|
W polskich uczelniach kobiety zatrudnione w charakterze pracowników
naukowo-dydaktycznych stanowią mniejszość, mimo że nie brak kierunków,
na których płeć żeńska wyraźnie dominuje. Tylko nielicznym paniom
udaje się wspiąć na najwyższy szczebel kariery naukowej.
Halina Bykowska
Na Wydziale Chemicznym Politechniki Gdańskiej kobiety łatwo rzucają się w oczy. Stanowią ok. 70 proc. ogółu pracowników naukowo-dydaktycznych. W tamtejszej Katedrze Chemii Analitycznej, kierowanej przez dziekana wydziału, prof. Jacka Namieśnika, stanowią one nawet zdecydowaną większość.
- Spośród dwudziestu pięciu pracowników naszej katedry, siedemnaście stanowią kobiety, co świadczy o postępującej feminizacji - informuje prof. Namieśnik. - To zjawisko niekorzystne, ze względu na problemy natury organizacyjnej. Często trzeba dźwigać ciężkie butle oraz inny sprzęt. Jest to zadanie bardzo trudne dla kobiet - uzasadnia.
Na problemy związane z pełnieniem roli matek i żon prof. Namieśnik nie narzeka, ponieważ w skład zespołu, którym kieruje, wchodzą głównie kobiety nie mające małych dzieci. Myśli jednak z niepokojem o przyszłości, gdy najmłodsze pracownice doczekają się potomstwa. Gdyby mężczyzn było nieco więcej, pewnie rzadziej występowałyby drobne sytuacje konfliktowe, jakich nie brak wśród pań.
- Gdyby kobiety nie posiadały walorów niezbędnych przy wykonywaniu obowiązków służbowych, nie zatrudniałbym ich aż tyle - tłumaczy prof. Namieśnik. - Ponieważ jednym z podstawowych wymogów jest dokładność i solidność, nie wykluczam, że właśnie te cechy, charakterystyczne dla kobiet, decydują, że większość w zespole stanowią panie. Ponadto kobiety są bardzo dobrymi dydaktykami. Przekonany jestem, że każda z pracownic wniesie niemały wkład do dorobku naukowego w przyszłości - zapewnia i bardzo długo zastanawia się nad tym, która z kobiet ze środowiska akademickiego w Trójmieście osiągnęła znaczący sukces w skali kraju. Niestety, nie przychodzi mu na myśl żadne nazwisko. Kobietą, która, jego zdaniem, cieszy się ogólnopolskim prestiżem, jest... prof. Maria Janion, wybitny znawca literatury okresu romantyzmu, związana ze środowiskiem naukowym Warszawy.
Specyfika uczelni technicznych
- W uczelniach technicznych kobiety zawsze stanowiły mniejszość - podkreśla prof. Edmund Wittbrodt, były rektor Politechniki Gdańskiej, pracownik naukowy Wydziału Mechanicznego tej uczelni, senator RP oraz członek Komitetu Nauki i Technologii w Radzie Europy. Nie wyklucza, że przy podejmowaniu decyzji w sprawie zatrudnienia na niektórych stanowiskach bierze się pod uwagę płeć, co wynika głównie z macierzyńskich obowiązków kobiet. Przedstawicielek płci żeńskiej zwykle jest sporo na Wydziale Architektury, Inżynierii Środowiska, a także na Wydziale Chemicznym, a więc tam, gdzie indeksy otrzymuje niemało dziewcząt.
W PG wśród pracowników i docentów jest zaledwie 7,7 proc. kobiet.Nieco więcej pań (tj. 25 proc.) pracuje na stanowiskach adiunktów i asystentów. Według prof. Wittbrodta, wpływ na tę sytuację mają obowiązki związane głównie z pełnieniem roli żon i matek. W Katedrze Mechaniki Wytrzymałości Materiałów PG, którą kieruje prof. Wittbrodt, uważanej za "typowo męską", przeważają mężczyźni. Spośród dwudziestu pięciu pracowników (naukowo-dydaktycznych i pomocniczych) płeć żeńską reprezentują zaledwie dwie panie, w tym tylko jedna z nich jest na etacie nauczyciela akademickiego. Pełni funkcję asystentki.
