Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 12/1999

Nie uczmy Litwinów mówic po litewsku!!!
Poprzedni Następny

Henryk Duda

Pochodzę z tzw. etnicznej Polski. Urodziłem się kilkadziesiąt lat po wojnie. Doświadczenie Kresów znam więc jedynie z opowiadań starszych, z podręczników historii oraz dzieł literackich. Potem przyszły wyjazdy „za Bug” (w powojennej polszczyźnie to eufemizm, wyrażenie zastępcze na oznaczenie ziem wschodnich II Rzeczpospolitej) i nieraz miotały mną uczucia, o jakich pisze Halina Bykowska w artykule „Wileński szok” („FA” nr 10/99). Rozumiem i szanuję uczucia tych, którzy musieli porzucić swoją Ojczyznę, tę Wielką, którą dawniej nazywaliśmy z łacińska Patrią i tę małą, którą ja chętnie nazwałbym ojcowizną. Ale rozmowy, lektury i podróże nauczyły mnie, że pretensje Polaków do dzisiejszych gospodarzy Wilna, Lwowa i wielu, wielu innych bliskich naszym sercom miejsc nie zawsze są uzasadnione. Tak jest m.in. ze sprawą „zlitewszczonych” nazwisk polskich na Litwie. Poniżej sine ira et studio postaram się przedstawić mój punkt widzenia.

Wyjaśnijmy od razu, że „litewszczenie” nazwisk polskich nie dziwi językoznawcy. Jest to szczególny przypadek zjawiska występującego prawdopodobnie we wszystkich językach świata – nazywamy je adaptacją językową. To co obce, mówiący muszą dostosować do swego rodzimego systemu językowego. Dlatego w polszczyźnie obok obcych form nazwisk typu Chopin, Shakespeare, Voltaire, Washington mamy formy spolonizowane Szopen, Szekspir, Wolter, Waszyngton. To samo, odnosi się do nazw miast. Nie nazywamy stolicy Francji Paris (w wymowie „pari” z akcentem na „ri”), lecz raczej Paryż, tak samo nie London, Roma, lecz Londyn, Rzym. Sprawa jest zresztą bardziej skomplikowana. Polszczyzna jest językiem fleksyjnym, tzn. wyrazy polskie odmieniają się. Jeśli więc znany włoski tenor nazywa się Andrea Boccelli, to w polskim tekście mogą wystąpić inne formy fleksyjne jego nazwiska, np. dopełniacz (Nie byłem na koncercie Boccelliego), celownik (Przysłuchiwałem się uważnie Boccelliemu), biernik (Spotkałem Boccelliego na ulicy) itd. Brzmieć to musi Włochom (sami siebie nazywają Italiani) tak samo obco, jak nam Adomas Mickievi?ius. Choć ta „zlitewszczona” postać nazwiska naszego największego poety w piśmie wygląda a w mowie brzmi obco i nienormalnie, nie powinna nas dziwić ani tym bardziej szokować. Najnormalniej w świecie Polak odmienia imię autora Pana Tadeusza Adam, Adama, Adamowi etc., Litwin zaś, jeśli chce mówić zgodnie z regułami swojego języka, Adomas, Adomo, Adomui itd.

Po polsku mówimy Paryż, ale gdy Polak mówi po francusku musi powiedzieć Paris. I odwrotnie, gdy Francuz mówi po francusku Warszawę nazwie Varsovie, gdy jednak nasz „żabojad” nauczy się po polsku, nie będzie miał wątpliwości, że stolicę Polski musi w naszym języku nazywać Warszawą. Podobnie z nazwiskami. Dopóki Litwin mówi po litewsku, może używać litewskich postaci polskich imion i nazwisk, gdy zaczyna mówić lub pisać po polsku, powinien używać form właściwych polszczyźnie. Po litewsku np. „Aą myliu Adomą Mickevi?i_, Aą paistu Bogdaną Struminsk_”, po polsku: „Lubię Adama Mickiewicza, Znam Bogdana Strumińskiego”. Naszego najsłynniejszego rodaka, Ojca Świętego Jana Pawła II Włosi nazywają Giovanni Pauli II, Francuzi Jean Paule II a Amerykanie John Paul II. Jest to tak normalne, że nikogo nie dziwi, nad tym się na co dzień nie zastanawiamy.

