Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 3/1999

Recenzje
Poprzedni Następny

Poziom zero współczesnej kultury

Baudrillard, Derrida, Lyotard - trzej muszkieterowie postmodernizmu. Jego najbardziej klasyczni (o ile w odniesieniu do tego tematu można mówić o klasyczności) teoretycy. Znawcy współczesnej, wymykającej się wszelakim kategoriom ponowoczesności. Myśliciele, wobec których dorobku nie sposób przejść obojętnie. O ile ktoś zdecyduje się w ogóle przechodzić.

Jean-Fran?ois Lyotarda, autora przetłumaczonej także na język polski Kondycji ponowoczesnej, możemy poznać nieco dogłębniej sięgając po zbiór esejów Postmodernizm dla dzieci. Jest to właściwie zebrana przez wydawcę korespondencja francuskiego filozofa, powstała w czasie gorących sporów o postmodernizm. Stanowi ona odpowiedź autora na różnorakie słowa krytyki, w niektórych kwestiach przynosi rodzaj korekty oraz uściślenia wcześniej formułowanych poglądów, w tym samego pojmowania ponowoczesności w jej stosunku do nowoczesności; ta pierwsza okazuje się częścią tej drugiej, a nawet jej podstawą i warunkiem: Dane dzieło może stać się nowoczesne tylko wtedy, gdy najpierw jest ponowoczesne. Postmodernizm tak rozumiany nie jest modernizmem u swego kresu, lecz w trakcie narodzin i stan ten jest czymś permanentnym.

Zbiorek nosi wprawdzie tytuł czyniący adresatem dzieci, jednakże nie dziecinność potocznie rozumianą można mieć tutaj na myśli. Zresztą wystarczy przytoczyć kilka co bardziej soczystych związków frazeologicznych np.: (...) destrukcja układu syntaktycznego klasycznego dyskursu i przyswojenie nastawienia paraklasyfikacyjnego, by mieć pewność, że Jaś z Małgosią nie sięgną po tę książeczkę zamiast poczciwych bajek. Któż więc miałby sięgać? Oczywiście, każdy, kto mógłby mieć na celu czy to zapoznanie się z myślą wpływowego - bądź, co bądź - myśliciela, czy też - ze zwykłego snobizmu - w celu zaopatrzenia się w zbiór atrakcyjnych myśli do przytaczania i upewniania swoich rozmówców, że oto mają do czynienia z kimś o niezwykłym IQ. A w myśli takowe epistolograficzne perełki Lyotarda obfitują.

Ponieważ jest to myśl postmodernistyczna, jej objętość tematyczna jest w rzeczy samej poważna. Wiele uwagi poświęca Lyotard nie tylko kulturze, ale i historii, narracji historycznej, totalitaryzmowi, w którego ramy wpisuje także kapitalizm II poł. XX wieku. Ponadto w sposób charakterystyczny dla zachodnich intelektualistów przywołuje tragedię Holocaustu: Ponowoczesność zostaje zainaugurowana przez zbrodnię, zbrodnię obrazy władzy, zbrodnię nie królobójstwa, lecz ludobójstwa. Niestety, nadmiar jest często o wiele bardziej uciążliwy od braku. Wrzucanie wszystkiego do jednego wora z nalepką "Ponowoczesność" potrafi - o czym zapewniam - skutecznie obrzydzić lekturę, nawet wtedy, gdy mamy do czynienia z wybitnym autorem. Zresztą sam Lyotard przyznaje: Eklektyzm jest poziomem zero współczesnej kultury (...). Sztuka stając się kiczem, dogadza chaosowi, jaki panuje w gustach amatora (...) ten realizm czegokolwiek jest realizmem pieniądza. Co dotyczy, niestety, nie tylko artystów, ale i filozofów.

(kpuch)

Jean-Fran?ois Lyotard, Postmodernizm dla dzieci. Korespondencja 1982-1985, tłum. Jacek Migasiński, Fundacja ALETHEIA, Warszawa 1998.

Życie nekropolii

Dzieje ludzi zapisane są nie tylko w księgach i wspaniałych, monumentalnych budowlach. Zapisane są także w tablicach nagrobnych. I nie są to zapisy bez znaczenia. W życiu człowieka najważniejsze są narodziny, ślub, narodziny dzieci i śmierć. Może właśnie dlatego cmentarze w tak istotny sposób uzupełniają naszą wiedzę o życiu ludzi. Wśród nich poczesne miejsce zajmuje Cmentarz Łyczakowski we Lwowie, odkryty na nowo dla naszej kultury przez Stanisława Sławomira Nicieję. Rektor Uniwersytetu Opolskiego poświęcił temu miejscu spory kawałek życia, fotografując nagrobki, spisując inskrypcje, badając żywoty ludzi pochowanych w lwowskiej nekropolii. Wyrosły z tego dwie monografie, wzajemnie się uzupełniające. Teraz autor zebrał swą wiedzę w jedną pozycję, opublikowaną przez Ossolineum, wydawnictwo korzeniami swymi sięgające właśnie Lwowa.

