|
Cóż bowiem zrobić z delikwentem, który nie zda? Wyrzucić? Paweł Misiak Jakiś czas temu usłyszałem w radio wiadomość, że władze Politechniki Wrocławskiej zarządziły skrócenie o tydzień semestru dla studentów stacjonarnych. Krok ten pozwoli zaoszczędzić uczelni pokaźne środki. A stał się konieczny wobec bardzo kiepskiej kondycji finansowej szkoły. Zatem słuchacze studiów stacjonarnych, czyli „darmowych”, zyskają trochę więcej czasu dla siebie, zaś kadra naukowo-dydaktyczna będzie mogła więcej sił włożyć w nauczanie na studiach płatnych. Zaletą tych ostatnich (studiów, nie naukowców) jest – w oczach kapitanów uczelnianych naw – pobieranie od chętnych do nauki opłat, pokrywających koszty nauczania. Pomyślałem sobie – oto woda na młyn liberałów, orędowników wprowadzenia powszechnej odpłatności za kształcenie na poziomie wyższym. Sugestie takiej reformy systemu wyższej edukacji spotkały się z różnymi reakcjami. Nastroje społeczne najwyraźniej nie sprzyjają tak daleko posuniętej komercjalizacji dostępu do wiedzy. Może zatem decyzja władz jednej z największych wrocławskich uczelni jest próbą wprowadzenia komercji do szkół wyższych tylnymi drzwiami – coś jak pełzająca kontrrewolucja? A propos rewolucji, w naszych czasach stanowisko liberałów wydaje się być całkiem zrozumiałe. Socjalistyczne podejście do gospodarki i organizacji społeczeństwa zdyskredytowało się samo – przynajmniej w Europie – w ciągu kilku poprzednich dziesięcioleci. Oprócz paru zajadłych teoretyków nikt już chyba nie wierzy, że wytyczne czerpane z teorii zwanej „ekonomią polityczną socjalizmu”, z którą niegdyś musiał się szczegółowo zapoznawać każdy student, daje się zastosować w praktyce. Obserwacja rzeczywistości pokazuje, że znacznie lepiej sprawdza się podejście zwane kapitalizmem – mniej teoretyczne, za to sprawniej funkcjonujące. Kilku pogrobowców Marksa spod znaku trzy- cztero- czy pięcioliterowych organizacji politycznych krzyczy jeszcze coś o sprawiedliwości społecznej, ale poza słowami niewiele mają do zaoferowania. Na razie liberałowie mają niejakie szanse na wprowadzenie komercjalizacji, także w dziedzinie edukacyjnej. DZIECI REWOLUCJISkąd w naszych czasach, po rewizjonistyczno-kapitalistycznej rewolucji, biorą się wyznawcy społecznej urawniłowki (równego dostępu do wszystkiego) i piewcy wątpliwych osiągnięć socjalizmu? Może studiowali przedmioty ideologiczne bardziej wnikliwie ode mnie? Może ich wykładowcy ekonomii politycznej byli lepszymi, czyli bardziej skutecznymi dydaktykami niż mój? Może wreszcie jest to przejaw tryumfu ducha nad materią, który pobrzmiewa w słynnym stwierdzeniu Hegla czy Fichtego (źródła nie dają tu jednoznacznego wskazania na autora), że jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów? Swojego akademickiego nauczyciela ekonomii politycznej socjalizmu mam we wdzięcznej pamięci. Nie próbował nas – studentów pierwszego roku nauk ścisłych – przekonywać werbalnie do słuszności wykładanych przez siebie idei ani nawet do tego, że przedmiot jest ważny. Wykład odbywał się w sposób mało męczący dla obu stron. Trwał zwykle około pół godziny i sprowadzał się do odczytania przez prowadzącego paru stronic notatek, zawierających streszczenie obszernych fragmentów pokaźnego podręcznika. Także egzamin okazał się bezstresowy. Namawiani usilnie przez wykładowcę, w większości podeszliśmy do egzaminu w terminie zerowym. Po zakończeniu jednego z wykładów zdecydowani na zdawanie zostali poproszeni o pozostanie w sali i wyciągnięcie kartek. Każdy dostał jedno czy dwa zagadnienia, które miał pokrótce opracować w formie wypowiedzi pisemnej. Mniej więcej po kwadransie egzaminator podchodził kolejno do zdających, rzucał okiem na ilość zapisanego papieru i wpisywał do indeksu ocenę, w większości przypadków bardzo dobrą. Ktoś zasadniczy mógłby mieć do niego pretensję, że stwarzał kolejną fikcję w i tak fikcyjnym świecie realnego socjalizmu. Ktoś inny, o nastawieniu bardziej „styropianowym”, mógłby zasugerować, że był to pewien rodzaj działania przeciw systemowi, swego rodzaju „puszczanie oka” do nas, słuchaczy, że niby system wymaga przeprowadzenia takich zajęć, ale my i tak wiemy, że to tylko pozór, że robimy co musimy, ale zupełnie bez zaangażowania. Jednak po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że takie postępowanie można zinterpretować nieco przewrotnie, jako będące pośrednio wyznaniem wiary w marksistowsko-leninowską teorię. Czyż bowiem stawianie ocen w zależności od powierzchni zaczernionego słowami papieru nie było świadectwem żywej wiary w przechodzenie ilości w jakość? A zarazem, czy nie realizowała się tu w skromnej skali komunistyczna zasada „każdemu według