Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 2/1999

Wybory i demokracja
Poprzedni Następny

Wybór najważniejszych władz szkoły wyższej jest często wynikiem nacisków wąskiej grupy i nie odzwierciedla nastrojów i oczekiwań środowiska akademickiego.

Tomasz Prot

Rozpoczęty 1999 rok jest rokiem wyborów władz w większości uczelni państwowych. Wprawdzie wymiana tych władz nastąpi dopiero 1 października, ale wybory odbędą się na wiosnę, a gorączka przedwyborcza już się zaczyna. Dlatego chciałbym podzielić się z czytelnikami moimi refleksjami wynikającymi z obserwacji poprzednich wyborów, a także obecnych nastrojów.

Przede wszystkim należy stwierdzić, że wygranie wyborów i uzyskanie tytułu Jego Magnificencji jest dla wielu samodzielnych pracowników nauki szczytem osiągnięć, dającym wielką satysfakcję. W obecnej sytuacji szkolnictwa wyższego stanowisko rektora to nie tylko wysokie - w porównaniu z szeregowymi profesorami - apanaże, ale również liczący się szczebel w karierze oraz możliwość uzyskania dużej władzy i możliwości w środowisku. Nic dziwnego zatem, że wybór rektora i władz uczelni budzi duże emocje.

Niewłaściwy system

W większości państwowych szkół wyższych został przyjęty dwustopniowy wybór władz: najpierw społeczność akademicka wybiera odpowiednią liczbę elektorów, a oni następnie wybierają władze szkoły. Jednak w nielicznych uczelniach statut zakłada wybór rektora i jego zastępców przez senat oraz, odpowiednio, dziekana i prodziekanów przez rady wydziału. System ten jest, moim zdaniem, niewłaściwy i umożliwia szereg działań zakulisowych. Elektorzy stanowią większe - a co za tym idzie lepiej reprezentujące społeczność akademicką - grono, a jednocześnie bardziej niezależne niż senat, którego członkowie - tak z wyboru, jak i wchodzący doń automatycznie, ze względu na pełnione funkcje (rektor, prorektorzy, dziekani, dyrektor administracyjny) - są bardziej uzależnieni od kierownictwa uczelni. Poza tym elektorzy, wybierani tylko do jednorazowej funkcji wyborców, przed samymi wyborami lepiej się orientują w aktualnych nastrojach środowiska i jednocześnie są mniej podatni na różnego rodzaju naciski.

Narzucają prorektora

Zgodnie z obowiązującą ustawą o szkolnictwie wyższym, w wyborach biorą udział nie tylko profesorowie i doktorzy habilitowani (tzw. pracownicy samodzielni), ale także pracownicy nie będący nauczycielami akademickimi, tj. pracownicy administracyjni i studenci, przy czym ci ostatni w znaczącym procencie. I ta sprawa budzi moje poważne wątpliwości. Wprawdzie zgadzam się całkowicie z teorią, która mówi, że studenci są dorosłymi ludźmi, którzy spędzają w murach uczelni co najmniej 5 lat, powinni więc mieć wpływ na wybór władz. Ale teoria ta rozmija się, niestety, z praktyką. W rzeczywistości, wykorzystując pewne niezręczne sformułowania ustawy, studenci nie wybierają a narzucają prorektora i prodziekana ds. studenckich. Jest to zaprzeczeniem demokratycznych wyborów, gdyż studenci w tym przypadku mają praktycznie prawo veta. Do tego wygodny, bo spolegliwy dla studentów prorektor czy prodziekan, wcale nie musi być dobrym i wymagającym opiekunem.

Fikcja wyboru

Z kolei uważam, że tak, jak studenci powinni mieć wpływ na wybór, a nie decydować o wyborze prorektora i prodziekana ds. studenckich, tak powinni mieć znacznie ograniczony udział w wyborze innych członków władz uczelni.
Konkretnie w Politechnice Radomskiej wyboru rektora dokonuje senat. W senacie zasiada 60 senatorów, spośród których 9 to funkcyjni z "automatu" (rektor, 3 prorektorów, 5 dziekanów), 5 pracowników administracyjnych i 9 studentów. W ten sposób z 60 wyborców 15 proc. stanowi ustępujące kierownictwo szkoły, drugie 15 proc. stanowią studenci i ponad 8 proc. administracja. Jest oczywiste, że administracja szkoły jest zależna od dyrektora administracyjnego, który będąc człowiekiem mianowanym, jest całkowicie podporządkowany rektorowi. Z kolei studenci są pod wpływem prorektora ds. studenckich, od którego nie tylko wiele zależy w przypadku jakiejś "wpadki", ale który również ma z nimi najczęstszy kontakt i jest dla nich silnym ośrodkiem opiniotwórczym. A zatem 30-40 proc. wyborców jest dosyć ściśle powiązanych z ustępującym układem władzy i ich głosy są często manipulowane.

Do tego w wielu uczelniach przyjął się ostatnio zwyczaj, że wybrany rektor zgłasza na stanowisko poszczególnych prorektorów po jednym kandydacie. W takim przypadku nie mamy do czynienia z wyborem. Staje się on fikcją i sprowadza wyłącznie do zaakceptowania lub odrzucenia narzuconej kandydatury. Argumentem za takim postępowaniem jest to, że rektor ma prawo wybrać swoich współpracowników (by w taki np. sposób wyrazić wdzięczność za poparcie), ale wobec tego, po co wybory? Może rektor powinien mianować swoich zastępców? Trudno też sobie wyobrazić, że z całego grona profesorów, doktorów habilitowanych i często adiunktów tylko jeden jest do zaakceptowania przez J.M.

Reasumując, uważam, że takie wybory, pomimo ich tajności, mają niewiele wspólnego z demokracją, wpływają destrukcyjnie na życie uczelni i nie stanowią elementu wychowawczego dla studentów. W rezultacie wybór najważniejszych władz szkoły wyższej jest często wynikiem nacisków wąskiej grupy i nie odzwierciedla nastrojów i oczekiwań środowiska akademickiego. Sądzę również, że moja wypowiedź wywoła dyskusję, która będzie miała wpływ na ustalenia w opracowywanej nowej wersji ustawy o szkolnictwie wyższym.

Dr hab. Tomasz Prot, prof. PR, jest kierownikiem Katedry Garbarstwa, Tworzyw Sztucznych i Gumy Politechniki Radomskiej.

Uwagi.