Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 9/1999

Lasy się kończą
Poprzedni Następny

Piotr M?ldner-Nieckowski


Fot. Stefan Ciechan

Na wiosnę telewizja pokazała „Nocne rozmowy”, z których miało wynikać, czy książka przegra z komputerem, czy jednak się ostanie. Pomyślałem: znowu mydlenie oczu. I nie myliłem się. Problem został źle przedstawiony, do czego zaraz dojdziemy, ale na początek podam nazwiska osób, które nie umiały się w tym znaleźć, bo to bardzo charakterystyczne. Najpierw Franciszek Starowieyski, rysownik i gawędziarz. Opowiadał o swej niezwykłej wrażliwości na piękno, przeciwstawiając ją nędznej postawie „palantów” zebranych w studiu. Nie na temat i obelżywie. Przyszedł przygotowany jak student, który przed egzaminem w ostatniej chwili przeczytał cytacik na okładce skryptu. Następnych pięć minut miała Barbara Wachowicz, znawczyni miłosnych zmagań sławnych pisarzy. Z dramatycznym zachłystem wyrecytowała banalne tekściki na temat wartości „książki w ogóle”, czyli „kto czyta, ten bogaty”.

Oboje pletli od rzeczy, ale zaistnieli. Innym nie było to dane. Kiedy mówiły osoby nieznane, redaktor prowadzący szybko przerywał, usiłując celnie zasugerować widzom, że książka albo wygra z komputerem, albo przegra. Żałowałem, że się tam znalazłem, bo i mnie po pierwszym zdaniu przerwano. Naprawdę interesująca była tylko tyrada 23-letniego Łukasza, chłopaka oczytanego i wykształconego. Barwnie, przejmująco opowiedział, na czym polega narkotyzowanie się komputerem i ogłupianie grami. Początki jak zwykle bywają łagodne, ale im dłużej trwa „giercowanie” czy „nawigowanie”, tym trudniej się wyzwolić. To odbiera czas, świat i duszę. A jeśli „giercownik” zdecyduje się na odwyk, to musi poświęcić na to parę lat i nie ma żadnej pewności, że wróci na wolność. Wstrząsająca analiza psychologiczna. Zachował się świetnie, bo nie reagował na gesty niecierpliwego redaktora i dopowiedział kwestię do końca. Ale i on, sprowokowany, mówił trochę obok.

Rwana dyskusja toczyła się według schematu „przyszło mi do głowy”. Uśmiechy pani Wachowicz nie mogły zaradzić miałkiej treści, a kiedy jeden z młodych skarcił ją za komunały, w jej oczach błysnął groźny gniew. Zmarnowany czas antenowy. Rzecz w tym, że redaktor zaprosił na moderatorów dyskusji osoby, których wiedza zatrzymała się na nagrodzie Nobla dla Miłosza. Czytelnictwo było wtedy sztucznie pompowane w socjalistycznych statystykach. Nie badano, kto i ile czyta, lecz ile dzieł wydano. Magazyny Składnicy Księgarskiej puchły. Ludzie nie czytali ani mniej, ani więcej niż teraz. Książki były drukowane znacznie poniżej rzeczywistych kosztów, więc kto żyw kupował tomy na półkę, często według wielkości i koloru. Ale czy wszyscy byli czytelnikami tego co kupili? W dniu, w którym Czesław Miłosz nagle objawił się polskiej publiczności, pytano: „Kto to taki?” Po roku zaś: „Nudny. Dlaczego nie Joanna Chmielewska?”

A komputery? Kiedy stały się powszechnie dostępne (było to wkrótce po owym Noblu), od razu służyły przede wszystkim książce. Jednym z pierwszych ich zastosowań była poligrafia. Żmudny skład gorący został zastąpiony szybkim i precyzyjnym montażem elektronicznym. Dzięki technice komputerowej i offsetowi jakość druku wzrosła tak bardzo, że mistrzowie sztuki zecerskiej odstawili linotypy na złom. Komputery pojawiły się w redakcjach, wydawnictwach, wyspecjalizowanych pracowniach mieszczących się w jednym pokoju. Produkcja książek wyzwoliła się z ograniczeń technologicznych i czasowych, stała się masowa. Niestety droższa, bo zaczęto liczyć koszty, ale nigdy w Polsce nie sprzedawano tylu tytułów i tomów co obecnie.

Komputer od dwóch dziesięcioleci służy książce także w inny sposób. Nareszcie udało się rozwiązać problem coraz ciaśniejszych bibliotek. Istnieje już możliwość kondensowania tekstów do tak małych objętości, że za uniwersytecki księgozbiór wystarczyłaby szafa z dyskami. Publikacje można indeksować i porządkować. Internet jest w stanie zapewnić dostęp do literatury według chęci i potrzeb. Istnieją udane projekty urządzeń naśladujących książkę papierową, pewnie wkrótce od niej lepszych. Płaski ekran grubości zeszytu będzie mógł ściągnąć do elektronicznej pamięci potrzebne woluminy (np. drogą satelitarną) w czasie krótszym niż dojazd z domu do księgarni, i to z zestawem dowolnej grafiki, recenzjami prasowymi, komentarzami krytycznymi, wersjami wydań, tłumaczeniami.

Ludzie, którzy nigdy by po książkę nie sięgnęli, a teraz siedzą przy komputerach, chcąc nie chcąc już dziś na nią trafiają, bo co chwila stykają się z zachętą do czytania i kupowania. Internet wciąga jak narkotyk, to prawda, ale też podsuwa to, do czego nie umieją zdopingować nauczyciele. Literatura wolna jest bardziej przystępna niż nakazana, w myśl zasady „nie muszę, więc chcę”.

Czy w tym kontekście można mówić o wypieraniu książki przez komputer? Jeśli będzie jakiś kłopot, to raczej z nadmiarem i ogromną dostępnością, która wymaga dużego ładu w głowie. Nie będzie likwidacji. Przed wiekami zrezygnowaliśmy z rysika i glinianej tabliczki, teraz przychodzi kolej na odrzucenie farby drukarskiej i papieru. A kiedy pojawi się dobry ekranowy odpowiednik zadrukowanej kartki, sprawa dokona się ostatecznie. Wejdzie nowe medium i zagości obok książki. Całe szczęście. Lasy się kończą.

E-mail: pmuldner@mp.pl

Uwagi.