Nowa praca Niciei, choć trudno ją już nazwać odkrywczą - taką rolę z pewnością można było przypisać dwom pierwszym monografiom tego autora poświęconym nekropolii Łyczakowskiej - ma ogromne znaczenie dla naszej kultury. Gromadzi bowiem i udostępnia bogatą wiedzę o naszej przeszłości, zapisaną w cmentarnych kamieniach. Wiedzę, która bez tej pracy byłaby stracona już na zawsze. Niektóre z pomników i inskrypcji utrwalonych przez autora w postaci fotografii lub notatek zostały w ostatnich latach zniszczone przez wandali. Monografia ta ma wyraźnie naukowy charakter. Jednak nie trzeba się obawiać lektury. To nie jest nauka ezoteryczna, choć ociera się o dość zamierzchłą przeszłość, a i o wieczność zarazem. Ogrom informacji, pieczołowicie poskładanych, uwiarygodnionych przypisami - zamieszczonymi na końcu, tak by nie zainteresowany nimi czytelnik nie musiał się o nie potykać w czasie lektury - oraz uporządkowanych w indeksie nazwisk, przedstawiony jest pięknym językiem literackim. Rzadka to dziś umiejętność wśród ludzi nauki, posługujących się coraz bardziej wyszukanym i hermetycznym językiem.

Książka - z której tak wiele można zaczerpnąć wiedzy nie tylko o samym cmentarzu, ale o dawnym Lwowie i zamieszkujących go ludziach - choć naukowa, niesie w sobie ogromny ładunek emocji. Autor emocje te podsyca, umiejętnie operując nastrojami: smutku, żalu, boleści, patosu, ale też humoru i radości.

Gromadząc moc informacji autor bądź wydawca nie ustrzegli się niewielkich i może dla książki mało istotnych błędów, wartych jednak skorygowania w kolejnym wydaniu. Prof. Konstanty Chyliński z pewnością nie mógł być członkiem-korespondentem PAN, nie należał też do Polskiej Akademii Umiejętności, natomiast od 1927 r. współpracował z Komisją Filologiczną PAU (str. 423). Znakomity ukraiński rzeźbiarz Łuka Bihanycz z pewnością urodził się w Wołosatem, ale wieś ta nie leży bynajmniej na pograniczu Łemkowszczyzny i Bojkowszczyzny (str. 225), lecz w samym sercu dawnej krainy Bojków, dobrych kilkadziesiąt kilometrów od najdalej na wschód wysuniętej wioski łemkowskiej.

(pik)

Stanisław Sławomir Nicieja, Łyczaków. Dzielnica za Styksem, Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław-Warszawa-Kraków 1998.

Uczciwszy uszy

W Słówkach Boya znajduje się wierszyk Pieśń o mowie naszej, w którym poeta ubolewa nad brakami języka polskiego w zakresie pojęć dotyczących "obcowania dwojga odmiennej płci Polaków". Szczególnie mocno gromi literatów, którzy archaiczne i ośmieszające język eufemizmy utrwalają na kartach swych utworów. Postulat ujędrnienia mowy naszej pojawia się również w późniejszym o ponad pół wieku pierwszym tomie Karafki La Fontaine’a Melchiora Wańkowicza. I tu także ostrze krytyki wymierzone jest przede wszystkim w pisarzy, unikających jak ognia wszelkich wyrażeń nieparlamentarnych, co jakoby oddala język literatury od życia.

Bardzo się musiała zmienić mowa ojczysta od tamtych czasów, skoro dzisiaj Słownik eufemizmów polskich ukazuje się po słowniku wulgaryzmów, choć - jak zapewnia autorka - oba wydawnictwa nie mają ze sobą nic wspólnego. Wydaje się, że książka ta powstała m.in. w celu przypomnienia bogactwa polszczyzny i przeciwstawienia się w ten sposób zalewowi tzw. łaciny podwórkowej, święcącej dziś tryumfy zarówno w żywej mowie, jak i w tekstach literackich. We wstępie czytamy, że zgromadzono w słowniku prawie trzy tysiące (...) wyrazów i wyrażeń neutralnych lub nacechowanych pozytywnie, użytych w miejsce takich, na które nałożone zostało (...) tabu (zakaz wypowiadania). Celem nie jest przełamanie istniejących tabu, lecz pokazanie, w jaki sposób (...) można obłożone nimi wyrazy zastąpić (...). Tym samym "Słownik" daje narzędzia do zwalczania tzw. chamstwa językowego. Stwierdzenie to ważne jest tym bardziej, że książka ma charakter pionierski (zresztą nie tylko w polskim piśmiennictwie, również na gruncie języków słowiańskich).

