Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 3/1999

Literatura polska... w Internecie
Poprzedni Następny

Internet jest nadal nieprawdopodobną szansą na upowszechnienie literatury
i kultury polskiej, bez czego za jakiś czas będziemy funkcjonowali
w gigantycznym McDonaldzie albo... w osobliwym skansenie.

Marek Adamiec

Fot. Stefan CiechanJakiś czas temu na łamach "Forum Akademickiego" (nr 6/98) zamieściłem artykuł Zmarnowana szansa polskiej humanistyki. A szło tam - przypomnę - o te możliwości, jakie niesie ze sobą współczesna technologia, konkretnie Internet. Nadal uważam, że Internet jest właśnie tym narzędziem, które ułatwia rozpowszechnianie kultury i literatury polskiej. Żeby nie być gołosłownym zapraszam na stronę: http://monika.univ.gda.pl/ literat/index.htm, gdzie znaleźć można pewną propozycję współczesnego upowszechniania literatury. W znajdującym się tam Przewodniku literackim zostały zebrane odsyłacze do literackich i kulturalnych zasobów Internetu. Publikacje w języku polskim są tam prezentowane bardzo skromnie - a to nie z mojej winy.

Nadal jestem skłonny powtórzyć z całą dosadnością: obecnie trwa bezmyślny proces marnowania tej możliwości, jaką przyniosła nowoczesna technologia. Proces, który sprawi, że pod względem potencjału intelektualnego będziemy coraz bardziej odstawać od tzw. reszty świata, odstawać w znaczeniu wyłącznie negatywnym.

"Kilka myśli, co nienowe"

Temat nasz może się wydać tak beznadziejny, że aż jałowy - pisał w roku 1948 Stanisław Vincenz, rozpoczynając rozważania O możliwości rozpowszechniania kultury i literatury polskiej. Jednak po tym dosyć przygnębiającym stwierdzeniu powiadał tak: Słyszeliśmy i powtarzaliśmy często: nie damy Lwowa, nie damy Wilna, a także nie damy Cieszyna. Weźmy wreszcie coś i dajmy jednocześnie. Bo wymiana to oddech duszy. Wdychanie łączy się z wytchnieniem. Myślę, że właśnie tego pisarza i myśliciela wypada przypominać dzisiaj, w epoce polskich lęków i mitów, bardzo często.

Nieco później, chyba na marginesie refleksji o diable, tak pisał Leszek Kołakowski w szkicu pod tytułem Sprawa polska: Kultura narodowa nie jest (...) sztabą złotą, którą można w ziemi zakopać i po latach nietkniętą wydobyć, nie jest także zabytkiem muzealnym albo biblioteką chwilowo nieczynną. Jest formą aktualnego trwania narodu. Przechowywać ją można tylko jako kulturę żyjącą, a więc tylko w oporze przeciw degradacji mowy publicznej, przeciw redukcji życia do prywatności powszedniej, przeciw próchnieniu wszystkich spontanicznych krystalizacji życia zbiorowego nie dekretowanych nakazem. A to wszystko jest karalne lub podejrzane. Kultura narodowa nie przechowywania wymaga, ale obrony czynnej i w złej wierze żyje ten, kto powiada, iż nie wie, co to znaczy. Tak sobie dumam, a to z perspektywy poletka polonistycznego, cokolwiek rozszerzonego przez Internet, że szczególnie dzisiaj te słowa zasługują na przypominanie. A nie chodzi mi o żadne zawodzenia ni też proroctwa kasandryczne; ostatecznie zmarnowano już bardzo wiele, i to w sposób bezpowrotny. A kiedy mówię o zmarnowaniu, mam także na myśli stosunek wynagrodzenia pracownika naukowego do wynagrodzenia, jakie pobiera - także ze strefy budżetowej - pracownik administracji lokalnej. Wykształcenie pracownika naukowego, reprezentującego pewien poziom merytoryczny, trwa dość długo; kadencja władz lokalnych trwa tylko kilka lat, potem przychodzą inni, którzy zazwyczaj muszą uczyć się wszystkiego od nowa. Ale dość tych rozważań - ostatecznie dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach.

