Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 5/1999

Studia na odległość
Poprzedni Następny

Ta forma studiów rozpowszechni się mniej lub bardziej oraz utrzyma,
ponieważ dla uczących się jest, mimo wszystko, tańsza i lepiej odpowiada
ich trybowi życia niż studia zaoczne.

Jacek Wojciechowski


Fot. Stefan Ciechan

Tam, gdzie odległości utrudniają lub wręcz uniemożliwiają systematyczny dojazd do szkół, obok rozwiązań internatowych, zaczęły pojawiać się formy kształcenia na odległość, możliwe dzięki rozwojowi technik komunikacyjnych. Oparte na wzajemnej łączności w określonych pasmach i porach, uzupełnione wzbogaconymi rejestrami podręczników oraz instrukcji pisemnych, umożliwiały redukcję bezpośrednich kontaktów pomiędzy uczniami oraz nauczycielami do niezbędnego minimum, zapewniając realizację określonego, zwykle elementarnego programu nauczania. Wszystko ma swoją cenę, osiąga się coś za coś. Kształcenie w tym trybie ma liczne słabości, ale dla niektórych ma też bezkonkurencyjną zaletę: jest jedyną dostępną formą kształcenia.

DOPEŁNIENIE OFERTY

Skuteczność pomysłu, choć umiarkowana, w powiązaniu z ograniczeniem kosztów przyczyniła się do adaptacji dla potrzeb studiów wyższych. Jako forma dopełniająca ofertę główną.

Studia na odległość rozwinęły się w Australii oraz w Kanadzie - ciekawe, że w USA jakby gorzej - a także przywędrowały do Europy, jakkolwiek odległości nie są tu tak duże. Istotne znaczenie miał rozwój łączności elektronicznej.

Pomysł dotarł też do Polski. Znalazł zastosowanie w niektórych uczelniach prywatnych, bo są bardziej elastyczne i szybciej reagują na oczekiwania publiczności aniżeli molochy państwowe. Zresztą może też łatwiej im ryzykować. Ale właśnie dlatego, jak i z uwagi na skąpy bagaż doświadczeń, na oceny jeszcze za wcześnie.
Nawiasem mówiąc, forma nie jest całkowicie nowa. Stanowi krzyżówkę studiów korespondencyjnych i eksternistycznych, a świeże jest głównie opakowanie. Tej formy studiów nikt nikomu nie narzucił, wzięła się z przesłanek praktycznych. Dla osób mieszkających daleko od uczelni okazuje się mianowicie tańsza i lepiej przystosowana do trybu życia osób pracujących, aniżeli studia zaoczne. Niższe są koszty dojazdów (bo rzadszych) oraz noclegów, nawet jeśli same opłaty za studia (czesne) bywają często wysokie. No i łatwiej, przynajmniej z pozoru, zorganizować sobie czas nauki, w końcu przecież indywidualnej, oraz udział w sprawdzianach i egzaminach.

Korzyść jest tym większa, im większe są odległości miejsc zamieszkania od miejsc studiowania. Co znaczy, że ta forma edukacji jest (teoretycznie) przydatniejsza dla kierunków studiów, które nie występują powszechnie, bo wtedy jeździ się z daleka. Nawet w tak niezbyt wielkim kraju jak Polska, czas i sposób dojazdu na studia mogą komplikować życie.

Niektórzy dodają, że poza tym niejeden stara się wybrać uczelnie renomowane, o wyższym standardzie edukacyjnym, ale to chyba nie tym razem. Akurat bowiem w tym sposobie studiowania jakość realizowanych zajęć dydaktycznych ma znaczenie marginalne.

COŚ ZA COŚ

Ale oczywiście cuda nie istnieją, każde nowe rozwiązanie ma swoją cenę. Poprawa jednego ma związek z pogorszeniem czegoś innego. No i tak rzeczywiście jest.

Niższym kosztom studiów na odległość towarzyszy istotne pogorszenie standardów dydaktycznych oraz całkowita eliminacja kontaktów grupowych. Jest o czym pomyśleć. Główna relacja wykładowca-student koncentruje się w sferze pisemnej, poza tym istnieją ograniczone możliwości bezpośrednich konsultacji i ewentualnie zajęć praktycznych. A i tak jest to raczej weryfikowanie lub korygowanie aniżeli podawanie wiedzy. Czasami oferta dydaktyczna serwowana jest (nie u nas) w postaci wideokaset lub dysków, o rozwiązaniach on-line na razie nie słychać. Jednak obcowanie z wykładowcą ekranowym to nie to samo, co z żywym człowiekiem.

