Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 3/1999

Akademicka wieloetatowość
Poprzedni Następny

Jestem przekonany, że profesor akademicki z wieloletnim stażem jest w stanie
"obsłużyć" dydaktycznie na dobrym poziomie ze dwie uczelnie.
Mam jednak poważne wątpliwości, czy każda następna nie byłaby już
"odrabianiem pańszczyzny"

Zbigniew Drozdowicz

Fot. Stefan CiechanJednym z częściej podnoszonych ostatnio problemów środowiska akademickiego jest kwestia wieloetatowości pracowników wyższych uczelni. U jednych wywołuje ona uczucia ambiwalentne, bo na więcej niż jednym etacie można wprawdzie więcej, czasami nawet dużo więcej zarobić, ale też trzeba się więcej napracować; czasami tyle, że takiemu wieloetatowcowi nie starcza już czasu i energii ani na wzięcie dodatkowych obowiązków w swoim tzw. podstawowym miejscu zatrudnienia, ani nawet na prawdziwe życie towarzyskie i rodzinne. U innych zdaje się ono wywoływać uczucie zaniepokojenia, bo jak można przy takich "przeciążeniach" prowadzić na dobrym poziomie badania i nauczanie? Wygląda na to, że przygotowywana nowa ustawa o szkolnictwie wyższym da satysfakcję tym drugim. Wprawdzie niczego jeszcze w niej ostatecznie nie przesądzono, jednak dochodzą sygnały, że rozwiązania, które tam się przygotowuje, wpłyną na ograniczenie tego "procederu".

Tradycja

W związku z tym, że ponoć chcemy dołączyć do prawdziwie cywilizowanego świata - co można przetłumaczyć wyłącznie jako przyjęcie standardów zachodnich - dobrze byłoby odpowiedzieć na pytanie, jak ta kwestia wyglądała i wygląda w owym świecie. Nie dysponuję, niestety, taką wiedza, aby powiedzieć, jak to się przedstawia we wszystkich należących do niego krajach. Miałem jednak wielokrotnie okazję przyjrzeć się tej kwestii we Francji. Powiedzenie, że praca członków akademickiej społeczności na więcej niż jednym etacie jest tam czymś powszechnym rozmijałoby się z prawdą. Prawdą bowiem jest, że znaczna liczba tych osób pracowała i pracuje tylko na jednym etacie i gdyby nawet chciała, to trudno byłoby jej znaleźć dodatkowe zatrudnienie. Nie dlatego, że mają zbyt niskie kwalifikacje lub zbyt wąskie specjalizacje, lecz przede wszystkim dlatego, że generalnie niełatwo jest tam uzyskać etat naukowy czy dydaktyczny. Jest regułą, że do konkursu o taki etat staje kilkadziesiąt osób, a ci, którzy otrzymują zatrudnienie, mało kiedy otrzymują je raz na zawsze i trzeba włożyć sporo czasu i energii, aby po upływie okresu zatrudnienia uzyskać jego przedłużenie. Prawdą jest jednak również, że spora część akademickiej społeczności ma zatrudnienie więcej niż w jednym miejscu, przy czym niejednokrotnie różni je nie tylko położenie na mapie, lecz także, w istotnym stopniu, charakter wykonywanych zajęć. Na przykład: pewien mój znajomy był jednocześnie zatrudniony na etacie w Uniwersytecie w Rennes (wykładając tam filozofię) oraz w Centrum Pompidou w Paryżu (zajmując się tam sztuką afrykańską). Rzecz jasna, przy tamtejszej sieci komunikacji tych kilkaset kilometrów dzielących oba miasta nie stanowi poważniejszego problemu i, oczywiście, nie ma takiego przepisu prawnego, który uniemożliwiałby mu realizację tak różnych przecież zainteresowań. A że nie był jakimś wyjątkiem wśród francuskiej profesury, łatwo się przekonać sięgając chociażby do notek o autorach zamieszczających we francuskojęzycznych publikacjach naukowych.

