie owocowało później dlatego, że tylko w niewielkim stopniu było naukowe. Te spotkania miały w sobie coś z happeningu, ze zgrywy. Nie wiem, czy pamiętasz, że nasza poznańska sesja odbywała się pod hasłem Zatwardzenie, czyli teksty, które przychodziły nam z trudem. A mottem całej sesji było: Mości panowie, kupa jakowaś pod lasem leży i ku nam zamyśla. Ludyczny aspekt, którego nie mogło być na zajęciach, tam się właśnie zaczął przedostawać, a poprzez nasze sesje – do tworzonych później pism.
– Koło naukowe było więc alternatywą dla akademickości...
– Szukaliśmy tej alternatywy, tak w ogóle, i znajdowali możliwość jej spełnienia między innymi w studenckim życiu intelektualnym, duchowym. Niekoniecznie było zatem tak, że ta stymulacja szła od strony życia studenckiego. Wspólnym poszukiwaniem połowy lat osiemdziesiątych było poszukiwanie trzeciej strony, czegoś pomiędzy dość hieratyczną kulturą alternatywną, niezależną, nieoficjalną, związaną z drukami bezdebitowymi, z ruchem katolickim, z literaturą niezależną, pismami drugiego obiegu, a nieznośnym życiem oficjalnym. Przecież do samego końca studiów mieliśmy przedmioty ideologiczne: ekonomię polityczną, nauki polityczne, filozofię marksistowską, wojsko... Szukaliśmy więc gdzieś pomiędzy tymi dwiema stronami.
– Mnie się jednak zdaje, że mieściliśmy się w nurcie opozycyjnym. Pamiętam zjazd polonistów w Mysłowie, gdzie czytano same referaty o pisarzach emigracyjnych i drugoobiegowych, Polkowskim, Maju, gdzie gościli podziemni wówczas pisarze Leszek Szaruga i Antoni Pawlak. Podobnie było na zjeździe w Lublinie.
– Ale na sesji w Poznaniu były z kolei referaty o amerykańskim postmodernizmie, teksty związane z ludycznym, niezaangażowanym obliczem literatury czy kultury. Docierały już wieści o pomarańczowej alternatywie, wychodziły pierwsze numery „bruLionu”. W moim gronie każdy z nas w jakiejś części identyfikował się z kulturą niezależną, ale zarazem szukał jeszcze czegoś innego, trzeciej strony, pola niczyjego.
– Co czujesz, kiedy dzisiaj, np. w książce Literatura polska 1976-1998, piszesz o twórczości kolegów z tamtych czasów jako o poważnych zjawiskach literackich?
– Nie mam stosunku do grup, orientacji, pokoleń. Sympatie, niechęci, odrazy, miłości to stosunek do poszczególnych dzieł i twórców. To się nie układa ani pokoleniowo, ani grupowo. Potrafi mnie zachwycić twórca dawny, a zniechęcić twórca należący do mojego pokolenia. Ale wydaje mi się, że właśnie ze względu na podobieństwo przeżyć i uposażenia duchowego, ze względu na podobny typ poszukiwań lepiej rozumiem właśnie literaturę naszego pokolenia. Z tym, że im więcej czasu upływa, tym ta literatura bardziej się różnicuje.
– Napisałeś książkę o Tadeuszu Konwickim. Czy to jest postać, z którą czujesz się szczególnie związany?
– Przyczyn napisania książki o Konwickim było kilka, ale miłość do niego jest jednym z generalnych powodów.
– Kiedy się ona narodziła?
– Bezbrzeżna sympatia do Konwickiego była bardzo wczesna, Kronikę wypadków miłosnych czytałem będąc uczniem jednej z ostatnich klas szkoły podstawowej. To była książka, która mnie zachwyciła. Fascynację wzmocniły lektury z czasów studenckich: Kompleks polski i Mała apokalipsa. A do napisania książki o Konwickim popchnęło mnie przypuszczenie, że to, co mu się przytrafiło po 1989 roku, było papierkiem lakmusowym pozwalającym odsłonić szersze prawidłowości dokonujących się zmian. Rosła wtedy niechęć do Konwickiego, pojawiały się coraz ostrzejsze krytyki, gesty rozstania między Konwickim a jego najwierniejszymi czytelnikami i krytykami. Dzielił w tym los innych pisarzy średniego i starszego pokolenia: Kazimierza Brandysa, Marka Nowakowskiego, Juliana Stryjkowskiego, Jana Józefa Szczepańskiego. Doprowadziło mnie to do przypuszczenia, że tutaj można uchwycić jedną z nici stającej się właśnie historii literatury polskiej. Usiłowałem to pokazać w tej książeczce.
