Gdy pierwszy raz weszłam do księgarnio-kawiarni sieci Barnes&Noble w Nowym Jorku, właśnie takiej, jaką znamy z Allenowskich filmów - gdzie obok książek jest i kawka, i herbatka, są kanapeczki, głębokie fotele (w których człowiek odkleja się po prostu od rzeczywistości), spotkania autorskie, odczyty, panele - to pomyślałam sobie: „Nieprawdopodobne, to tak wygląda prawdziwa księgarnia!” Miałam przed oczami XIX-wieczną bibliotekę połączoną z uniwersytetem, przełożoną na język współczesnego marketingu. Natychmiast uznałam, że wobec tego, co widzę, księgarnie w Polsce muszą być nieprawdziwe, „bo nie można książki z półki wziąć i przy kawce sobie poczytać”. Dużo później dowiedziałam się, że takie księgarnio-kawiarnie to wymysł dopiero lat 90. XX wieku. Wtedy zaczęły powstawać sieci takich księgarń, jak Barnes&Noble właśnie, Bordes czy megasklepy sieci Virgin Megastore, w których jest już właściwie wszystko, co tylko związane z szeroko pojmowaną kulturą, czyli płyty, książki, magazyny..., krótko mówiąc różności. Chcąc porównać je do czegoś mniej abstrakcyjnego, można by powiedzieć, że są to takie dwadzieścia razy większe Empiki - połączenie megakawiarni i megaksięgarni z megasklepem, w ogóle - megakonsumpcja.
Oczywiście księgarnio-kawiarnie, te bardziej subtelne od Virgin Megastore (miejsca magiczne dla jednych, dla innych, jakby powiedział George Ritzer, świątynie konsumpcji), są ładne, przytulne, miłe i fajnie się w nich znaleźć, tyle że swoim zasięgiem i kapitałem wypychają z rynku małe i zwykłe księgarnie (które zresztą rozpaczliwie próbują się dostosować do panującego trendu w stylu: kawka, książeczka, kanapka) i co się z tym wiąże, monopolizują dostęp do rynku. Takie księgarnio-kawiarnie (czyli miejsca na topie, „trendy”) mają także „przywilej” cenzurowania niewygodnych dla siebie treści i tytułów. Autor, którego książka nie jest sprzedawana przez B&N, właściwie nie istnieje na amerykańskim rynku księgarskim. W Polsce czymś takim jest sieć Empik, tyle że brak tutaj kawy, otoczenie też nie jest tak przyjemne, no i nie ma uniwersyteckiego sznytu (uniwersytet, ale ten, którego obraz znamy z telewizji: angielski uniwerek, ciepłe kolory, stateczni profesorowie). A i rynek w Polsce dużo mniejszy...
Jednak i w naszym kraju pojawiły się już księgarnio-kawiarnie z prawdziwego zdarzenia, chociaż najbardziej znana jest chyba jedna: Czuły Barbarzyńca przy Dobrej (Powiśle) w Warszawie (zwycięzca edycji CityZony - konkursu na najciekawszy lokal otwarty w danym roku, i laureat Dyplomu Newsweeka - najlepszy lokal, klimat i serwis). Można tu poczytać książkę, gazetę ('Wyborcza', 'Rzeczpospolita', 'The Warsaw Voice', 'City Magazine', 'Dzień Dobry', 'Polityka'), napisać artykuł, pracę semestralną czy wiersz (takie to liryczne miejsce!), coś narysować, porozmawiać albo po prostu napić się herbaty, zjeść racucha z jabłkiem i zapalić papierosa (palić można wszędzie). A jeśli ktoś poczuje nieodpartą pokusę 'fruwania', to też można, bo huśtawka wisi na środku sali. Pomieszczenie z półkami nie jest zbyt duże, obiektywnie nie ma ogromnego wyboru, a jednak każdy powinien znaleźć przynajmniej kilka książek, które go zainteresują. Przez pierwszy rok funkcjonowania Czułego Barbarzyńcy można było spokojnie podejść do półki, wybrać jakiś tytuł i poczytać go przy kawie. Teraz, niestety, wiszą już tabliczki z napisem: 'Książki brane do stolika prosimy zgłaszać sprzedawcy'. Szkoda, że nawet tak kulturalne i pozytywne z założenia miejsce nie zniechęciło miejscowych złodziei. W Czułym Barbarzyńcy organizuje się wiele spotkań autorskich i kulturalnych, ale można też wyjść z własną propozycją, skontaktować się z obsługą i przedyskutować sprawę.
