Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 5/1999

Skazani na moralną wielkość
Poprzedni Następny

Nauczyciel ma obowiązek rzetelnie i wnikliwie sprawdzać wiedzę studenta,
niejako ważyć ją, niezależnie od tego, czy mu się to opłaca, czy nie,
czy się komuś naraża, czy nie.

Henryk Sugier


Fot. Stefan Ciechan

Nawiązując do artykułu dr. inż. Marcina Kamińskiego Rzeczywistość czy fikcja, zamieszczonego w "Forum Akademickim" nr 11/98, pragnę stwierdzić, że zgadzam się z tezami tam zawartymi. Brzmią one: Istotna część uzyskiwanych ocen, a zatem i dyplomów ukończenia studiów nie odzwierciedla prawdziwego stanu wiedzy, umiejętności i przygotowania zawodowego ich właścicieli. Dodam, że znane mi są przypadki, gdy absolwent z dyplomem nie miałby żadnych szans zdać samodzielnie w normalnym trybie egzaminu wstępnego na studia, które właśnie "pomyślnie" ukończył. No bo jak mógłby taki egzamin zdać, nie radząc sobie z algebraicznym przekształceniem wyrażenia matematycznego, nie znając pojęcia potęgi, logarytmu, prądu elektrycznego, pracy, ciśnienia, mola związku chemicznego, masy cząsteczkowej, pH roztworu, wzoru chemicznego metanu, benzenu itp.?

RACJA STANU

Autor artykułu tłumaczy swoje tezy istnieniem zjawiska ściągania na egzaminach pisemnych. W dużym stopniu przyczynia się do tego procederu pobłażliwość nauczycieli. Student, w razie "wpadki", właściwie nie ryzykuje konsekwencjami dyscyplinarnymi. Działa to antywychowawczo. Jednakże nieadekwatność ocen egzaminacyjnych do stopnia opanowania wiadomości nie sprowadza się do ściągania. Nauczyciel może i powinien to zjawisko uniemożliwić. Jeżeli sposób prowadzenia egzaminu pisemnego tego nie gwarantuje, nie może on rezygnować z egzaminu ustnego. W rozmowie egzaminacyjnej przy biurku nie ma możliwości ściągania.

Przyczyny są znacznie poważniejsze i groźniejsze. Mianowicie, na studia politechniczne, szczególnie na kierunki mniej atrakcyjne i modne, dostawał się znaczny procent studentów nie posiadających minimum kwalifikacji koniecznych do studiowania, tzn. bez predyspozycji do tego rodzaju studiów, bez podstawowych wiadomości z zakresu szkół niższych szczebli. Działo się tak dlatego, że wydziały niejako za swą rację stanu uważały przyjęcie maksymalnej liczby studentów, nie bacząc na ich jakość. Aby osiągnąć pełny limit, stosowały różne sposoby. Bywało więc tak, że po przeprowadzeniu egzaminu wstępnego według kryteriów Ministerstwa Nauki Techniki i Szkolnictwa Wyższego, gdy okazywało się, że zdało mniej kandydatów niż wynosi limit, egzaminatorzy otrzymywali do zwrotu niedostateczne prace egzaminacyjne kandydatów z prośbą o podwyższenie wystawionych wcześniej ocen do wymaganej liczy punktów. Przyjmowani też chętnie bywali studenci z innych wydziałów, przewidziani tam do skreślenia.

Kłopoty z naborem zmalały, gdy zaistniała możliwość przyjmowania kandydatów na podstawie konkursu świadectw maturalnych. Można było przyjąć każdego, niezależnie od tego, czy posiada rzeczywiste kwalifikacje na studia, czy tylko formalne, w postaci świadectwa bez pokrycia. Studenci tacy nie byli w stanie przyswajać sobie przekazywanej wiedzy. Nie mieli podstaw, na których mogliby ją budować. Jeżeli podejmowali wysiłki nauczenia się trudniejszego materiału, to nie angażowali do tego pamięci logicznej. "Wkuwali" mechaniczne, bez zrozumienia treści. Taka metoda uczenia się jest bezsensowna i dla studenta koszmarna.