U nas, oczywiście, wiele rzeczy wyglądało i wygląda inaczej. Nie ma potrzeby odwoływania się do "prehistorii" życia akademickiego w Polsce. Wystarczy przypomnieć, że jeszcze w latach 70., a nawet 80., na więcej niż jednym etacie zatrudniona była bądź to najbardziej znacząca naukowo profesura, łącząc niejednokrotnie pracę w uczelni z pracą w Polskiej Akademii Nauk lub w tzw. jednostkach badawczo-rozwojowych, bądź też grupa pracowników akademickich pełniąca jednocześnie różne funkcje partyjne i państwowe. Rzecz jasna, byli wówczas i tacy, którzy "przymuszeni" akademicką "biedą" (lub "nudą") gdzieś na boku udzielali się i dorabiali. Znam takie osoby, którym całkiem zwyczajnie nie wystarczała ani satysfakcja z bycia nauczycielem akademickim, ani też związane z tym - co tu dużo mówić - marne uposażenie i decydowały się na podjęcie obowiązków zwykłego nauczyciela w szkole podstawowej, nie rozgłaszając zresztą tego specjalnie wśród znajomych. Znam również takie osoby, które wykorzystując swoją dobrą znajomość języków obcych całkiem zwyczajnie "chałturzyły" (a niektóre z nich "chałturzą" nadal), robiąc tłumaczenia dla wydawnictw. A mówię przecież tylko o tych, którzy w jakiejś mierze pozostawali w obrębie szeroko pojętego nauczania i nauki.

Zapewne, sporo ciekawego na temat wieloetatowości mogliby powiedzieć ci, którzy przez lata uczelnię traktowali jako dobrą "odskocznię" do znacznie lepiej płatnej pracy i opuścili ją bądź dlatego, że akademicka legitymacja do niczego już im nie była przydatna, bądź też dlatego, że w przewidzianym ustawą czasie nie wykazali się odpowiednimi postępami w nauce. Jak zresztą mieli się nimi wykazać w sytuacji, gdy trzeba było pilnować "interesów"? Dobrze byłoby, aby jakiś sprawny i nieuprzedzony socjolog przeprowadził gruntowne badania nad tymi i innymi przypadkami akademickiej wieloetatowości z nieodległej przecież przeszłości. Jestem przekonany, że mogłoby to się przyczynić nie tylko do rozwiania niejednego z mitów (np. na temat akademickiego powołania lub - mówiąc jeszcze bardziej górnolotnie - akademickich etosów), jak i do pokazania różnych motywów, którymi kierują się osoby decydujące się na podjęcie pracy w wyższej uczelni.

Dzisiaj

Fakt, że tak często i głośno mówi się dzisiaj na ten temat, wskazuje, iż nie jest to marginalne zjawisko. Prowadzone zresztą były na ten temat rzetelne badania. Ich wyniki przedstawia m.in. Elżbieta Wnuk-Lipińska w książce Innowacyjność a konserwatyzm. Uczelnie polskie w procesie przemian społecznych (Warszawa 1996). Oparte zostały one na danych empirycznych z 1993 roku. Stwierdza się tam m.in., że zdecydowana większość pracowników akademickich wykonuje jakąś dodatkową (poza etatem w uczelni) pracę zarobkową. W zróżnicowaniu na poszczególne grupy pracownicze było to 55 proc. profesorów tytularnych, 65 proc. profesorów uczelnianych, 70 proc. adiunktów i 73 proc. asystentów. Wśród różnych powodów podjęcia dodatkowej pracy zdecydowana większość (88 proc. wykonujących ten typ pracy, tj., 58 proc. ogółu respondentów) wymienia "potrzebę zarobienia pieniędzy". Inne powody to: "nawiązywanie kontaktów, przydatne w prowadzeniu działalności badawczej", "dostarczanie stymulacji naukowej", oraz "dawanie satysfakcji, zadowolenia". Wśród różnych typów uczelni zjawisko wieloetatowości w największym stopniu dotyczyło w 1993 roku politechnik, w mniejszym uniwersytetów, zaś w stosunkowo najmniejszym Wyższych Szkół Pedagogicznych. Interesujące jest również zróżnicowanie wieloetatowców z uwagi na reprezentowane przez nich dyscypliny. W przypadku uniwersytetów najmniej pracowników akademickich wykonujących taką pracę znajduje się na wydziałach matematyczno-przyrodniczych (49 proc.) i humanistycznych (58 proc.), więcej jest ich wśród przedstawicieli nauk społecznych (72 proc.) i prawników (79 proc.), zaś najwięcej wśród ekonomistów (92 proc.). Tyle tytułem statystyki sprzed kilku lat.