Przenieśmy się wzrokiem

Ze świata refleksji o kulturze, literaturze i wartościach przenieśmy się w sferę kultury współczesnej. Albowiem faktem jest to, że Internet staje się elementem także kultury polskiej. I to na pewno nie elementem marginalnym, jak zwykli sobie imaginować ludzie o małej wyobraźni, uważający komputer za zabawkę dla dzieci.

Oto fakty. Czasopismo "Internet", opatrzone podtytułem: "Magazyn użytkowników sieci Internet" w numerze grudniowym z roku 1998 opublikowało wyniki ankiety Najważniejsze wydarzenia w Internecie w roku 1998. Jest ona o tyle ważna, że wypowiadali się tutaj dziennikarze polskiej prasy komputerowej, to znaczy ludzie znający się na tym, o czym mówią. Pomińmy tutaj kwestie tyczące finansów potentatów komputerowych świata i osiągnięcia technologiczne, które nadal dla polskich użytkowników Internetu mają charakter czystej abstrakcji. Dla mnie bardzo ważna jest opinia Michała Kreczmara, redaktora naczelnego miesięcznika "Cyber", piszącego tak: Kolejny rok Internetu dobitnie świadczy o granicy, która nadal oddziela Polskę od tzw. reszty świata. (...) Polskie władze, administracja państwowa (w przeciwieństwie do organów terenowych) w niewielkim stopniu zwracają uwagę na Internet, internautów oraz promocję Sieci jako medium tworzącego nową społeczność dostrzeganą przez cały cywilizowany świat. (...) Musimy zdać sobie sprawę z tego, że wciąż brakuje spójnej koncepcji tworzenia nowoczesnego społeczeństwa informacyjnego. A "społeczeństwo informacyjne" to przecież nic innego, jak społeczeństwo mające dostęp do informacji. Informacji o ludziach i faktach, informacji, która w innych kulturach jest czymś naturalnym; mnie wystarcza sam fakt, że w książce telefonicznej Sztokholmu znajdę telefon "domowy" króla szwedzkiego, nie muszę tam dzwonić.

Jeżeli zaś chodzi o znaczenie Internetu w nowoczesnym społeczeństwie informacyjnym, to oczywiście na pierwszym miejscu w opinii dziennikarzy pism komputerowych znalazła się... afera Clintona, którą mogli na bieżąco śledzić także członkowie innych społeczeństw, w nieco mniejszym stopniu zinformatyzowanych. Niejako na marginesie tylko wspomniano o wielkiej polskiej internetowej encyklopedii multimedialnej. Milczeniem pominięto polskie dziewczyny w Internecie. W dniu 10 lutego 1999 roku oficjalnie było zarejestrowanych 340 polskich stron erotycznych, to znaczy czerpiących konkretne korzyści materialne z publikowania i udostępniania zdjęć i filmów związanych ze sferą seksualną. Ale powiedzmy sobie - to tylko margines, tym bardziej, że propozycje azjatyckie są o wiele bardziej wyrafinowane. Natomiast czasopisma, filmy i albumy o tej tematyce bez kłopotu kupić można w kiosku czy na większej stacji benzynowej. Funkcjonujących w tym dniu w Polsce stron wyższych uczelni było zdecydowanie mniej niż wskazuje liczba uczelni, placówek badawczych i oświatowych. Spora część stron wyższych uczelni, placówek badawczych i oświatowych nie oferowała praktycznie żadnych informacji, poza samym faktem istnienia takich czy innych instytucji. Wniosków na razie nie będzie.

Na co, po co i dlaczego?

Żeby wszystko było jasne: powiedzieć trzeba wyraźnie: w Polsce ani Internet, ani komputer nie są dobrem codziennego użytku, w odróżnieniu od pralki, telewizora czy lodówki. Chyba nadal podstawowym źródłem informacji i rozrywki jest telewizja, nie wnikam - prywatna czy publiczna. Warto się zastanowić, kim są w Polsce użytkownicy Internetu, oczywiście, oprócz dziennikarzy czasopism komputerowych. Sądzę, że użytkowników Internetu w Polsce podzielić można na dwie grupy: biernych i czynnych.