PODCINANIE GAŁĘZI

Zamiast jednak "odsiać" po pierwszym roku studentów nie nadających się i nie rokujących nadziei, by nie marnować czasu i kosztów, "przepychano" ich dalej, zgodnie z poglądem niektórych prominentnych profesorów, że "nie możemy oblewać studentów, bo podcinalibyśmy gałąź, na której siedzimy". Rzetelne sprawdzanie wiadomości i oblewanie studentów kłóci się też z interesami szerokiej rzeszy nauczycieli, zwłaszcza niższych stopni naukowych, będących jeszcze na dorobku. Bowiem byt w uczelni, awanse, okresowe opinie i kariera akademicka tej grupy nauczycieli, zależy nie od dobrej, rzetelnej pracy dydaktycznej, lecz od osiągnięć w pracy naukowej. Asystent musi w określonym czasie wykonać i obronić pracę doktorską. Następnie, by dalej awansować i poprawić swój status, musi pomnażać swój dorobek naukowy i zdobywać kolejne stopnie i tytuły naukowe. Poświęcanie czasu na dydaktykę przeszkadza mu w tym. Rzetelne egzekwowanie wiadomości od studentów i "oblewanie" tych, którzy nie opanowali określonego minimum, przynosi karę w postaci straty czasu na dodatkowe kolokwia czy egzaminy poprawkowe. Ponadto nauczyciel, który to czyni, naraża się na niechęć i złą opinię ze strony niektórych zwierzchników. Natomiast, gdy zalicza wszystkim, nie traci czasu i ma święty spokój, o ile sumienie zbyt głośno nie protestuje. Wymownym przykładem jest to, co pewna studentka, która wykazała kompletną ignorancję na egzaminie, usłyszała od egzaminatora: Byłbym głupi, gdybym pani tego nie zaliczył. Bo pani się tego nigdy nie nauczy. Należy również dodać, że dydaktyka niektórych przedmiotów, zwłaszcza podstawowych, zlecana jest przez wydział innym jednostkom organizacyjnym. Nie bardzo wypada rewanżować się za dobrodziejstwo zleconej pracy "oblewaniem" i zmniejszaniem liczby studentów, na której tak wydziałowi zależy.

Pogląd niektórych nauczycieli, że wynik egzaminu nie zależy wyłącznie od zdającego, lecz w większym stopniu od egzaminatora, wyraża się czasem tego rodzaju koleżeńską prośbą: Będzie u ciebie zdawał taki a taki. To syn znajomych, bardzo porządnych rodziców, lub: To córka pielęgniarki, względem której mam dług wdzięczności. Pamiętaj o tym. Pamiętam, gdy jako młody asystent pilnowałem na egzaminach wstępnych, na salę wszedł profesor, główny specjalista z dziedziny, której dotyczył egzamin, sprawujący ogólny nadzór nad jego przebiegiem. Profesor ten podszedł do jednej z kandydatek w moim rewirze i zaczął jej szeptem dyktować pracę. Widząc to podszedłem i stanąłem obok. Profesor przestał dyktować, kandydatka przestała pisać. Gdy ta sytuacja przedłużała się nadmiernie i nie zdradzałem zamiaru oddalenia się, profesor zrezygnował i wyszedł z sali. Na plus tego profesora można jednak zapisać, że rok wcześniej, występując w tym samym charakterze, zwrócił mi w ostry sposób uwagę, że nie wolno mi patrzeć, co piszą zdający, tylko pilnować, żeby nie ściągali. Zauważył też, że jedna z kandydatek ma ściągę. Kandydatkę tę wyrzucił z egzaminu, odebraną ściągę obnosił demonstracyjnie po całej sali z triumfującą miną.

ĆWIERĆ UDZIAŁU

Gorzej, gdy nauczyciel o takiej mentalności i poziomie etycznym bierze odpowiedzialność za organizację i poziom nauczania. Zyskuje on wówczas znacznie większe możliwości realizacji swoich zamierzeń, w tym rażąco naruszających zasady etyki. Znany mi jest przypadek - mam nadzieję, wyjątkowy i jednostkowy - gdy profesor egzekwujący na egzaminach określone minimum wiadomości z wykładanego przez siebie przedmiotu został wezwany "na dywanik", gdzie usłyszał m.in., że Polska Ludowa oczekuje na inżynierów z dyplomami, a on przeszkadza te oczekiwania spełnić, i że ma zaniechać przeprowadzania egzaminu ustnego, gdy student zaliczy wstępny test pisemny, dopuszczający do rozmowy egzaminacyjnej. Gdy to nie poskutkowało i profesor nie zmienił swoich wymagań oraz sposobu egzaminowania, studenci, którzy mieli trudności ze zdaniem, byli, bez jego wiedzy, kierowani do adiunkta z tego samego zespołu, który wszystkim skierowanym do siebie studentom zaliczał przedmiot, wstawiając oceny pozytywne do indeksu w rubryce z nazwiskiem profesora, u którego ci próbowali, bez powodzenia, zdać wcześniej. Dodać należy, że żadne z podań profesora o egzamin komisyjny dla tych studentów nie doczekało się jakiejkolwiek odpowiedzi.