- Nasza asystentka jest niezwykle aktywna i pod wieloma względami lepsza od mężczyzn, zatrudnionych w katedrze - stwierdza prof. Wittbrodt. - Jest autorką licznych publikacji i wiele wskazuje na to, że w krótkim czasie uzyska doktorat. Kobiety wcale nie muszą być gorsze od mężczyzn. Przeciwnie, mogą być nawet lepsze. Najważniejszy jest dorobek i kwalifikacje kandydata na stanowisko asystenta - podkreśla i dodaje, że zbyt niska płaca (600-700 zł miesięcznie) sprawia, iż od dawna o posadę asystenta w Katedrze Mechaniki Wytrzymałości Materiałów PG nie rywalizuje kilka osób równocześnie, nie istnieje więc dylemat kogo wybrać - mężczyznę czy kobietę.
Znamienne jednak jest, że na przestrzeni wielu lat ani jedna kobieta nie pełniła w PG funkcji rektora (stanowisko rektora gdańskiej Akademii Medycznej powierzono w latach 80. prof. Barbarze Krupie-Wojciechowskiej, co było ewenementem w Trójmieście). Pań prawie nie widać pośród dziekanów tej uczelni. Przyczyn takiej sytuacji nikt dokładnie nie analizował. Nie wiadomo też, czy pracownicom naukowo-dydaktycznym PG, mającym rozliczne obowiązki pozazawodowe, marzyło się kiedykolwiek, by usiąść na rektorskim fotelu. Kandydatek na rektora po prostu nigdy nie było.
Zapytany o kobietę-naukowca w PG, posiadającą sukcesy na miarę ogólnokrajową, prof. Wittbrodt bardzo długo szukał w pamięci. Zapewniał, że utalentowanych pracownic naukowych, będących również dobrymi dydaktykami, nie brakuje w Trójmieście. Ostatecznie przyznał, że osobą najbardziej podziwianą za osiągnięcia naukowe i zacięcie menedżerskie jest prof. Anna Podhajska z Międzyuczelnianego Wydziału Biotechnologii Uniwersytetu Gdańskiego i Akademii Medycznej. - Jest ona wybitną osobowością i potrafi patrzeć na problemy znacznie szerzej wykraczając poza własne środowisko uczelniane. To głównie z jej inicjatywy doszło do utworzenia międzyuczelnianej biotechnologii. Znana jest w Polsce z innowacyjnego podejścia do nauki - chwali prof. Wittbrodt.
Jak jest w Europie?
W Krajach Unii Europejskiej kobiet, które odgrywają znaczącą rolę w naukach ścisłych i technologii, jest jak na lekarstwo. - Na posiedzeniu Komitetu Nauki i Technologii mówiono niedawno, że wykształcone kobiety mogłyby odegrać bardzo pozytywną rolę - informuje prof. Wittbrodt. - Świadczy o tym specyficzny sposób patrzenia przedstawicielek płci żeńskiej na rzeczywistość, uwzględniający czynniki społeczne. Mogłoby to przyczynić się do uzyskania pozytywnych efektów w wielu dziedzinach życia.
Komitet Nauki i Technologii Rady Europy, który zajął się rolą kobiet w środowiskach naukowych i w technologii, uwzględnił tylko sytuację w krajach Unii Europejskiej. Z jego raportu, sporządzonego w listopadzie ub. roku wynika, że panie stanowią mniejszość wśród pracowników naukowo-dydaktycznych. Mężczyźni dominują wśród pracowników zajmujących się naukami ścisłymi.
