|
Leszek Szaruga Odpowiedź na tytułowe pytanie, którego po raz pierwszy jako tytułu użył bodaj Czernyszewski, a które spopularyzował Lenin, nie jest prosta tak długo, jak długo nie wiadomo, do czego się ono odnosi. A i wówczas, gdy się już ustali ów punkt odniesienia, także nie jest ono pytaniem, któremu sprostać łatwo. W moim wypadku pytanie to odnosi się do sytuacji, jaka powstała w tym roku podczas egzaminów wstępnych, przy czym nie chodzi o wszelkie egzaminy wstępne na wyższe uczelnie, lecz o egzaminy wstępne na polonistykę mojej macierzystej uczelni. Być może gdzieś było lepiej, czyli inaczej, choć mocno w to powątpiewam, gdyż zdołałem już zebrać informacje od koleżanek i kolegów zatrudnionych gdzie indziej. A rzecz wyglądała tak. Jak zwykle zaczynaliśmy od testów pisemnych, które wypadły dość średnio, ale jeszcze nie przerażająco – zapewne były w pobliżu jakiejś „polskiej normy”. Ot, takie sobie – jedne lepsze, drugie gorsze, a już z całą pewnością nie było odpowiedzi rzucających egzaminatorów na kolana. Tym razem zresztą sprawdzanie prac pisemnych zostało mi oszczędzone, zagnany zostałem natomiast do komisji wysłuchującej zeznań składanych ustnie. I tu, jak zwykle, pojawiło się kilka wypowiedzi druzgocących – jak choćby informacja o tym, że Litwa leży w Rosji lub że w Dziadach roi się od aluzji antysowieckich. Wszystko to jednak można od biedy wytrzymać. Kolejne grupy kandydatów losowały zestawy pytań, my zaś, czyli komisja, ze sporym samozaparciem wysłuchiwaliśmy bardziej lub mniej inteligentnych odpowiedzi. W zasadzie można było poprzestać na ograniczeniu się do formalnego przesłuchania: pytanie, odpowiedź i do widzenia. Jednakże, jak to zazwyczaj bywa, pojawiały się z naszej strony pytania pomocnicze, mające dać kandydatom szanse wydostania się z pułapek, w które sami się zapędzali. Nic nowego pod słońcem. Ja wszelako wpadłem na pomysł pytania nietypowego, drastycznie wykraczającego poza program nauczania w szkole podstawowej a nawet średniej. Pytałem mianowicie kandydatów – przypominam: chodzi o młodych ludzi, którzy wpadli na ambitny pomysł podjęcia studiów na wydziale filologii polskiej – jakie mogliby wymienić wychodzące w Polsce po wojnie, a najlepiej w dniu dzisiejszym, czasopisma kulturalne, w szczególności zaś literackie. Choćby trzy. No, chociażby jedno. Raz, jeden jedyny w czasie egzaminu, usłyszałem aż dwa tytuły. I to była jedyna kandydatka, która w ogóle jakiś tytuł znała, przy czym od razu się zastrzegła, że żadnego z tych pism nie miała w ręku. Jej koleżankę, która żadnego tytułu nie była w stanie wymienić, potraktowałem pytaniem, co ją mianowicie skłoniło do próby podejmowania studiów polonistycznych, w trakcie których, jak się może domyślać, zajmujemy się także współczesnym życiem literackim, dla którego nie przejawia ona żadnego zainteresowania. Odpowiedź omal mnie nie zwaliła z nóg. Usłyszeliśmy mianowicie wyznanie zdumiewające w swej rozpaczliwej naiwności: „Bo ja tak kocham język polski”, przy czym, rzecz jasna, nie chodziło panience o mowę ojczystą, lecz o przedmiot nauczania w szkole. Ona przyszła do nas na przedłużenie zajęć „z języka polskiego”. Rozkoszne, nieprawdaż? Raczej rozpaczliwe. Rzecz bowiem w tym, że jeśli nawet na polonistykę próbują się dostać kandydaci nic w ogóle poza lekturami szkolnymi nie czytający, nie potrafiący wskazać żadnych swoich zainteresowań osobistych, to przecież gdzie indziej musi być jeszcze gorzej. Zważywszy przy tym, że poziom prac pisemnych jest zatrważający – nie przez brak wiedzy, lecz koszmarne niewyrobienie stylistyczne, po prostu nieumiejętność pisania – sprawa wydaje się zasługiwać na baczniejszą uwagę tych gremiów, które zajmują się reformowaniem szkolnictwa. Także szkolnictwa wyższego. W szczególności na uwagę zasługuje kwestia zdolności wypowiadania się na piśmie. Rzecz nie dotyczy tylko maturzystów, także ludzi kończących studia. Zapewniam z ręką na sercu, że porządna analiza obronionych prac magisterskich przyniosłaby rezultaty zatrważające największych nawet optymistów: ludzie kończący studia, nawet humanistyczne, nie umieją w większości poprawnie pisać w języku ojczystym. Nie umieją napisać życiorysu. Nie umieją sformułować podania. Nie napiszą listu. Można wskazać dwa źródła tej sytuacji. Pierwszym jest bez wątpienia – począwszy od szkoły podstawowej, na studiach wyższych kończąc – zbyt mała liczba prac pisemnych, których się od uczniów i studentów wymaga (wiem, że sprawdzanie tych prac jest męczące i ogłupiające, ale przecież coś z tym trzeba zrobić, zaś lepszego sposobu nauczenia pisania nie znam). Drugim źródłem jest niewielkie oczytanie. I tu już naprawdę nie wiem, co robić. Bo owszem, w jakiś sposób opanowuje ta dzieciarnia wiedzę o zawartości lektur obowiązkowych, a to już przecież wystarcza do kolejnych zaliczeń. Z drugiej jednak strony jest czymś niepojętym niezdolność i manifestacyjnie demonstrowana niechęć wykraczania poza ramy programu. Przełamanie tej niechęci jest niezwykle trudne. Przy czym najłatwiej to zrobić proponując w czasie zajęć coś egzotycznego, coś w rodzaju cyrkowej sztuczki czy pokazu ogni sztucznych. Owszem, jest to czasami możliwe, ale nie da się w ten sposób postępować bez przerwy. Nie wiem, co robić. Wiem jedynie, że to, co obserwowałem podczas tegorocznych egzaminów wstępnych świadczy o głębokiej zapaści szkół średnich, które w olbrzymiej większości nie tyle nie potrafią przygotować swych uczniów do egzaminów na wyższe uczelnie, co wyrobić w nich nawyku czytania i pisania. Nie jestem specjalistą od reformy szkolnictwa. Byłbym jednak ciekaw czy ci, którzy ową reformę opracowali, potrafią odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule tego felietonu. |
|
|