Tak oto student, który nie nadawał się i nie powinien dostać się na studia, miał duże szanse dobrnąć do końcowego etapu, tj. do pracy dyplomowej i egzaminu dyplomowego. Mógł teraz odetchnąć, wykonanie pracy dyplomowej było bowiem w dużym stopniu sprawą i zmartwieniem opiekuna dyplomanta. Rola takiego dyplomanta sprowadzała się do roli kiepskiego laboranta. Ocena pracy dyplomowej, która raczej przysługiwałaby opiekunowi, szła na konto studenta z 25-procentowym udziałem w ogólnej ocenie na dyplomie. Egzamin dyplomowy był z reguły popisem zdającego na uzgodniony wcześniej temat. Ocena z tego egzaminu wchodziła do oceny na dyplomie również z 25-procentowym udziałem. W ten sposób na dyplomie wcale nie musiała widnieć ocena najniższa.

ETYKA ZAWODOWA

Na straży uczciwości i rzetelności wykonywania zawodu, a także zapobiegania brakoróbstwu stoi etyka zawodowa. Niestety, poza zdawkową wzmianką w statucie uczelni - w rodzaju: nauczycielom stawia się wysokie wymagania etyczne i moralne - pozostającą zresztą pustym hasłem, o etyce nauczycielskiej głucho. Nie istnieją komisje uczelniane ds. etyki. Nie istnieje kodeks etyki nauczycielskiej z prawdziwego zdarzenia. Broszura Dobre obyczaje w nauce, opracowana przez Komitet Etyki w Nauce przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk, nie spotkała się z szerszym zainteresowaniem. Zresztą nie odnosi się ona dostatecznie kategorycznie do zjawisk patologicznych, opisanych wyżej.

Tak więc trzeba uświadamiać, że nauczyciel ma obowiązek rzetelnie i wnikliwie sprawdzać wiedzę studenta, niejako ważyć ją, niezależnie od tego, czy mu się to opłaca, czy nie, czy się komuś naraża, czy nie. Wpisanie do indeksu oceny niezgodnej ze stopniem opanowania wiedzy jest fałszowaniem dokumentu, tj. przestępstwem. Przestępstwem, niestety, praktycznie nie do udowodnienia. Nie wolno nikogo nakłaniać do wystawiania oceny fikcyjnej ani też ulegać takiemu nakłanianiu. Nie wolno wykorzystywać stanowisk kierowniczych do działań niezgodnych z zasadami etyki nauczycielskiej. W szczególności nie wolno osobie odpowiedzialnej służbowo za jakość nauczania tej jakości obniżać, forsując wypuszczanie absolwentów z dyplomami bez pokrycia.

Niemoralność i szkodliwość takich działań jest aż nadto oczywista. Kompromituje uczelnię, która takie dyplomy wydała. W ślubowaniu nauczyciela akademickiego jest zwrot, że będzie on dbał o jej dobre imię. Tak unieszczęśliwia się fikcyjnego inżyniera stresami i strachem, gdyż będzie zmuszony prowadzić i nadzorować procesy technologiczne nie rozumiejąc ich, jak również strachem przed kompromitacją wobec współpracowników. W innym zawodzie mógłby on natomiast być pełnowartościowym pracownikiem, ciesząc się satysfakcją z poczucia własnej wartości.

Niezbywalnym obowiązkiem nauczycieli akademickich jest wykształcenie kadry wysoko wykwalifikowanych fachowców. Niezależnie od swej woli, stanowią oni dla swych wychowanków wzorce osobowe postaw i zachowań. To także zobowiązuje, winny to być wzorce o nienagannym standardzie etyczno-moralnym. Jak pisał nasz wybitny filozof, humanista i nauczyciel Tadeusz Kotarbiński: Nauczyciel skazany jest na wielkość moralną.

Prof. dr hab. Henryk Sugier, specjalista w dziedzinie elektrochemii oraz chemii fizycznej, jest emerytowanym pracownikiem Politechniki Łódzkiej.

Uwagi.