– Czy to nie jest tak, że jesteśmy barbarzyńcami, którzy przyszli i wycięli w pień pisarzy wcześniejszych pokoleń? Bo przecież po roku 1989 w pismach młodych atakowano też Miłosza, Herberta, Szymborską, Różewicza.
– Barbarzyńcami? Pewnie tak, ale bardzo uczonymi. Przecież tytuł zbiorowego tomiku poetyckiego Przyszli barbarzyńcy, wydanego w pierwszej serii poetyckiej „bruLionu”, zawiera bardzo wiele intertekstualnych śladów. To może być ślad wiodący w stronę słynnego wiersza Kawafisa, gdzie barbarzyńcy stanowią ratunek dla dekadenckiej, wyjałowionej, samopożerającej się kultury wysokiej. Ale jest też ślad wiodący w stronę Herberta, Barbarzyńcy w ogrodzie, a więc kogoś, kto przychodzi do ogrodu kultury obarczony kompleksem niższości. Barbarzyńcy, którzy pojawili się na początku lat 90. byli bardzo wyedukowani, wiedzieli, że w naszej kulturze właśnie ta rola była wówczas „do obsadzenia”. Ich barbarzyństwo, czyli bezceremonialność, (pozorna) nieznajomość dobrych obyczajów przejawiły się w czym innym – w zakwestionowaniu dotychczasowych miar wartości literackich, w odrzuceniu światopoglądowych – demokratycznych, liberalnych, antytotalitarnych, antykomunistycznych – podpórek dla literatury, w kontestowaniu opozycyjnych rytuałów pasowania na twórcę. Odrzucili pewne reguły salonowej gry, które się silnie zakorzeniły w polskim życiu literackim.
– Atak na autorytety, tak wyraźny w młodej kulturze początku lat 90., brał się między innymi z rozczarowania postawą dawnych środowisk opozycyjnych, które po dojściu do władzy nie zdecydowały się na wyraźne zerwanie z PRL.
– Tak. Rafał Grupiński pisał w „Tygodniku Literackim”, że nie można sobie rościć prawa do przywództwa duchowego tylko dlatego, że w latach 80. głosiło się słuszne idee bądź było po słusznej stronie. Ale myślę, że to, co się działo na początku lat 90., było związane z generalną postawą kwestionowania każdego autorytetu. Nie tylko autorytetu wcześniejszych przywódców duchowych (pamiętasz tekst Andrzeja Horubały A.M.B.M. – Adam Michnik – były moralista). Kontestowano wszelkie hierarchie i autorytety, żeby się nie ukonstytuowały. Bo ukonstytuowanie się autorytetu zawsze prowadzi do zafałszowania prawdy indywidualnej, odbiera nam cząstkę nas samych. Tak więc początek lat 90. to dalszy ciąg ustawicznego poszukiwania trzeciej strony. Objawiało się to pod postacią mnożenia alternatyw, tworzenia tak wielu płaszczyzn ekspresji, żeby już nie można było mówić o kulturze dychotomicznej. Jeżeli stworzymy kulturę pluralistyczną, to dla każdego będzie miejsce, nie trzeba będzie szukać alternatywy pomarańczowej. W świecie pluralistycznym każdy jest dla siebie alternatywą.
– I to tak trwa do dziś?
Nie. W drugiej połowie lat 90. część krytyków i redaktorów zaczęła się z tego świata nieskończonej różnorodności wycofywać w stronę jedności – religijnej, ideologicznej, metafizycznej. Mniej więcej od narodzin „Frondy” (1994) można datować w młodej literaturze ów ruch poszukiwania utraconego centrum. Ale to już jest chyba zupełnie inna historia.
Rozmawiał
Grzegorz Filip |