Na pewno administracja państwowa i terenowa należy do grupy pierwszej. Przez biernych użytkowników Internetu rozumiem te instytucje, dla których jest to sposób na zaksięgowanie sporych wydatków. A powiadam to złośliwie i z dużą irytacją, jako ten, któremu do strony z zasadami przygotowania wniosków o finansowanie udaje się dobić zazwyczaj po pewnym czasie. Ale jak już się dobiję, to mogę się dowiedzieć, że termin składania wniosków upłynął 28 marca 1998, strona zaś została sfinansowana z grantów europejskich w czerwcu 1998, pojawiła się zaś w Internecie w listopadzie 1998 roku. Adresami takich stron służę, skrzętnie przechowuję je w folderze "Ulubione". Bierni użytkownicy Internetu, to także wszystkie instytucje, które mogą sam fakt podłączenia się do sieci czy zaistnienia w formie mniej czy bardziej sensownej witryny "wliczyć sobie w koszta", cokolwiek by to znaczyło. Bierni użytkownicy Internetu to administracja państwowa i terenowa. Tutaj z witryn internetowych niewiele możemy się dowiedzieć, poza kilkoma nazwiskami, znanymi przecież skądinąd. Niewiele nawet miałem uciechy znalazłszy błędy ortograficzne na stronie Rządu RP. Oczywiście, że w języku polskim, innych wersji językowych nawet mi się nie chciało przeglądać, do tego stopnia strona była nieciekawa.

Do czynnych użytkowników należą bez wątpienia firmy prowadzące tą drogą kampanię reklamową czy załatwiające interesy. Tych w Polsce przybywa, ale zajmować się nimi obecnie nie będziemy. Podsumowując dyskusję redaktor czasopisma "Internet" pisze: Zwiększona o rzędy wielkości przepustowość i rozwijane coraz bardziej zabezpieczenia informacji, to są rzeczy bez wątpienia ważne, ale na litość boską, przecież trzeba mieć co przesyłać i co zabezpieczać... Chciałbym, aby w roku 1999 treścią tych przesyłek nie został tylko i wyłącznie e-business.

Do czynnych użytkowników Internetu - także i w Polsce - należą pracownicy naukowi, studenci, uczniowie - i ta grupa interesuje mnie najbardziej. O ile tylko jest w stanie wykroczyć poza skądinąd bardzo użyteczne narzędzie, jakim jest poczta elektroniczna. Jeżeli zegarek Timex Data-Link nie jest dla nich przedmiotem magicznym, ale narzędziem ułatwiającym życie. Wyjaśniam: jest to zegarek za pośrednictwem fotokomórki komunikujący się z komputerem i przechowujący pewną ilość informacji.

Z prawdziwym zażenowaniem próbowałem kilka razy uczestniczyć w komputerowych pogwarkach Polaków w tzw. pokojach, dostępnych za pośrednictwem programu Microsoft Chat: stężenie wulgaryzmów było ponad moją wytrzymałość. Tyle prymitywnego chamstwa nie było już w pokojach, w których obowiązywały inne języki; a powiadam to autorytatywnie, nieźle rozumiejąc tzw. słownictwo potoczne języka angielskiego i niemieckiego. Może tym problemem zajmie się kiedyś socjologia, a powiadam, jest czym. Bo to chyba niebagatelna prawda o polskiej kulturze współczesnej, wyzwolonej z wielu ograniczeń, o kulturze polskiej zachłyśniętej wolnością. Moralizować na pewno nie mam zamiaru.

De omnibus rebus

Pora na zwierzenia. Dla mnie Internet bywa niekiedy źródłem rozrywki; nie tylko wtedy, gdy po raz kolejny z uciechą stwierdzam, że Biuletyn Informacyjny Ministerstwa Kultury to po prostu atrapa. A tego rodzaju pewność można uzyskać nawet nie będąc hackerem. Ale jest to przede wszystkim kwestia informacji i wiedzy. Pominę tu tak prozaiczną sprawę, jak możliwość pozyskiwania aktualnych wersji i tzw. łat oprogramowania.