Hasłem bywa w słowniku zarówno jeden wyraz, jak i całe wyrażenie będące eufemistycznym omówieniem objętego zakazem słowa. Układ haseł jest rzeczowy, tzn. zgrupowany wokół konkretnych pojęć. Dopiero w ramach każdej kategorii wprowadzono porządek alfabetyczny. Taka organizacja materiału ułatwia korzystanie z książki, gdyż grupuje w jednym miejscu wszystkie eufemizmy dotyczące jednego pojęcia (nie trzeba szukać ich po całym słowniku), a co za tym idzie - unaocznia całe bogactwo określeń lub też ich mizerię.

Mimo jednak ogólnie pozytywnego nastawienia, mam pewne wątpliwości co do szczegółów. "Konserwatora płaszczyzn poziomych" z trudnością tylko odważyłbym się nazwać eufemizmem, gdyż słowa sprzątaczka, którego to hasło jest określeniem, nie obejmuje raczej żadne tabu. Na złagodzenie chudości słownik podaje tylko jedno hasło: "niedowaga" (?). Natomiast nazwanie eufemizmem słowa "dupsko" uważam już za grube nadużycie. Jak widać, prekursorstwo niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwa.

W słowniku odbija się też, niestety, kolejna moda idąca do nas z Zachodu, mianowicie polityczna poprawność w mowie i piśmie. Nieodparcie z tym właśnie kojarzy mi się np. określenie kogoś brzydkiego jako "pięknego inaczej" czy też "dość niewymyślnie umundurowanego przez naturę". W tym przypadku niewiele już zostaje ze szlachetnej idei walki z chamstwem. Daleko też jesteśmy od naszej tradycji. I obyczajowej, i językowej.

(mer)

Anna Dąbrowska, Słownik eufemizmów polskich, czyli w rzeczy mocno, w sposobie łagodnie, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1998, seria: "Słowniki Języka Polskiego".

My, naśladowcy

Czasy wielkiej imitacji to czwarty zbiór felietonów krakowskiego filozofa politycznego i zarazem jednego z najciekawszych publicystów Polski postkomunistycznej. Wielu publicystów wydaje dziś tomy szkiców, esejów czy felietonów odnoszących się do naszej współczesności, próbujących chwytać życie na gorąco. Niewiele z tych książek wnosi rzeczywiście coś nowego w sposobie widzenia rzeczy. Z reguły publicystyka idzie z "duchem czasu", poddaje się modom, narzeka na to, na co wypada narzekać, boi się tego, czego należy się bać... Tymczasem, każdy niemal tekst z tej książki zawiera myśl nową, intrygującą, zapadającą w umysł.

Autor jest konserwatystą, co znaczy - mówiąc w dużym skrócie za Russellem Kirkiem - że uznaje prymat ustalonego porządku moralnego, zwyczaju, konwencji, ciągłości, kieruje się rozwagą, akceptuje konieczność ograniczeń, próbuje godzić stałość i zmianę. Jeśli więc, Czytelniku Drogi, uważasz np., że pornografia to walka o wolność słowa, że faszyzm i przemoc w rodzinie są najważniejszymi polskimi problemami, że pisanie o komunistycznej przeszłości naszego kraju to "budowanie szafotów", jeśli wzdychasz do bohaterów kontrkultury, swoje czasy nazywasz postnowoczesnością, a "Politykę" uważasz za najlepszy polski tygodnik opiniotwórczy, nie bierz tej książki do ręki. A może właśnie weź, by zobaczyć, że można myśleć inaczej, nie poddając się schematom, postępowym zabobonom, wzorom kultury masowej.

Tytuł tego tomu wprowadza nas w krąg tematyki naśladownictwa w kulturze. Pisze więc tu autor o amerykanizacji, która była już tematem zbioru Frywolny Prometeusz, o importowanym do Polski feminizmie, o braku rodzimej kultury masowej i całej masie innych zjawisk, których bogactwo składa się na pewien całościowy obraz kultury współczesnej.