Czuły Barbarzyńca to rzeczywiście miła knajpka z dobrą muzyką w tle (jazz, funky, soul) i niezła księgarnia z superwnętrzem, odbiegającym od modnego dziś undergroundowo-obskurnego trendu: wygodne kanapy i fotele, stoły ustawione blisko okien, z których wiosną widać zielone okolice Powiśla, huśtawka, pianino, przy stolikach lampy, kącik z książkami dla dzieci i punkt 'Podaj książkę'.
Akcja „ Podaj książkę” (firmowana logo lokalu i „Gazety Wyborczej”) to zresztą bardzo ciekawy pomysł, o którym warto na marginesie głównego tematu wspomnieć. Jest to system bezpłatnej wymiany książek i komentarzy, a zarazem system szpiegowski, pozwalający na śledzenie drogi danego tytułu. 'Podaj książkę', to polska odmiana tak zwanego bookcrossingu, stworzonego w marcu 2002 roku przez amerykańskiego programistę Roana Hornbakera. Idea bardzo szybko rozpowszechniła się na całym świecie. Dziś bookcrossing funkcjonuje w 130 krajach, liczy ponad 150 tysięcy członków, a na stronie www.bookcrossing.com zarejestrowanych jest ponad 500 tysięcy książek. Bookcrossing w naszym kraju narodził się 25 sierpnia 2003 roku. Każdy może wziąć udział w tej akcji, wystarczy przeszukać swoją domową biblioteczkę i znaleźć w niej dobre książki, którymi warto podzielić się z innymi czytelnikami. Następnie należy zarejestrować je na www.gazeta.pl/podajksiazke. Przy rejestracji otrzymuje się INK - Identyfikacyjny Numer Książki, dzięki któremu łatwo znaleźć ją w bazie i tym samym śledzić jej losy. Żeby książka krążyła z rąk do rąk, musi być dobrze oznaczona za pomocą specjalnych darmowych naklejek lub zwyczajnego flamastra. Najważniejsze, żeby na każdej książce znajdował się jej INK. Po pewnym czasie książka zawita do różnych właścicieli, a jej losy można śledzić na podanej wyżej stronie internetowej. Wystarczy odszukać ją w bazie danych, wpisując numer INK i zobaczyć, gdzie zostawiali ją inni użytkownicy i co o niej napisali.
Czuły Barbarzyńca nie jest jedynym tego typu lokalem w Polsce, ale mimo wszystko najbardziej reprezentatywnym i najłatwiejszym do ukazania zjawiska, jakim są knajpo-księgarnie. Warto jednak wiedzieć, że istnieją też inne, na przykład poznański Bookarest (otwarty w kwietniu 2004), mający swoją siedzibę w Starym Browarze na Dziedzińcu Sztuki. To nawet trafione umiejscowienie, bo zgrabnie koreluje z ofertą księgarni, która duży nacisk kładzie na książki o sztuce współczesnej, architekturze, fotografii, kinie, teatrze. Ale jest i dział literatury polskiej, obcej, poezji, eseistyki i literatury angielskojęzycznej w oryginale. Oprócz książek można kupić tu też kasety video i płyty DVD z filmami o sztuce.