Kobiety w krajach zachodnioeuropejskich rzadko wspinają się na najwyższy szczebel kariery naukowej. Większość pań z dyplomem to nauczycielki (jeśli pracują w szkołach średnich, rzadko nauczają matematyki, fizyki lub technologii), pielęgniarki lub asystentki laboratoryjne. Młode kobiety stanowią tylko 10-30 proc. inżynierów wśród swoich równieśników. W uczelniach panie stanowią zaledwie 10 proc. pracowników naukowo-dydaktycznych z tytułem profesora. Przedstawicielki płci żeńskiej sporadycznie zajmują kierownicze stanowiska w ośrodkach naukowo-badawczych.
Nauki inyżnieryjne i zawód inżyniera darzony jest szczególną estymą we Francji, nieco mniejszym szacunkiem w Niemczech i znacznie mniejszym w Wielkiej Brytanii, gdzie istnieje większy respekt dla zawodu prawnika, ekonomisty lub finansisty. Stąd we Francji jest nieco więcej kobiet pracujących naukowo lub będących inżynierami, jak również osiągających większe sukcesy niż w Wielkiej Brytanii lub Niemczech - czytamy w raporcie Rady Europy.
Taka sytuacja nie satysfakcjonuje. Eksperci krajów niemieckojęzycznych (tj. RFN, Szwajcarii i Austrii) podkreślają, że negatywną rolę odegrała przewaga tzw. męskich wartości w świecie nauki i technologii, czego efektem był ograniczony dostęp kobiet do niektórych dziedzin wiedzy.
Z danych za 1995 r. dotyczących Francji wynika, że wśród naukowców, którzy zajmowali się farmacją, ok. 68 proc. stanowiły kobiety. W innych dziedzinach wiedzy panie angażowały się następująco: medycyna aż 60 proc., matematyka i fizyka - 32 proc., nauki ścisłe i technologia - ok. 21 proc.
W 1997 r. w Norwegii tytuł naukowy doktora w zakresie nauk humanistycznych uzyskało 31 mężczyzn i 27 kobiet. Proporcje w zakresie innych dziedzin wiedzy były następujące: nauki społeczne - 59 mężczyzn i 47 kobiet, matematyka i nauki ścisłe - 127 mężczyzn i 50 kobiet, technologia - 110 mężczyzn i 18 kobiet, medycyna - 74 mężczyzn i 41 kobiet.
Są powody do kompleksów?
W polskich uczelniach w ub. roku kobiety z tytułem profesora stanowiły 18,5 proc. (w wyższych szkołach technicznych 7,8 proc.), a panie zatrudnione na stanowisku adiunkta lub asystenta - 40,5 proc. (w uczelniach technicznych ponad 25 proc.). Studia doktoranckie odbywało 43,8 proc. kobiet (w uczelniach technicznych prawie 26 proc.), a w studiach podyplomowych uczestniczyło 60 proc. kobiet (w szkołach technicznych prawie 40 proc.). Powodów do kompleksów zatem nie ma.
Pocieszające jest, że ogółem w uczelniach w kraju 55 proc. studiujących stanowią przedstawicielki płci żeńskiej (w politechnikach jest ich ok. 29 proc.). Pozwala to przypuszczać, że w przyszłych latach wzrośnie także liczba kobiet wśród pracowników naukowo-dydaktycznych. Powodem do optymizmu jest to, że stale rośnie wskaźnik scholaryzacji, co plasuje Polskę obecnie na pozycji, jaką pod tym względem przed dziesięcioma laty zajmowała Hiszpania lub Wielka Brytania.
- Niczego nie należy robić na siłę - stwierdza prof. Wittbrodt. - Nie da się zmienić naturalnej roli kobiety, związanej z macierzyństwem, wymagającej niemałych obowiązków pozazawodowych. Najważniejsze, aby tworzyć w uczelniach warunki zapewniające jednakowe szanse na awans kobietom i mężczyznom. |