|
Piotr M?ldner-Nieckowski
Wielu zapewne pamięta sprawę plagiatów dr. hab. n. przyr. Andrzeja Jendryczki, swego czasu pracownika Śląskiej Akademii Medycznej. Nagłośnił ją dr Marek Wroński ze Staten Island University Hospital w USA, tropiciel nieuczciwości naukowej i autor książki na ten temat, która niebawem ma się ukazać. Nie wiem, czy historia owych 35 plagiatów ma jakieś zakończenie, ale jedno jest pewne - poruszyła środowisko naukowe na całym świecie. Prof. Andrzej Górski, rektor warszawskiej Akademii Medycznej, zorganizował dwie ważne konferencje ("Scientific Misconduct", 1995, 1998), które ściągnęły do Warszawy największe autorytety. Odżyły dyskusje na temat kulisów naszej nauki. Liczba polskich prac medycznych cytowanych w literaturze światowej jest wciąż znikoma, a za jedną z przyczyn tego zjawiska uważa się ich wtórność. W Polsce zaś mówi się, że do obniżenia rangi naszej nauki przyczynił się Wroński. Złej opinii jest więc winien śledczy, a nie złodziej. Swego czasu zajmowałem się historią rozwoju świadomości polskich lekarzy na przełomie XIX i XX w., czyli etyką zawodową. Ze zdumieniem odkryłem wtedy, że najczęściej do dziś (sic!) cytowana "Etyka lekarska" Teodora Heimana z 1916 r. jest ordynarnym plagiatem. W owym czasie działało wielu znanych lekarzy zajmujących się etyką, z Władysławem Biegańskim, Emanuelem Sonnenbergiem, Zygmuntem Kramsztykiem. Od nich to dr Heiman przepisał całe fragmenty bez podania źródła. Co więcej, kiedy Sonnenberg ogłosił protest na łamach "Medycyny i Kroniki Lekarskiej", wyszło na jaw, że Heiman miał na koncie kilka innych fałszerstw. Między innymi w książce "Choroby narządu słuchowego" wydrukował jako swoje fragmenty prac europejskich sław, laryngologów Politzera, Urbantschischa i Grubera. Odpowiedź Heimana w "Gazecie Lekarskiej" była mętna i nie na temat. Kontynuator jego metod, dr Jendryczko, równie mgliście odpowiedział Wrońskiemu w "Rzeczpospolitej". Napisał: "W artykule [Wrońskiego] jest wiele nieścisłości i przekłamań". Śmieszne? Przywołuję tę sprawę, ponieważ widzę, że niczego nas nie nauczyła. Nie zauważyłem refleksji ze strony naszych czasopism medycznych. Konferencje Akademii Medycznej w Warszawie zostały w kraju zignorowane. Redakcje najwyraźniej zachowują rezerwę. Sprawdzanie oryginalności tekstów przekracza możliwości redakcji. Mimo rozwiniętego systemu zbierania tytułów i streszczeń prac w U.S. National Library of Medicine, indeksowanie tematyczne wciąż nie zapewnia kontroli. Ale kiedy plagiat wyjdzie na jaw, redakcja powinna taki artykuł natychmiast retraktować. Tymczasem tylko jedno czasopismo ("Polski Przegląd Chirurgiczny") dokonało tego bohaterskiego czynu, a potencjalny plagiator wie, jak wpadł Jendryczko, dlatego streszczenie i słowa kluczowe sporządzi samodzielnie, tekst napisze własnymi słowami, piśmiennictwo dobierze na nowo i poda w innej kolejności, artykuł zaś wydrukuje w piśmie nieindeksowanym. Nie stwierdziłem także, aby w odpowiedzi na casus Jendryczki czasopisma przystąpiły do drukowania "Ujednoliconych zasad publikowania prac" (tzw. kodeksu Vancouver, 1978), ogłaszanych co kilka lat w nowej wersji przez Komitet Wydawców Czasopism Medycznych. Komitet wydał też wiele aktów towarzyszących, a wśród nich zasady etyczne naukowca i autora. Teksty te są stale obecne w ponad 500 czasopismach zagranicznych. W Polsce, niestety, tylko w trzech, i to we fragmentach. Jeden z kandydatów na autora powiedział mi wręcz, że "w nauce jest jak w muzyce, Chopin komponował na motywach Beethovena i nikt nie ma mu tego za złe". Użycie zwrotu "na motywach" jest tu znamienne, sugeruje bowiem, że nie chodzi o plagiat, ale o rzekomo uprawnione rozwijanie czyjegoś pomysłu. Kiedy zwróciłem na to uwagę, wyciągnął inny argument: "Wśród współautorów zawsze jest ktoś taki, kto nie brał autorskiego udziału w badaniach, a jednak potępiany nie jest". A więc młody naukowiec już wie, że w świecie nauki istnieje niepisany rytuał "ukrytego plagiatu", którego będzie się bronić i któremu należy się po prostu podporządkować. Dr Wroński jest u nas postacią nielubianą, a nawet potępianą właśnie dlatego, że skutkiem jego postawy było mimowolne ujawnienie tej ciemnej strony naukowych praktyk. Każdy marzy o samodzielnie dokonanym odkryciu, które da mu splendor, jeśli nie Nobla, ale rozumie, że z tymi zaszczytami jest tak, jak choćby w wypadku odkrycia insuliny, za które komitet noblowski dał nagrodę Bantingowi i Macleodowi, a nie trójce Banting - Best - Collip. Ze studentem Bestem i biochemikiem Collipem wygrał szef instytutu, który w czasie badań przebywał głównie za granicą, a jeśli wracał do firmy, to po to, by przed odkrywcami piętrzyć trudności. e-mail: pmuldner@mp.pl |
|
|