Ale być może największą wadą tych studiów jest izolacja uczestników, wykluczenie kontaktów grupowych, zawsze w jakiś sposób wzbogacających. Amputuje się tym samym całą sferę studenckiego uczestnictwa w kulturze, ograniczając naukę do gołego procesu uzyskiwania koniecznych wiadomości elementarnych. Ta jednostronność edukacji, jeszcze większa aniżeli na studiach zaocznych, wydaje się szczególnie dramatyczna. To jest wszak kształcenie imitujące trening robotów.

Wydaje się, że istnieje świadomość tych niedostatków. Stosunkowo świeża, angielska analiza Distance Learning (DL) w kilku krajach (L. Uniwin, K. Stephens, N. Bolton, The Role of the Library in Distance Learning, London: Bowker-Saur, 1998) ujawniła, że znaczna lub nawet przeważająca część tych studiów, to kursy podyplomowe. To w każdym razie oddala argument braku otrzaskania w środowisku studenckim. Natomiast nie zmienia się opinia o dydaktyce: na studiach tego typu jej standard jest mierny.

Ale nie powinno być wątpliwości: ta forma studiów - nawet jeśli gorsza - rozpowszechni się mniej lub bardziej oraz utrzyma. Ponieważ dla uczących się jest, mimo wszystko, tańsza i lepiej odpowiada ich trybowi życia niż studia zaoczne. Z kolei uczelniom zapewnia poszerzenie zasięgu oddziaływania oraz dodatkowe wpływy. Zatem studiów na odległość nic nie powstrzyma, ale można usprawnić ich organizację oraz wyeliminować przynajmniej niektóre niedogodności. Wówczas będą pożyteczne.

KOSZTY

Z punktu widzenia uczelni, zarobione w ten sposób pieniądze nie są wcale łatwe, jeżeli jednocześnie chce się zapewnić tym studiom godziwy standard realizacyjny. Trzeba mianowicie trochę lub sporo zainwestować i to na dość długi czas. Dostrzeżone w cytowanej analizie rozmaite a liczne mankamenty studiowania na odległość są wynikiem niedoróbek, podyktowanych pójściem przez uczelnie na łatwiznę albo nawet ich skąpstwem.

Już sama organizacja procesu studiowania napotyka na trudności. To prawda, że wszędzie powołuje się kierownika lub opiekuna DL, ale już dokumentacją tych studiów próbuje się zwykle obarczyć (żeby taniej) dotychczasowych pracowników pomocniczych oraz administracyjnych. A jest to dokumentacja rozległa, z uwagi na zindywidualizowany charakter tych studiów, toteż konflikty i niedopatrzenia są na porządku dziennym.

Znacznie więcej ambarasu sprawia organizacja nauczania. Trzeba mianowicie skonstruować autonomiczny program studiów i opracować pisemnie szczegółowe wskazówki do wszystkich przedmiotów, łącznie z rejestrem niezbędnych lektur, bogatszym niż dla studentów dziennych i zaocznych. Ideałem byłoby wydanie specjalnych skryptów, ale to jest możliwe i opłacalne dopiero w dłuższym przedziale czasu. No i trzeba jeszcze ustalić reguły realizacji prac pisemnych, odbywania konsultacji oraz tryb zaliczeń i egzaminacji.

Nic nie zrealizuje się samo. To jest poważna, dodatkowa praca, za którą trzeba dodatkowo zapłacić. Zaś ewentualna edycja specjalnych skryptów, jak również - też ewentualne - opracowanie wykładów na wideo, jeszcze bardziej podwyższa koszt tych studiów.

W każdym kraju uczelnie chcą na tych studiach zarobić, zatem za wszystko płacą studenci. Otóż zgodzą się na płacenie tak długo, dopóki opłaty za studia na odległość będą w sumie niższe aniżeli łączne koszty studiów zaocznych lub dziennych. Uczelnie zaś godzą się na niższe ceny tylko wówczas, kiedy jest gwarancja, że takie studia potrwają kilka lat. To właśnie z powodu kosztów studenci DL rzadko korzystają z normalnej oferty dydaktycznej - wykładów, ćwiczeń, warsztatów. Istota tych studiów polega wszak na tym, żeby tego właśnie unikać.