Dzisiaj nawet "gołym okiem" widać, że akademicka wieloetatowość nie tylko nie zatrzymała się na poziomie z 1993 roku, ale najwyraźniej się zwiększyła. Inaczej zresztą być nie mogło w sytuacji wejścia naszego społeczeństwa w realia gospodarki rynkowej, z takimi jej zasadami, jak wolna gra sił i ich przepływ od tych, którzy płacą mniej, do tych, którzy płacą więcej, oraz pojawienia się tylu nowych możliwości, że byłoby wręcz lekkomyślnością z nich nie skorzystać, a przynajmniej nie podjąć próby sprawdzenia się w tych nowych realiach. W sferze szkolnictwa wyższego uwidoczniło się to przede wszystkim poprzez skokowy wzrost liczby szkół niepaństwowych: w roku 1993 było ich zaledwie kilkadziesiąt, a na koniec 1998 roku zarejestrowanych było już ok. 150. Rzecz jasna, podstawową kadrę tych szkół stanowili i stanowią pracownicy akademiccy szkół państwowych, przy czym bezwzględny priorytet zdają się tutaj mieć ekonomiści, prawnicy i przedstawiciele nauk społecznych (zwłaszcza politolodzy), zdecydowana bowiem większość z nich to szkoły związane z bankowością, zarządzaniem i marketingiem oraz samorządnością.

W ostatnich latach pojawiło się również wiele takich nowych podmiotów gospodarczych, w których bez większego trudu, a czasami również bez specjalnego targowania się o w końcu spore uposażenie, mogą znaleźć dodatkowe zatrudnienie osoby z akademickimi tytułami i kwalifikacjami, zwłaszcza gdy owe tytuły i kwalifikacje nie przeszkadzają im w dyspozycyjności. Nie sposób w końcu nie zauważyć pojawienia się wielkiej liczby małych firm, z których przynajmniej część zakładana i prowadzona jest przez osoby mające status pracownika akademickiego lub przynajmniej tkwiące w tym środowisku "jedną nogą", poprzez zachowanie połowy lub jeszcze mniejszej części etatu (co jest korzystne chociażby ze względu na kontakty czy ubezpieczenie). A już czymś powszechnym jest dzisiaj system usług i świadczeń na tzw. umowę o dzieło lub nieco mniej korzystną umowę-zlecenie, który zapewne wiele straciłby na efektywności bez udziału pracowników akademickich. Dla niejednego z nich zasadniczy problem nie sprowadza się do tego, czy brać w nim udział, czy nie, lecz do tego, aby do minimum sprowadzić tzw. "koszty własne" oraz odprowadzić do kasy państwowej (poprzez podatek) tylko to, co jest bezwzględnie konieczne.

Plusy i minusy

Podstawowy plus, to oczywiście możliwość zarobienia poważnych pieniędzy lub przynajmniej takiego dorobienia do budżetu domowego, aby pracownik akademicki z profesorskim tytułem nie musiał - jak to miało niedawno miejsce w telewizji - pokazywać odcinka z listy płac, z którego jednoznacznie wynika, że jest on wprawdzie uhonorowany naukowo, ale upośledzony finansowo. Wygląda zresztą na to, że dzisiaj nawet idealiści (a takich przecież w nauce nie brakuje) są skłonni mówić o pieniądzach i nie wstydzić się tego, że je mają, bo przecież za tak wysokokwalifikowaną, intensywną i czasochłonną pracę należy się wysoka płaca. Dobrze jest, rzecz jasna, jeśli jest to praca i płaca, z którą łączy się poszerzenie spektrum zainteresowań naukowych i kontaktów przydatnych w działalności badawczej. Nieźle jest, gdy pozwalają one na poszerzenie audytorium słuchaczy, którym można przekazać swoją naukową wiedzę i swoje przemyślenia. Plusem wieloetatowości może być również - zwłaszcza dla przedstawicieli tych dyscyplin, których teoretyczne badania mogą i powinny mieć zastosowania praktyczne - konfrontacja tego, co wydaje się dobrym pomysłem, z tym, co potocznie nazywa się prozą życia i co niejednokrotnie wykazuje różnorakie słabości oraz "niedoróbki" w owych pomysłach. Wiele na ten temat mogliby zapewne powiedzieć przedstawiciele nauk technicznych. Jestem jednak przekonany, że owa proza życia może również dać sporo do myślenia reprezentantom takich uniwersyteckich dyscyplin, jak pedagogika, prawo, socjologia, czy nawet filozofia. Sam w końcu jestem profesjonalnym filozofem i muszę otwarcie przyznać, że to, co mam okazję bezpośrednio obserwować, uczestnicząc w różnych pozaakademickich formach działania, pod niejednym względem przekracza wyobraźnię filozofa.