Konserwatysta, który walczy z liberalnymi przesądami, upomina się o mocną koncepcję moralności, o poważną kulturę dla dorosłych, przypomina o wartości tradycji i dobrego obyczaju, to, można by rzec, nic intrygującego. Najciekawszy jest konserwatysta, który - wbrew klanowym zachowaniom innych - dopomina się o spójność kultury konserwatywnej i takiegoż światopoglądu. W jednym z tekstów Legutko, przypominając tezę o lewicowości dzisiejszej kultury, zauważa, że stan ten "jest konsekwencją nie tyle siły kulturowej lewicy, ile słabości kulturowej prawicy". Inteligencja konserwatywna ma silne preferencje polityczne, nie ma natomiast wyraźnych preferencji filozoficznych czy artystycznych. Ktoś, kto głosuje na ROP, zwalcza aborcję i z odrazą podchodzi do lektury "Gazety Wyborczej", może mieć wrażliwość kulturową ukształtowaną przez Whartona, Jarmuscha, Świetlickiego i Nirvanę - pisze Legutko. I, dodajmy, bardzo często tak się właśnie dzieje. Jest to brak obycia w kulturze i efekt rozpatrywania jej dzieł w innych kategoriach niż własne wybory światopoglądowe i moralne.

(fig)

Ryszard Legutko, Czasy wielkiej imitacji, Wydawnictwo ARCANA, Kraków 1998.

Papierosie, boski diable

Zaciągnij się długo i głęboko, napełnij wnętrze jadowitym dymem papierosa - niech dotknie zakamarków płuc. (...) Dym przenika do szpiku kości, potem powoli wydostaje się z organizmu i łagodnie daje ci odczuć, jak przesuwają się granice twego ciała, nie ustalone raz na zawsze przez skórę. Papierosowa mgła, po skondensowaniu w najtajniejszych zakątkach wnętrza, przedostaje się do otaczającej cię aury... Każdy dymek jest zanurzeniem całego ciała... Po wchłonięciu i skupieniu dymu, skoncentrowaniu i zagęszczeniu jaźni, która staje się bardziej nieprzezroczysta, następuje wyparowanie: w chwili ekstazy "ja" wydycha samo siebie w postrzępionym obłoku dymu, skoncentrowaniu i zagęszczeniu jaźni, która coraz bardziej się rozrzedza i coraz trudniej odróżnić go od rzeczywistości.

Oto jak pisał o paleniu sam Baudelaire, dla którego ów zgubny nałóg był podmiotem ekstatycznego przeżycia. Ale nie zrozumie go ten, kto nie zna rozkoszy pierwszego porannego papierosa... Wypalanego w towarzystwie świeżo zaparzonej kawy i szelestu ulubionej gazety. Nie dla wszystkich jednak papieros jest oznaką niewysłowionej przyjemności. Nie dla wszystkich jest, jak pisał poeta, życiem, żarem, popiołem, ogniem, przez niektórych palonym w pośpiechu, przez innych smakowanym długo.

Przyczynkiem do powstania znakomitego eseju Richarda Kleina na temat fenomenu nikotyny stała się jego osobista walka wydana zgubnemu nałogowi. Na decyzję o jego rozstaniu z tym poczytywanym za symbol prestiżu, seksapilu, czaru czy uroku zjawiskiem wpłynęła lektura powieści Itala Svevo Zenon Cosini. Tytułowy bohater całe swe życie przepędza na próbach rozstania się z papierosem. Udaje mu się to dopiero tuż przed śmiercią, w chwili gdy uświadamia sobie, iż nieustanne rzucanie palenia jest samo w sobie sposobem na życie. Na dodatek nie jest ono ani lepszym, ani gorszym od innych. W chwili, gdy sobie to uświadomił, przestało go interesować zarówno palenie, jak i jego rzucanie. Lektura wspomnień tegoż nieszczęśnika, któremu podobnych nie brakuje na świecie, stała się dla Richarda Kleina powodem studiów na temat palenia i jego rzucania. Zainteresowała go także, jak to nazywa, postawa dandysa papierosowego - arystokratycznej postaci, która całe dnie spędzała na skręcaniu i, rzecz jasna, wypalaniu ponad sześćdziesięciu papierosów dziennie.