Wnętrze Bookarestu zostało zaprojektowane przez młodych poznańskich architektów 'Front architects group'. Meble - nazwane przez pomysłodawców koobikami - to nie tyle regały na książki, co raczej miejsca do ich eksponowania. Każdy koobik ma dwa siedziska, na których można przysiąść i przejrzeć książkę. Na ścianach wiszą zdjęcia, rysunki, grafiki i ekslibrisy. Podczas spotkań autorskich lub tematycznych rozsuwa się meble i księgarnia przekształca się w małą salę konferencyjną z miejscami siedzącymi dla około osiemdziesięciu osób. A zapraszani są przede wszystkim autorzy nowości wydawniczych, ale także architekci, artyści, krytycy literaccy i publicyści. Spotkania połączone są często z projekcją filmu, koncertem, wystawą czy recytacją poezji. Oczywiście, można tu wypić kawę, herbatę, zjeść kruchą babeczkę z orzechami i karmelem, poczytać prenumerowaną prasę ('Gazeta Wyborcza', 'The New York Review of Books', 'The Times Literary Supplement') i skorzystać z bezprzewodowego Internetu. W tle pobrzmiewa zawsze spokojna muzyka, zwykle jazz, down-tempo, chill-out, trip-hop. Ciekawą częścią działalności Bookarestu jest realizacja indywidualnych zamówień. Właściciele chętnie poszukują literatury na zadany temat, dostępnej w kraju, a nawet za granicą.
Przenosząc się z Poznania do Krakowa, warto zajrzeć na Felicjanek 4 do Massolitu, jednego z bardziej klimatycznych miejsc w tym mieście. Można tu spędzić godziny, myszkując pomiędzy regałami i wspinając się na drabinki w poszukiwaniu upragnionych tytułów. A jest ich naprawdę sporo i właściwie na każdy możliwy temat. Wnętrze Massolitu sprawia wrażenie prywatnego mieszkania jakiegoś mola książkowego o dość wysublimowanym guście. Organizowane są tu odczyty poezji i koncerty skrzypcowe. Obok tego oczywiście kawa, herbata, a od czasu do czasu pojawiają się, wypiekane przez właściciela, niezwykłe delicje, rodem zza oceanu.
A w Łodzi można wstąpić do małej litery na Traugutta 9, bo to także miła księgarenko-kawiarenka, podobno z najlepszą kawą w mieście i domową szarlotką. To nawet bardziej lokal dla grafików, architektów, projektantów wnętrz, historyków sztuki i fotografików niż czytelników beletrystyki i poezji, ale i oni znajdą coś dla siebie. Poza tym mała litera jest również miejscem wystaw i spotkań z pisarzami, poetami, aktorami, socjologami, etnologami i artystami, głównie miejscowymi, łódzkimi, ale nie tylko. Mniej więcej co dwa tygodnie, czasem częściej, organizowane są tu dyskusje tematyczne (w najbliższym czasie spotkanie dotyczące książek fantasy i science fiction). Wnętrze jest jednak dość surowe. Stoją co prawda fotele i kanapa, ale nie tak głębokie i wygodne, jak w Czułym Barbarzyńcy. Miło za to słucha się tu muzyki, głównie jazzu, co nie przeszkadza czytającym.
Generalnie takie księgarnio-kawiarnie, jak Czuły Barbarzyńca czy inne wyżej opisane, to zacne miejsca (takie Barnes&Noble w miniaturze), tyle że co to właściwie jest? Knajpy, księgarnie, miejsca spotkań? Jean Boudrillard powiedziałby pewnie, że są to symulacje uniwersytetu z domieszką komercji, czyli twory, które przekazują konsumentowi komunikat: nie chcemy ci nic sprzedać, jesteśmy po to, byś spotkał się z inteligentnymi ludźmi w intelektualnej atmosferze, chcemy tylko, żebyś się rozwijał. Czyli brednie! Jeśli Barnes&Noble czy Bordes można by nazwać świątyniami konsumpcji, to Czuły Barbarzyńca i inne są konsumpcji kapliczkami. Przyznać jednak trzeba, że w dobrym stylu.