Rzadko się jednak zdarza, aby wszystkie te plusy wieloetatowości mogły się pojawić łącznie. Niejednokrotnie jest tak, że pozyskiwanie dodatkowych pieniędzy odbywa się nie tylko kosztem czasu i energii pracownika akademickiego, ale także jakości pracy naukowej i dydaktycznej w tzw. podstawowym miejscu zatrudnienia. Tak dzieje się zwłaszcza wówczas, gdy owe dodatkowe miejsce zatrudnienia nie jest związane z akademicką działalnością badawczą i dydaktyczną. Tak jednak dzieje się również wówczas, gdy jest ono wprawdzie związane z nauczaniem na poziomie wyższym, ale obciążenia dydaktyczne są tak znaczne, iż można w nim co najwyżej powielać swoje "stare pomysły" albo to, co każdy słuchacz może łatwo znaleźć w powszechnie dostępnych podręcznikach. Jestem przekonany, że profesor akademicki z wieloletnim stażem jest w stanie "obsłużyć" dydaktycznie na dobrym poziomie ze dwie uczelnie. Mam jednak poważne wątpliwości, czy każda następna nie byłaby już "odrabianiem pańszczyzny". Jak to wygląda w praktyce, mogą powiedzieć zwłaszcza ci studenci, którzy o swoim profesorze mieli okazję wiele dobrego usłyszeć od kolegów i koleżanek z innych uczelni, ale nie mieli zbyt wielu okazji wysłuchać bezpośrednio jego wykładów. Mam również wątpliwości, czy to, czego nie zrobił autentyczny profesor akademicki - taki, który ma nie tylko tytuł, ale i udokumentowane osiągnięcia naukowe i dydaktyczne - może zrobić doktor lub magister. A przecież w wielu przypadkach na nich właśnie opiera się - zarówno w uczelniach państwowych, jak i niepaństwowych - uczelniana dydaktyka. Oni też stanowią najliczniejszą grupę wśród akademickich wieloetatowców. Mówienie w ich przypadku o czymś więcej niż dorabianie do marnej pensji adiunkta czy asystenta, przez nich samych może być odebrane jako zwyczajne zawracanie głowy. A że na dorabianiu tym cierpi ich rozwój naukowy, to przecież nie ulega wątpliwości dla nikogo, kto chociażby z grubsza zna akademickie realia.

Co zrobią decydenci?

Rzecz jasna, na to pytanie mało kto jest w stanie dzisiaj udzielić jednoznacznej i przekonywującej odpowiedzi. Szykuje się wprawdzie nowa ustawa o szkolnictwie wyższym, ale póki co jest to "ustawa-widmo", bo jak inaczej nazwać tak fundamentalną regulację prawną, o której wprawdzie wiele się mówi, ale tylko niewielu miało możliwość zapoznania się z jej propozycjami? Można jednak trochę na ten temat pospekulować, wsłuchując się zarówno w groźne głosy tych, którzy mówią, iż w związku z akademicką wieloetatowością dzieje się w środowisku źle, a będzie jeszcze gorzej, jeśli nie podejmie się w tej sprawie stanowczych kroków, jak i w optymistyczne głosy tych, którzy mówią, że obecnie i tak jest już dużo lepiej niż było jeszcze kilka lat temu, a naturalne procesy społeczne wkrótce doprowadzą do tego, że nie "od góry", lecz "od dołu" będzie się decydowało o tym, co ma być i czego nie ma być w środowisku akademickim.

Jeśli zatem dać posłuch pierwszym, to trzeba byłoby przyjąć "czarny" scenariusz dla wieloetatowców. Rozwiązanie tego problemu mogłoby sprowadzić się do tego, że na mocy ustawy znacznie wzmocniona zostanie władza rektorska i na tym szczeblu w gruncie rzeczy rozstrzygnie się ich los. Jedni bowiem otrzymają od rektora zgodę na podjęcie pracy w dodatkowym miejscu zatrudnienia, innym natomiast zostanie ona odmówiona. Co gorsza, nawet ci, którzy taką zgodę otrzymają, mogą spotkać się z finansową sankcją ze strony macierzystej uczelni, w postaci niższego uposażenia niż jednoetatowcy. Można oczywiście zapytać, jakimi kryteriami będzie się kierował rektor w tej sprawie? Trzymając się "czarnego" scenariusza nie można wykluczyć, że jedynym oficjalnym kryterium będzie bliżej nieokreślone dobro uczelni i nie będzie można z nim dyskutować. "Czarny" scenariusz nie musi się jednak sprawdzić. Słyszy się bowiem również, że za tymi sankcjami wobec wieloetatowców miałoby pójść znaczne podniesienie uposażeń nauczycieli akademickich. Tylko najwięksi optymiści mogą w to uwierzyć, bo niby skąd Ministerstwo Edukacji miałoby wziąć te pieniądze? Mało prawdopodobne jest, aby pozwolił je sobie "wyszarpać" któryś z pozostałych resortów.

