|
Kartki z dziejów nauki w Polsce Piotr H?bner Fundamentalny spór uczonych z władzami Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego dotyczył nie tylko postanowień nowej (1933) ustawy o szkołach akademickich, ale i kwestii interpretacji idei wolności nauki. Jej instytucjonalnym odpowiednikiem była autonomia uczelni. W zbiorowym wydawnictwie W obronie wolności szkół akademickich, opublikowanym w Krakowie w 1933 roku, Roman Dyboski wskazywał na najtrudniejszy problem: utrzymania równowagi między twórczym pierwiastkiem wolności a porządkującym pierwiastkiem autorytetu. Spór dał też okazję do porządkowania pojęć. Stanisław Estreicher tłumaczył obu stronom, iż nowa ustawa w rzeczywistości znosi nie autonomię (zdolność stanowienia prawa na własny użytek, której uczelnie nie miały), lecz kontrolowany przez ministerstwo samorząd. Już rok wcześniej rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, ksiądz Adam Gerstmann, inaugurując rok akademicki wyjaśniał, iż średniowieczne uniwersytety miały autonomię zupełną, niemal idealną: posiadały własne dochody (zwykle z beneficjów kościelnych) i majątki, miały swoje sądownictwo, swoje budynki, bursy i kolegia. Dziś - jak pisał - autonomia musi być ograniczona - prawami i ustawami nowoczesnego państwa, które daje szkole akademickiej materialne podstawy bytu, ma prawo ingerencji w mianowanie profesorów, wpływ na porządek studiów, stanowienie budżetu tych szkół. Zwracał przy tym uwagę, że jednak nie wystarcza pozorna, dekoracyjna autonomia: berła i łańcuchy, togi i gronostaje, ceremonie i tytuły uniwersyteckie. Autonomia zaś czysto naukowa bez pewnej autonomii administracyjnej jest w szkołach akademickich nie do pomyślenia. W nowych warunkach ustrojowych komunistyczne władze utrzymały przedwojenną ustawę, zaostrzyły nawet przepisy wykonawcze. Wicedyrektor Departamentu Nauki i Szkół Wyższych w Ministerstwie Oświaty Jerzy Marowski pisał w połowie 1946 roku do kierownictwa PPR, iż ogromnie dużo da się zrobić ze szkołami akademickimi wyzyskując ich fetyszyzm w stosunku do rzekomej autonomii (...) zmęczone i wygłodzone masy profesorskie są w dużej mierze do zjednania przez troskę o ich byt materialny, a indywidualnie każdy profesor jest do kupienia przez troskę o potrzeby materialne jego zakładu naukowego, bo każdy niemal ma bzika na punkcie swojej nauki. Inaczej radził partyjnym decydentom Maurycy Jaroszyński, któremu powierzono sprawę przygotowania nowych ustaw dotyczących nauki. W artykule Autonomia szkoły czy autonomia nauki ("Kuźnica" 1946, nr 41) postulował: Należy powołać do życia centralną instytucję, złożoną z przedstawicieli nauki szkolnej i pozaszkolnej, wyposażoną w odpowiednie kompetencje. Ona to wchłonęłaby dotychczasową autonomię szkół akademickich w jej punktach istotnych oraz ten wpływ na sprawy nauki i nauczania wyższego, który dzisiaj z braku takiej instytucji wywiera faktycznie aparat ministerstwa. Po roku mówił uczestnikom Zjazdu Pisarzy w Rytwianach inaczej: Przede wszystkim należy targnąć się na autonomię! Władze komunistyczne nie musiały czekać na namowy - dekret rządowy z 28 października 1947 roku zastąpił ustawę przedwojenną. Autonomia "scentralizowana" okazała się fikcją. I tylko Józef Chałasiński mógł na łamach "Kuźnicy" (1947, nr 24) napisać: Ograniczenie do minimum biurokratyzacji, ograniczenie do minimum roli czynnika państwowego i partyjno-politycznego w tej dziedzinie, którą potocznie nazywa się "kulturą, sztuką i nauką", jest nie tylko konieczne z punktu widzenia ostatecznego demokratycznego celu reform gospodarczych i politycznych. Ono jest także konieczne z punktu widzenia samego procesu demokratyzacji. Autonomia "kultury, sztuki i nauki" jest niezbędna dla demokracji właśnie jako dziedzina kształtowania się publicznej opinii. Prof. dr hab. Piotr H?bner, prawnik i historyk, pracuje w Instytucie Socjologii UMK w Toruniu. |
|
|