W tej lekko i wyśmienicie napisanej książce - bestsellerze za oceanem - czytelnik znajdzie w zasadzie wszystko o tym źródle nielegalnych rozkoszy, drodze do transcendencji i zachęcie do abstynencji. Wszystko o papierosie, jego historii i miejscu, jakie zajął w kulturze, filozofii, prozie, poezji, kinie. Wszystko, co wiąże się z otaczającą papierosy fascynującą kulturą. Wszystkim tym, co sprawiło, iż ten kawałek wetkniętej w usta, palącej się bibuły stał się pierwszoplanowym bohaterem filmów, wierszy, dysput. Siłą, która zmusza miliony ludzi do gnania w deszczu do kiosku ruchu, ukrywania się w toaletach, wystawania na klatkach schodowych, obiecywania sobie i innym, że to ostatni papieros w życiu... Słowem, na wprowadzaniu w życie złudnego przekonania, że można wypalić ostatniego papierosa. A ten nie okaże się tylko kolejnym.

(ami)

Richard Klein, Papierosy są boskie, tłum. Jacek Spólny, Wyd. Czytelnik, Warszawa 1998.

Nauczyciel rozgoryczony

Zawód nauczyciela, podobnie jak zawód księdza czy lekarza, wymaga szczególnego powołania - pisze Witold Rakowski i stara się zbadać, jaka jest kondycja tej grupy społecznej. Autor zajmuje się przede wszystkim szeroko rozumianymi warunkami życia nauczycieli akademickich i prestiżem tej profesji. Trudno, niestety, mówić o reprezentatywności tych badań dla całego środowiska akademickiego. Wśród przebadanych ośmiu uczelni nie znalazł się ani jeden uniwersytet, politechnika czy WSP (są, co prawda, uczelnie prowadzące te dwa ostatnie typy kształcenia, ale dość specyficzne: ART Olsztyn i WSRP Siedlce), za to są aż trzy akademie ekonomiczne i trzy uczelnie rolnicze (licząc dwie wymienione). Autor posłużył się metodą badania ankietowego, używając kwestionariusza ankiety zwrotnej. Uzyskał od 17 proc. wypełnionych ankiet w SGH, do 55 proc. w filii warszawskiej AWF w Białej Podlaskiej. Otrzymana tą drogą próba nie pozwala, niestety, mówić ani o całym środowisku akademickim, ani też o wszystkich nauczycielach danej szkoły - autor to drugie jednak czyni - a jedynie przypuszczać, że dane uzyskane tą drogą w mniejszym lub większym stopniu można uogólnić - jak mówią socjolodzy: ekstrapolować na całą populację. Niektóre pytania ankiety zostały sformułowane niezbyt fortunnie i mogą sugerować odpowiedź np.: Czy zgadza się P. z twierdzeniem, że w naszym kraju nastąpił spadek prestiżu zawodu nauczyciela akademickiego?

Pomimo tych niedostatków wśród wielu dziesiątków informacji, jakie zestawił Rakowski, niektóre są ciekawe - nauczyciele akademiccy rozwodzą się rzadziej niż inni, a kobiety w SGH sprawują blisko jedną trzecią funkcji kierowniczych - inne zaskakujące - rodzice co piątego przebadanego nauczyciela posiadali jedynie wykształcenie podstawowe lub nawet niepełne podstawowe. Ciekawe i wiele mówiące są też przytoczone wypowiedzi respondentów na pytania otwarte. Okazuje się przy okazji, że język jakim posługują się nauczyciele akademiccy nawet w prostych kwestiach pozostawia wiele do życzenia. Marzy mi się polaryzacja między wkładem pracy z zarobkami nauczyciela języków obcych w SGH (tak w orginale) - pisze jedna z ankietowanych, ale i tak domyślamy się, że chodzi o to, co inny respondent, akcentując trochę inny aspekt tej kwestii, wyraża w zdaniu: Pracuję oprócz uczelni w 4 miejscach, w przeciwnym razie byłaby to wegetacja.

Niestety, rozgoryczenie, widoczne w wielu odpowiedziach, ponosi czasem autora. Pisząc o tym, dlaczego płace nauczycieli akademickich są tak marne, notuje: Chodzi o zniszczenie autorytetów, wtedy zostanie autorytet narzuconej władzy. (...) Cel jest inny, a mianowicie - zniszczenie podstawowych ogniw systemu wartości poprzez upokorzenie materialne, które w rezultacie prowadzi do ujemnej selekcji przy naborze do zawodu. To rozgoryczenie powoduje, niestety, utratę rozsądku i nie chroni przed tym nawet profesja nauczyciela akademickiego szacownej uczelni.

(as)

Witold Rakowski, Nauczyciele akademiccy. Praca, dochody, warunki życia, prestiż, Oficyna Wydawnicza Szkoły Głównej Handlowej, Warszawa 1998.

Uwagi.