Można zatem pospekulować nad optymistycznym scenariuszem. Słyszy się zatem, że mają być wprowadzone bardziej obiektywne i jednakowe dla wszystkich kryteria oceniania pracy naukowej i dydaktycznej. Nie będzie zatem istotne, kto w ilu miejscach pracuje, lecz kto ile i gdzie publikuje oraz ile ma tzw. cytowań, a także, jak wykonuje swoje obowiązki dydaktyczne - to ostatnie będzie ustalane m.in. na podstawie tzw. ankietyzacji, czyli oceny zajęć przez studentów. Przy tym scenariuszu można sobie wyobrazić taką sytuację, że władze uczelni - z sobie tylko znanych względów - niechętne są bądź to wieloetatowości w ogóle, bądź też podjęciu pracy na dodatkowym etacie przez konkretną osobę. Jednak nie będą jej mogły odmówić na to zgody, osoba ta bowiem ma potwierdzone publikacjami i dobrymi ocenami w ankiecie wyniki naukowe oraz dydaktyczne. Powiedzenie, że przy tym scenariuszu nie potrzeba specjalnie niczego nowego wymyślać jest oczywiste samo przez się, tak bowiem mniej więcej wygląda to w krajach, z którymi chcemy się zintegrować.

LEGENDARNY PRESTIŻ

Mam wrażenie, że i w tym przypadku zrobimy jednak po swojemu. Być może nie sprawdzi się tak do końca ani "czarny", ani optymistyczny scenariusz. Rzeczywistość akademicka, z którą wkroczymy w nowe tysiąclecie (bo chyba nowa ustawa o szkolnictwie wyższym zostanie do tego czasu przyjęta) będzie zaś przypominała, że ciągle gonimy Europę i pod jednym względem jest nam do niej bliżej (np. pod względem wymagań stawianych akademickiej profesurze), pod innym zaś - dalej (np. pod względem uposażeń owej profesury). Życie dorzuci tutaj zapewne swoje "pięć groszy" i w praktyce okaże się, iż zawsze istnieje jakaś "furtka", która pozwoli ominąć piętrzące się na akademickiej drodze różnorakie przeszkody (w tym nieżyciowe regulacje prawne) i całkiem zwyczajnie robić to, co się dotychczas robiło. Sam, oczywiście, chciałbym wiedzieć, czy będzie to oznaczało, że muszę pracować na więcej niż jednym etacie, aby móc powiedzieć swoim bliskim i znajomym, że profesor to osoba, która wprawdzie sporo pracuje, ale też i sporo zarabia, a ponadto ma to, czego nie da się przeliczyć na żadne pieniądze, tj. satysfakcję z wykonywanej pracy i osiąganych wyników.

Żeby nie kończyć tym bardzo osobistym wątkiem dodam, że wśród zawodów cieszących się prestiżem społecznym nadal wysoko sytuuje się profesor wyższej uczelni. Nie można jednak zakładać, że utrzyma on swoją pozycję na przekór wszystkiemu i wszystkim. Oczywiście, wiele się zmienia w naszym kraju, w tym mentalność opiniotwórczych środowisk społecznych. Czy to się komuś podoba, czy też nie, istotnym wskaźnikiem wartości człowieka i wykonywanego przez niego zawodu staje się m.in. zawartość jego portfela. Jeśli zatem ów profesorski portfel będzie tak "chudy", że w najlepszym razie może wzbudzać współczucie, to obawiam się, że wspomniany wyżej prestiż przejdzie do legendy. A to będzie groźne nie tylko dla społeczności akademickiej, ale również dla samej nauki i akademickiego nauczania, bo który ambitny młody człowiek zechce stać się obiektem politowania?

Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz, historyk filozofii, pracuje w Instytucie Filozofii UAM Poznaniu.

Uwagi.