Sacharyna dla ducha

Kicz nie mógłby powstać ani przetrwać, gdyby nie istniał człowiek, który lubi kicz i jako producent sztuki chce go wytwarzać, a jako konsument sztuki gotów jest go kupować i nawet dobrze za niego zapłacić. Myśl wprawdzie mało oryginalna, ale z całą pewnością słuszna. W dobie, gdy triumfy święci krwawo-słodka hollywoodzka mass-produkcja klasy B (i niżej), a świat zachwyca się obleśnymi, obscenicznymi (i przyznajmy – obrzydliwymi) wytworami umysłu np. A. Serrano, H. R. Gigera, wszelakich niedobitków po wielkim Salvadorze (ten przynajmniej potrafił malować) i – za przeproszeniem – K. Kozyry czy A. Żebrowskiej, kicz postawiony jest na globalnym piedestale, na którym zresztą tkwi nieprzerwanie od epoki romantyzmu. Na naszym polskim podwórku jest to oczywiście przysłowiowe bardziej – proszę spojrzeć na tzw. listy bestsellerów, gdzie przodują aktualni Pstrowscy literatury: Wharton, Carroll i Coelho. Zgroza!
Pierwotną konwencją kiczu jest obłudna egzaltacja próbująca ustanowić z gruntu fałszywy związek między niebem a ziemią. Jest to egzaltacja mieszczańskiego filistra, który wzbogaciwszy się na handlu korzennym (bądź prowadząc sex-shop) roni łzy, śledząc z zapartym tchem perypetie miłości Abelarda i Heloizy, Sherlocka Holmesa i dr. Watsona albo L. DiCaprio i K. Winslet, znajdując w nich odzwierciedlenie wszystkich swoich wyobrażeń o miłości. I lekceważąc fakt, że to tylko sacharyna dla ducha. Jakże Neron musiał ekscytować się nadtybrzańskim całopaleniem... Gdyż kicz często przeradza się w zbrodnię.
Wszystkie te swobodne impresje przychodziły mi lawinowo do głowy w trakcie lektury fascynującego eseju Hermanna Brocha Kilka uwag o kiczu, stanowiącego część zbioru esejów, rozpraw i odczytów wydanych przez Czytelnika pod tym samym tytułem. Kolejny z kręgu wielkich, przedwojennych wiedeńczyków rozprawia się w nich z manowcami, na jakie zszedł ludzki zmysł smaku u schyłku tysiąclecia. Wprawdzie umieszczone w zbiorze utwory pochodzą sprzed półwiecza, niemniej zagrożenia, o których Broch wspomniał, nie zdezaktualizowały się.
Oczywiście, trudno wobec kiczu przybrać postawę nieprzejednaną. Wręcz przeciwnie – komiks z Batmanem, projekcja Gwiezdnych wojen i kilkudziesięciominutowa sesja z obrazami Beksińskiego w tle mogą z powodzeniem zastąpić, choć przez chwilę, obcowanie z dziełami Rilkego, J?ngera i Caravaggia. A gdy usłyszę mężczyznę zaklinającego się, że nigdy w życiu nie chciałby spędzić słodkiego sam-na-sam z Pamelą, podetknę mu pod nos lustro, by mógł zobaczyć wierutnego kłamcę. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy Pamela otworzy usta, by uraczyć ludzkość którąś ze swych głębokich mądrości, albo, gdy Batman nie zechce poprzestać na walce z przestępcami i podejmie działania edukacyjne, np. akcję antynarkotykową wśród młodzieży. Istny wysyp „autorytetów” we wszelkich dziedzinach, którego jesteśmy świadkami to przecież nic innego, jak triumf kiczu w zmacdonaldyzowanym społeczeństwie.
Cat-Mackiewicz mawiał: Przez higienę umysłu należy wystrzegać się kontaktów z durniami. Warto wtedy poczytać Brocha.
(kpuch)
Hermann Broch, Kilka uwag o kiczu i inne eseje, tłum. Danuta Borkowska, Jan Garewicz, Ryszard Turczyn, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1998.

Osiągnięcia współczesnej nauki, która dokonała niemal cudów na wielu polach – choćby w elektronice, inżynierii materiałowej, chemii, biologii – zupełnie zmieniły życie człowieka w ciągu ostatniego stulecia czy dwóch. Ale nauka ma też swoje słabości – nadal, choć być może to tylko kwestia czasu, pomimo przeznaczania na ten cel ogromnych środków, nie pokonano wielu chorób, nadal o wielu procesach, np. biologicznych czy klimatycznych, nie wiemy jeszcze wszystkiego. Oczywiście, wszystkiego nie będziemy wiedzieli zapewne nigdy. Ale przydałoby się przynajmniej tyle, aby rozwiązywać nasze problemy.
Tak jest dziś. A jak było wcześniej? Jeżeli wyrośliśmy z wieku szkolnego, rzadko w naszym pośpiechu mamy okazję, by dowiedzieć się, jak wyglądała i jakie miała osiągnięcia nauka w wiekach dawniejszych, powiedzmy dwieście, trzysta lat temu. O ile nie jest to wiedza z zakresu naszej specjalności – bo niewykluczone, że wtedy wiemy więcej – pamiętamy zapewne, że językiem nauki była łacina, że szkoły w większości prowadziły zakony, że wykształcenie było rzeczą bardzo elitarną. Może przypomni nam się gdański piwowar i astronom Heweliusz, może Galileusz i... no właśnie, co jeszcze?
Okazją do tego, aby poznać jeszcze trochę wiedzy na ten temat może być obcowanie z książką napisaną przez pracowników Instytutu Historii Nauki Polskiej Akademii Nauk Tadeusza Bieńkowskiego i Jerzego Dobrzyckiego Staropolski świat nauki. Książka, jak przyznają sami autorzy, zawiera mniej niż zapowiada tytuł. Nie jest ani syntezą, ani monografią problemu. To trochę szkoda. Jest zbiorem szkiców ukazujących kilka wybranych problemów staropolskiej kultury umysłowej – okresu od ostatnich dziesięcioleci XVI do połowy XVIII stulecia. To wtedy w epoce Odrodzenia i „złotego wieku”, w ogromnej mierze pod wpływem prądów płynących z południa Europy, dokonywał się przełom w filozofii nauki, kwestionującej arystotelesowski sposób widzenia świata, odrzucający statyczność przyrody, nadrzędne pojęcie formy, teleologiczną przyczynowość rzeczy. Wiele musiało upłynąć czasu aby te aksjomaty zostały zakwestionowane. Decreta antiquorum et philosophorum et astronomorum per observationes a recentioribus factas labefactata, stare non possunt (Nie da się już utrzymać twierdzeń starożytnych filozofów i astronomów, obalonych przez obserwacje dokonane w czasach nowożytnych) – pisał polski pijar Antoni Wiśniewski w swych wykładach z połowy siedemnastego wieku.
Te obserwacje i zerwanie ze schematami myślenia zaprowadziły nas daleko.
(alm)
Tadeusz Bieńkowski, Jerzy Dobrzycki, Staropolski świat nauki. Uczeni i szkoły wobec osiągnięć przyrodniczych, Wydawnictwo Retro-Art, Warszawa 1998.
|