potrzeb” (wykładowcy – spokój i trochę wolnego czasu, nam – dobre stopnie, dla niektórych przekładające się na pieniądze, w postaci semestralnej nagrody za dobre wyniki)? Nie dowiem się pewnie nigdy, jak było naprawdę, bo mknący chyżo parowóz historii zasnuł krajobrazy wspomnień z tamtych czasów białą mgłą niepamięci, a „ceglasty” podręcznik ekonomii politycznej socjalizmu dawno już został przerobiony – może na papier toaletowy? RZECZYWISTOŚĆ POKAZUJE JĘZYKAle wróćmy do naszych baranów, czyli do studentów studiów stacjonarnych. Po przestawieniu zasad funkcjonowania gospodarki także uczelnie musiały się dostosować do nowego otoczenia społecznego. Zapatrzeni w przykłady zaodrzańskie i zaatlantyckie, kapitanowie akademickich naw zaczęli przyjmować na studia tłumy żądnych wiedzy młodych ludzi. Przyjmowany był niemal każdy, kto miał świadectwo maturalne i potrafił złożyć odpowiednie dokumenty na odpowiednim biurku. Sale wykładowe zaroiły się od młodzieży, nauczyciele akademiccy musieli zacząć wymyślać nowe sposoby efektywnego kształcenia masowego. Z własnego doświadczenia dydaktycznego wiem, jak dużym (i pozytywnym) przeżyciem było mówienie do ponad dwustuosobowego audytorium, po latach prowadzenia zajęć dla grup dwudziesto-, trzydziesto-osobowych. A to te same zajęcia. Niestety, rychło okazało się, że kształcenie kosztuje, a rząd nie bardzo ma ochotę sypać pieniędzmi. Trzeba było coś wymyślić, bo myśląca, wolnorynkowa młodzież zaczęła cenić wykształcenie. Pomysł najprostszy to branie pieniędzy od studentów albo, mówiąc bardziej rynkowo, sprzedawanie usługi edukacyjnej, w tym przypadku na poziomie wyższym. Najdalej w tym kierunku poszły powstające jak grzyby po deszczu uczelnie prywatne. Sprawa jest tam jasna – kto chce studiować, musi opłacić czesne. Uczelnie państwowe stanęły jakby w rozkroku. Z jednej strony, w ramach polityki darmowej oświaty, którą tak bardzo chlubił się socjalizm i którą odziedziczył obecny system społeczny, muszą przyjmować studentów na studia stacjonarne. Koszty ich kształcenia pokrywają podatnicy za pośrednictwem odpowiednich agend rządowych, lecz środki są mocno ograniczone, więc i o przyjmowaniu wszystkich chętnych nie ma mowy. Popyt przewyższa podaż, zatem trzeba stosować rozmaite sposoby reglamentacji dobra, jakim jest darmowe zdobywanie wyższego wykształcenia. Z drugiej strony, uczelnie poczęły działać na sposób „koników” – oferują te same dobra, których zabrakło już w ramach rozdawnictwa, lecz za dość wysoką cenę. MIĘDZY STARYM A NOWYMMamy więc dwie kategorie studentów o różnym statusie i różnie traktowanych. Darmowi – po staremu, płacący – po nowemu. Z grubsza biorąc, nowe podejście polega na zwiększeniu starań prowadzących zajęcia i zmniejszeniu wymagań egzaminacyjnych. Przecież taki student płaci, więc wymaga, żeby być jak najlepiej uczonym. Płacenie za naukę, jeśli świadome, ma z drugiej strony działanie silnie motywujące, co daje nauczycielom spory komfort. W czasach powszechnie darmowego nauczania jednym z głównych problemów dydaktyki, zwłaszcza na pierwszym i drugim roku studiów, była ewidentna niechęć studentów do nauki. W skrajnej formie objawiało się to podejściem młodych ludzi do uczelni jak do systemu opresyjnego, w rodzaju przymusowej służby wojskowej, od której część z nich właśnie „uciekła w naukę”. Ostre wymagania egzaminacyjne i groźba relegowania w przypadku braku pozytywnych wyników miały stanowić bodziec motywacyjny. I to pozostało w owym „starym” podejściu. Wobec „nowych” studentów powstaje istotny dylemat: jak ewaluować ich wiedzę. Egzaminowanie po staremu nie zdaje tu egzaminu. Cóż bowiem zrobić z delikwentem, który nie zda? Wyrzucić? Ale przecież on płaci, więc wymaga, żeby go nauczyć, nawet gdy się opiera. Poza tym, z punktu widzenia szkoły wyrzucić szkoda, bo ubędzie pieniędzy. A jeśli negatywne wyniki egzaminów nie mają wpływu na dalszy tok studiów, to czy można takowemu studentowi wręczyć jakiś dyplom? Nawet nie dyplom a zaświadczenie o ukończeniu takich czy innych studiów jest bez wartości, jeśli nie zawiera oceny. A czy można wpisać dwóję, kiedy człowiek poniósł spore koszty, by zdobyć ów papier, podnoszący (podobno) jego szanse na rynku pracy? Ot, dylematy. Może w Politechnice Wrocławskiej wynaleziono jakieś dobre rozwiązania i dlatego metodą „pełzającej kontrrewolucji” powoli likwiduje się darmowe studia – pozostałość zdyskredytowanej idei socjalistycznej sprawiedliwości społecznej. Jakoś nie mogę uwierzyć, że wspomniane skrócenie semestru w celach oszczędnościowych to jedynie jaskrawy objaw upadku tej zasłużonej uczelni, z którą wiążą mnie lata pracy, ciekawe znajomości i mnóstwo wspomnień. |
|
|