KONTAKTY

Uczelnia musi określić zasady kontaktów ze studentami, w gruncie rzeczy dwutorowych: korespondencyjnych oraz bezpośrednich. Ktoś powinien tę korespondencję przejmować i odpowiadać, no i rozmawiać ze studentami. W prospektach pisze się o dwukierunkowych kontaktach poprzez sieć elektroniczną, ale to jest lipa. W cytowanej analizie ustalono, że jakiekolwiek relacje on-line potwierdza 3,5 proc. studentów i to w krajach o rozwiniętej infrastrukturze elektronicznej. Zatem wciąż jeszcze są to studia głównie korespondencyjne. Biorąc to wszystko pod rozwagę, nic dziwnego, że w tym trybie najlepiej realizuje się studia podyplomowe.

Zresztą organizacja studiowania, dydaktyki oraz kontaktów zależy głównie od instytutu, wydziału, uczelni. Otóż najwięcej kłopotów przysparza to, co wykracza poza wewnętrzne ramy, mianowicie zapewnienie bazy lekturowej. Przyjmując, że odesłanie do Internetu to slogan, dobrze brzmiący retoryczny zwrot - nikt w praktyce tak studentów nie nastawia - zapewnienie lektur zależy od funkcjonowania bibliotek. Pytanie: jakich bibliotek oraz według jakich zasad świadczących swoje usługi?

Teoretyczne, głównym źródłem zaopatrzenia w lektury studentów na odległość powinna być biblioteka macierzystej uczelni, ale wspomniane badania dowodzą, że nie jest. Podejrzewam, że w i naszej - szczątkowej oraz początkowej - praktyce studiów na odległość sytuacja wygląda podobnie.

Instytuty prowadzące takie studia za granicą na ogół nie kontaktują się z bibliotekami, a już na pewno nie przekazują im z tego tytułu żadnych środków finansowych. Studenci DL są zatem traktowani jak studenci stacjonarni, ale w ich wypadku oznacza to w gruncie rzeczy brak obsługi ze strony biblioteki macierzystej uczelni. W bibliotece takiej należałoby zresztą wyodrębnić dla nich specjalny oddział, sekcję, ale przez oszczędność (nie ma chętnych do płacenia) nikt tego nie robi, ani za granicą, ani tym bardziej w Polsce.

Studiowanie na odległość opiera się więc przede wszystkim na wsparciu bibliotek - publicznych bądź uczelnianych - zlokalizowanych blisko miejsc zamieszkania studentów. Tam z kolei nie ma ani specjalnie dostosowanych zbiorów, ani specjalnego nastawienia na osoby studiujące w tym trybie. No i, oczywiście, z opłat za studia nie trafia tam ani złotówka.

Każdy organizator studiów na odległość chce oczywiście zarobić, a ponieważ zyski można osiągnąć dopiero po kilku latach, jasne jest, że próbuje oszczędzać na czym się da. Nie dopłaca więc z tego tytułu do swojej biblioteki, no i, tym bardziej, nie pokrywa kosztów korzystania przez swoich studentów z innych bibliotek.

U nas też wykształciła się taka praktyka w obszarze studiów zaocznych. Uczelnie państwowe oraz prywatne przyjmują za oczywistość, że ich studenci zaoczni (dzienni zresztą też) korzystają z bibliotek publicznych i żadnej refundacji ze strony tych uczelni nie ma. W tej sytuacji nic z tego nie będzie.

MARGINES

Studia na odległość nie są główną ani dobrą formą studiowania. To wariant zaledwie uzupełniający, z różnych powodów akceptowalny. Ostatnio jest o nich nadmiernie głośno. Różne fundacje proponują (chociaż nie wiemy, czy w końcu dają) granty właśnie na DL, a nie dostrzegają pozostałych, normalnych trybów studiowania. To jakiś nonsens.

Na pewno, gdzie można i do czego można, studia na odległość warto organizować. Ale to nie one rozstrzygają o stanie studiów wyższych w jakimkolwiek kraju ani o przygotowaniu profesjonalistów. To tylko drobne uzupełnienie głównego nurtu kształcenia.

Prof. dr hab. Jacek Wojciechowski, bibliotekoznawca i literaturoznawca, pracuje w Instytucie Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej UJ. Jest dyrektorem Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie.

Uwagi.