Całkiem świadomie w przykładowym zdaniu powyżej użyłem nazwiska znanego slawisty – Bogdana Strumińskiego, który kilka lat temu wyjaśnił tę drażliwą kwestię: „Po prostu rzeczownik” – pisał w 1991 r. Strumiński – „(a nazwisko jest rzeczownikiem) wymaga jakiejś końcówki w języku litewskim, bez względu na to jakiego jest pochodzenia, podobnie zresztą jak rzeczownik w języku polskim (z wyjątkiem niektórych nieodmiennych obcego pochodzenia). Jeżeli pan Mazur będzie się na Litwie nazywał „Mazuras”, to jest to tylko zastąpienie zerowej końcówki polskiego mianownika końcówką litewską” („Gazeta Wyborcza”, 19 listopada 1991).

Nie byłem w Wilnie. Nie widziałem tablic na ścianach Uniwersytetu Wileńskiego. Na zdjęciu w „FA” pokazano – jak sądzę – najważniejszą, poświęconą Adamowi Mickiewiczowi. Tablica jest w języku litewskim. Oprócz niezrozumiałego dla mnie tekstu litewskiego, zawiera także pierwszy wiersz „Pana Tadeusza” po polsku i po litewsku oraz autograf Mickiewicza. W takim językowym kontekście „zlitewszczona” postać nazwiska naszego największego poety ani mnie nie dziwi, ani nie drażni. Nie uczmy Litwinów, jak mówić i pisać po litewsku.

„Amerykanie pozostawiają imiona i nazwiska obcokrajowców w oryginalnym brzmieniu” – argumentuje prof. Jerzy Dybicki, jeden z uczestników opisywanej w artykule Haliny Bykowskiej wycieczki do Wilna. Domyślam się, że nie o brzmienie (fonetykę) tu chodzi. Wystarczy przecież posłuchać Amerykanów, którzy przyjeżdżają do Polski. Nawet przy intensywnej nauce mają spore kłopoty z wymową wielu polskich głosek, przeważnie spółgłosek. Wiele nazwisk polskich jest dla nich tak samo trudnych do wymówienia, jak ten słynny chrząszcz, który brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie. Jeśli zniekształcanie polega na dodawaniu końcówek, to prof. Dybicki ma rację. Amerykanie nie dodają angielskich końcówek do nazwisk obcokrajowców. Trzeba pamiętać, że dzieje się tak jedynie dlatego, że angielski – w odróżnieniu od polskiego i litewskiego – jest językiem zasadniczo niefleksyjnym, tzn. wyrazy nie odmieniają się (nieliczne wyjątki, np. „he, she, it”, formy liczby mnogiej na „s”, czy niektóre formy czasowników, pomijamy dla jasności obrazu). I polszczyzna, i litewski ma odmianę wyrazów. Aby wyraz można było odmieniać, jego budowa musi zostać w tych językach dostosowana do budowy wyrazów rodzimych. To, co z naszego punktu widzenia, może się wydawać „zniekształcaniem” nazwisk, jest z punktu widzenia mówiącego po litewsku czymś normalnym. Tak normalnym, jak dla mówiących po polsku odmienianie obcych nazwisk przez przypadki, o czym tu już była mowa.

Jeśli z powodu „zniekształcania” nazwisk Litwinów nie należałoby – jak chce prof. Dybicki – przyjmować do Unii Europejskiej, to i nad naszą kandydaturą za Szekspira, Waszyngtona i wielu innych należałoby się zastanowić. Ba, najpierw należy z niej wyrzucić Włochów, Francuzów, Niemców i innych za przywłaszczenie sobie Jana Pawła II.

By uniknąć nieporozumień związanych z tym, co napisałem, pozwolę sobie zwrócić uwagę, że stając w sprawie nazwisk po stronie Litwinów, nie oceniam bynajmniej stosunków polsko-litewskich w ogólności. Niech zajmą się nimi lepiej w problematyce zorientowani.

henryk.duda@kul.lublin.pl

Uwagi.