Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 6/1999

Etyka
Poprzedni

Leszek Szaruga


Fot. Stefan Ciechan

W opublikowanym na łamach "Wprost" artykule prof. Łukasz A. Turski stwierdza dość ostro: "Finansowe upośledzenie pracowników nauki w znacznym stopniu przyczyniło się w ostatnich latach do obniżenia norm etycznych. Już prawie nikt nie dostrzega, że nie jest etyczne zatrudnianie profesorów jednej uczelni w drugiej, w dodatku o tym samym profilu (praca dla konkurencji). Mnożą się wypadki naukowych oszustw (zeszłoroczna afera plagiatu kilkudziesięciu prac badawczych), coraz częściej tolerowanych przez środowisko naukowe". Podobnych cytatów można zapewne wyłowić z prasy - zarówno fachowej, jak popularnej - więcej. Te słowa, z pozoru ostre, nie są jednak dość ostre. Mnożą się bowiem i inne nadużycia, jak choćby wykorzystywanie magistrantów i doktorantów w gromadzeniu materiałów do prac własnych (bez powołania się później na prace, z których się korzysta), dopisywanie się do cudzych artykułów i rozpraw (ostatnio słyszałem o "naukowcu", który w ciągu roku opublikował ponad 400 prac - w olbrzymiej części jako "współautor" właśnie).

Czy to jednak tylko wynik zubożenia środowiska? Słusznie pisze Turski, że jest to tylko jeden z elementów wpływających na zachwianie moralnych standardów. Innym, nie mniej istotnym, jest peerelowska "tradycja": wszak wówczas "wszystkie uczelnie były nasze", o konkurencyjności mówiło się prywatnie, zaś oficjalnie jej nie było. To, że pracowano w kilku uczelniach jednocześnie, traktowane było zatem jako swego rodzaju oczywistość. PRL bowiem w niemałym stopniu przyczyniła się do załamania modelu uczelnianego patriotyzmu - w gruncie rzeczy było wszystko jedno, w jakiej uczelni ktoś podejmował zajęcia, czyli dostawał etat, traktowany coraz częściej jako urzędnicze "miejsce pracy".

Gorszą sprawą są jednak plagiaty i inne tego rodzaju nadużycia. Każdy, kto nawet tylko pobieżnie zna akademicką rzeczywistość Polski wie, że to, co zostało dotąd ujawnione, to ledwie wierzchołek góry lodowej. Rzecz w tym, iż ciągle nie ma "ram", w których rozprawa z praktyką "odpisywania" i "dopisywania się" byłaby możliwa. Wciąż ujawnianie nadużyć traktowane jest jako zamach na środowisko, jako rodzaj donosu, a solidarność zagrożonych oraz ich koleżanek i kolegów sprawia, iż jeśli zdarzy się taki donos, wówczas to donosiciel musi czuć się zagrożony. Podobno kiedyś "środowisko" darowałoby winowajcy zabicie żony, w żadnym wypadku zaś nie udałoby mu się wyjść cało z oskarżenia o plagiat, ale to było naprawdę dawno temu.

Może więc czas najwyższy stworzyć ramy, które pozwolą chronić ujawniających nadużycia? Czas też stworzyć warunki pozwalające młodszym pracownikom nauki, czy nawet studentom (bo oni też bywają "używani"), bronić się przed kradzieżą ich intelektualnego dorobku. Znam sprzed lat - ale rzecz jest wciąż aktualna - wypadek spożytkowania przez profesora konceptu wpisanego w pracę magisterską jego podopiecznej. Dziewczyna płakała, gdyż ukradziony jej został efektowny debiut naukowy, ale to jedyne, na co mogła sobie pozwolić. Rzecz w tym, że w wielu uczelniach - choć zapewne nie we wszystkich - dominuje akceptowany przez sporą część kadry, zarówno wyższej, jak niższej, feudalny typ zależności. Jest rzeczą oczywistą, iż przyjęcie modelu anarchistycznego, jaki próbowali narzucić zbuntowani studenci i niektórzy zrewoltowani naukowcy w okolicach roku 1968, jest nie do pomyślenia - w końcu uczelnia nie jest i być nie może domeną dowolności i niczym nie krępowanej swawoli. Ale też nie może zarazem być miejscem, w którym dominuje samowola. Ma być przestrzenią wolności, w której dyscyplina i odpowiedzialność (nie tylko za siebie, lecz także za całą społeczność uczelnianą; nie tylko przed sobą, ale też wobec koleżanek i kolegów) winny opierać się na jasno określonych i instytucjonalnie chronionych normach etycznych. Istnieje co prawda przekonanie, że demokracja w uniwersytetach jest niemożliwa, lecz muszę przyznać, że mnie ono nie przekonuje. Problem w tym, by uczelnie przestały być jedynie "miejscem pracy" dla funkcjonariuszy nauki i miejscem uzyskiwania papierka pomagającego w znalezieniu pracy dla studentów, by zatem - inaczej rzecz ujmując - były traktowane jako pewna społeczna wartość.

Wszak kiedyś już tak było, a w świecie bywa nadal. Są uczelnie, których imię wymawia się z szacunkiem - chodzi przecież nie tylko o ich czysto formalnie traktowany "poziom", chodzi także o klimat pracy, o, użyjmy słowa niemodnego, tej pracy ethos. Bywają wciąż jeszcze profesorowie, których wykłady, choć formalnie przeznaczone dla garstki studentów jednego roku, są odwiedzane przez tłumy. Przychodzi się posłuchać Tego Człowieka, gdyż ważne jest nie tylko to, co mówi, lecz także to, kim jest. Ostatni raz miałem do czynienia z podobnym zjawiskiem w Uniwersytecie Warszawskim. Na naszym roku - studiowałem filozofię - było około trzydziestu osób, a na wykład z filozofii oświecenia przychodziło ze dwieście, i to z różnych wydziałów (nie mówiąc oczywiście o tych, którzy przychodzili z zawodowego obowiązku). Wykładowcą był Leszek Kołakowski. W ostatnich latach nie słyszałem o tym, by "się chodziło na czyjś wykład". Się nie chodzi.

Nie chodzi się, gdyż - dotyczy to przede wszystkim humanistyki - nie tylko brakuje osobowości, ale też, co w humanistyce wydaje się szczególnie istotne, zanikł duch bezinteresowności i radości poznawania. Można rzecz zwalać na postawy studentów: że mianowicie są one konsumpcyjne i użytkowe, ale to prawda jedynie połowiczna. Studenci są tacy, jakimi się ich czyni. Gdy wkraczają w świat, w którym zasady etyki zawodowej są jeśli nie pogardzane, to w każdym razie ważone lekce, gdy widzą swych nauczycieli w roli funkcjonariuszy nauki, gdy zderzają się z feudalnymi strukturami i powierzchownością - wówczas sami tacy się stać muszą: powierzchowni i pracujący na pół gwizdka. I być może rzeczywiście materialna niedola ludzi nauki jest w części temu winna. Ale jedynie w części. W dużej mierze winne są nawyki wyniesione z peerelowskiej rzeczywistości.

Uwagi.