|
Leszek Szaruga
Jak wiadomo, informacja, by była strawna, musi zostać przeżuta przez dziennikarzy, którzy, co czynią to czasami znakomicie, kiedy indziej jednak w sposób budzący grozę i śmiech pusty. Oto program telewizyjnego Teleekspresu w przeddzień primaaprilisowych żartów ogłasza, że Zbigniew Majchrowski był pierwszym, który udowodnił, iż pisarz Gombrowicz Witold prześmiewczo traktował dzieło wieszcza Mickiewicza Adama. Cóż, zanim jeszcze Majchrowski sylabizować potrafił, już uczeni mężowie i równie uczone białogłowy drapali się i gryźli w kłótniach na temat zależności dzieła jednego wielkiego emigranta od dzieła drugiego wielkiego emigranta. Rzecz to znana, lecz nie dziennikarzowi telewizyjnemu, który duby smalone plecie. Gorzej, że podobne rzeczy odnajduję na własnym podwórku. Tutaj z kolei, w pierwszym numerze "Forum Książki" odczytuję informację następującej treści: "Żadne z polskich czasopism określanych jako kulturalne nie zajmuje się choćby w części nauką, jej osiągnięciami i popularyzacją". Nie będę ab ovo zaczynał, ale radzę zajrzeć choćby do bibliografii zawartości paryskiej "Kultury", by się przekonać, że informacja ta niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Podobnie i w innych pismach, jak choćby w gdańskim "Tytule" czy olsztyńskiej "Borussii", we wrocławskiej "Odrze" czy w warszawskich "Nowych Książkach". W tych i wielu innych pismach, określanych mianem kulturalnych, znaleźć można nie tylko mniej lub (częściej) bardziej fachowe omówienia książek naukowych - historycznych, polonistycznych, socjologicznych czy psychologicznych - lecz także fragmenty rozpraw doktorskich i habilitacyjnych. Gdy jednak wczytać się dokładniej w intencje narratora tego krótkiego komunikatu, wówczas okaże się zapewne, iż jest to ktoś, dla kogo kwestie podnoszone przez socjologów lub historyków niewiele mają wspólnego z NAUKĄ, pojmowaną jako zbiór dyscyplin przyrodniczych czy zgoła ścisłych. I tu ma rację - rzeczywiście rzadko można znaleźć w pomówionych czasopismach omówienia problemów zawęźlania się przestrzeni de la Toura w polu oddziaływań galaktycznych czy zasad kierujących ruchami Piranesiego w środowisku plazm wirtualnych. Te kwestie, jeśli się tu pojawiają, to w specyficznym przetworzeniu humanistycznym, co zresztą samo w sobie niczym niecnym nie jest, choć oczywiście często się zdarza, że owi humaniści metafory tworzone przez nauki przyrodnicze przeinterpretowują, jak to się dzieje choćby z nadużyciami takich pojęć jak "teoria chaosu", "czarna dziura" czy "struny wszechświata". Wszakże jest rzeczą skądinąd dość inspirującą zwrócenie uwagi na posługiwanie się owymi terminami: bo cóż w tym złego, że owe struny wszechświata kojarzą się niektórym z muzyką sfer? A może te gry językowe jednak coś znaczą? Skoro zatem tak, to może by jednak podmiot owej małej narracji na temat zawartości czasopism kulturalnych zdobył się na wysiłek pojęcia skutków używania języka także w naukach przyrodniczych czy ścisłych i zastanowił się, jak dalece efekty badawcze uzależnione są od języków, jakimi owi badacze się posługują. Daleki tu jestem od samowoli postmodernistycznego bełkotu i wszelkiego relatywizmu, ale jeśli mówimy o kolorach, to inaczej, jak się okazuje, mówimy o nich nie tylko ze ślepym, ale też i z Papuasem, co dowodnie wykazała Eleanor Rosch oraz zastęp jej koleżanek i kolegów. Nie jest to może problem wagi najwyższej, lecz jednak radziłbym nie tylko pamiętać o roli, jaką poezja odegrała u początków kształtowania się myśli naukowej Europy, ale także, przynajmniej częściowo, uwierzyć, że jest ona nadal, choć dość abstrakcyjną i wysublimowaną, ale jednak metodą poznawczą. Otóż wyniki poszukiwań poetów, relacje między rzeczą a słowem i często skupionych na tym właśnie, by owej rzeczy odpowiednie słowo przydać, prezentowane są na łamach owych, tak zganionych przez "Forum" czasopism kulturalnych. Rzecz w tym, że owe wyniki zapisane są w języku, którego nie da się odczytać bez odpowiednio długiego kursu przygotowawczego - tym bardziej że sam ów język wciąż podlega zmianom, przeobrażeniom, a nawet gwałtownym mutacjom. I choć wiem, że czytanie poezji to rzecz elitarna, chciałbym jednocześnie podkreślić, że równie elitarna, a może nawet jeszcze bardziej hermetyczna, jest zdolność (nie mówiąc o ochocie szerszej publiczności) do czytania rozpraw z dziedziny tak wyspecjalizowanej - a zarazem wszak fascynującej - jak logika pytań. Nie wynika z tego wszakże, że logika pytań ma mocniejszy status poznawczy od liryki Tymoteusza Karpowicza, poety zresztą, który do terminologii logicznej czasami się odwołuje. Wszystko nam się, niestety, w ciągu ostatnich dwóch stuleci rozłazi i rozdrabnia tak, że zdaje się, iż utraciliśmy możliwość oglądu całości. Świat zaczyna być - za naszą własną sprawą, za sprawą owych wykluczeń, zawężeń i specjalizacji - chaotyczną przestrzenią drobin poznawczych, tych porcji wysiłku badawczego, które zderzając się z sobą wzajem unicestwiają się i unieważniają. Jesteśmy, jak się zdaje, w sytuacji ucznia czarnoksiężnika, który wypowiedział magiczną formułę uruchamiającą żywioły, nad którymi nie potrafi zapanować: nasze specjalistyczne języki, podobnie jak inne wytworzone przez nas narzędzia, preparaty i materiały, już dawno wymknęły się spod kontroli tak dalece, że nie znamy skutków ich użycia i zastosowania. Co więcej, nie jesteśmy owych skutków zdolni sobie nawet wyobrazić. Nic w tym z apokalipsy. Jednak zgroza bierze, gdy ten dynamiczny chaos przeżuwają niekompetentni dziennikarze i zamieniają w trującą papkę informacyjną. |
|
|