Powiedzmy wyraźnie: informacja tutaj dostępna ma strukturę... grochu z kapustą, poszukiwanie sensownego źródła przy chimerycznej przepustowości polskich łączy doprowadzić może do rozpaczy. Prawda jest taka, że sporo czasu można spędzić na gromadzeniu informacji zupełnie zbędnych, za to przedstawionych w sposób szalenie pociągający. Choroba informacyjna to także nie moja specjalność, ale sądzę, że niedługo także pojawi się w Polsce, jej niewielką namiastką jest śmietnik intelektualny, proponowany przez rozmaite, mniej czy bardziej luksusowe czasopisma.

Jednak Internet jest przede wszystkim źródłem wiedzy z rozmaitych dziedzin, także z zakresu wiedzy o literaturze, a ściślej o literaturach różnych krajów i narodów (gromadząc materiały do przewodnika literackiego dowiedziałem się, że istnieje chociażby literatura chicana, o czym najprawdopodobniej mógłbym się nigdy nie dowiedzieć). Ale jest także nadal nieprawdopodobną szansą na upowszechnienie literatury i kultury polskiej, bez czego za jakiś czas będziemy funkcjonowali w gigantycznym McDonaldzie albo... w osobliwym skansenie.

Kilka faktów

Teraz pora na kilka elementarnych faktów. A są nimi chociażby: koniec epoki książki, hermetyzm języka polskiego i kultury polskiej. O tym, że język polski jest najstarodawniejszy na świecie, i że w nim właśnie gwarzyli ze sobą Adam i Ewa, mógł onego czasu przekonywać Wojciech Dębołęcki, ale było to tak dawno, że chyba już nieprawda. O posłannictwie książki to można powiedzieć wiele, można utyskiwać na upadek obyczajów, na zanik czytelnictwa, ale chyba coraz rzadziej sięga się współcześnie po tradycyjną książkę. I nie tylko dlatego, że bibliotek, także bibliotek uniwersytetów polskich, nie stać na nowe zakupy.

Spędzając sporo czasu na wyszukiwaniu adresów internetowych związanych z literaturą (skądinąd sympatyczna książeczka Reinharda Kaisera Literackie spacery po Internecie, przekład polski: Kraków 1997, dawno się zdezaktualizowała) jedno zauważyłem: literatura, i to tak zwana literatura wysokoartystyczna, zajmuje niebagatelne miejsce na prywatnych stronach użytkowników Internetu społeczeństw informatycznych (ze Stanami Zjednoczonymi na czele). A nie mam na myśli wielkich przedsięwzięć (od Projektu GUTENBERG począwszy), ale zwyczajne, tzw. domowe strony. Prawda jest bolesna: być może Polacy kiedyś byli "narodem księgi", w cyberprzestrzeni nie mają czym się na razie poszczycić. Z jednym wyjątkiem - Polaka mieszkającego w Nowej Zelandii, prof. Romana Antoszewskiego, który zamieścił piękną edycję Pana Tadeusza m.in. pod adresem: http://www.polanz.com/library/PT981204/1PANTAD.HTM. Odsyłacze na polskich stronach oficjalnych poważnych instytucji i urzędów (ostatecznie zeszły rok był Rokiem Mickiewiczowskim) prowadzą w jedno miejsce: "error 404" (żeby chociaż "44"), co w ludzkim języku wykłada się: "strona nie istnieje".

Ponieważ jestem jedynie skromnym filologiem polskim, który nieźle radzi sobie z komputerem, uprzedzę, że nie jest moim celem reforma szkolnictwa wyższego. Cel mam o wiele skromniejszy: mianowicie historię uniwersytecką literatury polskiej w Internecie, która byłaby zrozumiała także i dla użytkowników Internetu, należących do społeczeństw informatycznych. A śmiem mniemać, że jest to jak najbardziej realne. Jeszcze. Zanim Internetową wizytówką Polski nie stały się tylko i wyłącznie "nadwiślańskie gorące małolaty".

Dr Marek Adamiec, historyk literatury, krytyk literacki, pracuje w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego.

Uwagi.