Szkoła przetrwania
Poprzedni Następny

 

W lesie trzeba zachowywać się tak, 
żeby nie przeszkadzać innym, 
prawowitym jego mieszkańcom.

Piotr Kieraciński

Dr Andrzej Trembaczowski 
jest pracownikiem Instytutu Fizyki, 
Pracowni Spektrometrii Mas Uniwersytetu 
Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. 
Bada obieg izotopów stabilnych 
siarki i tlenu w przyrodzie.

Gdy w styczniową sobotę dzwonię do Andrzeja, żeby się umówić na rozmowę, telefon odbiera jego żona. – Andrzej jest na rybach – słyszę. Na Lubelszczyźnie zaczął się sezon na pstrągi. – Łowiłem wtedy na Bystrzycy w Prawiednikach – mówi mi potem Andrzej. – Niedaleko twojego domu.

Taka ryba

Ostatnio najbardziej pasjonuje go pstrąg. – Pstrąg nie potrzebuje wielkiej przestrzeni życiowej ani dużo wody – opowiada. - Musi mieć natomiast wodę czystą. To jest ryba, która się trzyma swojego miejsca. Lubi się schować pod zwalonym drzewem, czy stertą naniesionych przez wodę gałęzi i stamtąd polować. Nie jest wybredny. Je i robaki, i owady, i takie małe skorupiaki – kiełże, ale poluje także na małe rybki lub żaby. 

Pstrągi to ryby, za którymi trzeba się nachodzić. Trzeba je wytropić, podejść i przechytrzyć. Umiejętnie dobrać przynętę i precyzyjnie ją podać. Andrzej łowi na woblery, wykonane przez przyjaciół z drewna balsa. Pomalowane artystyczne imitują małe rybki. Najmniejszy pokoik w jego mieszkaniu to królestwo akcesoriów oraz literatury wędkarskiej i podróżniczej. W szafie ubrania i sprzęt w każdej chwili gotowe do użycia. Na ścianie trofea wędkarskie – zasuszone łby karpi, najeżone ostrymi zębami paszcze szczupaków, sandaczy i pstrągów.

Jak wielu ludzi nauki, Andrzej Trembaczowski jest człowiekiem piszącym. Przez kilka lat regularnie publikował w „Wiadomościach Wędkarskich”, teraz natomiast – signum temporis – jest korespondentem internetowego magazynu wędkarskiego. Napisał też książkę o łowieniu ryb nocą. Druga jego książka traktuje natomiast o survivalu. 

Pod dachem nieba

Andrzeja spotkałem po raz pierwszy na rajdzie KPN – Koła Pracowników Nauki Oddziału Akademickiego PTTK w Lublinie. Prowadził trasę pieszą i traktowany był jako specjalista od ognisk – bez problemu rozpalił ogień w deszczowy wieczór.

Rozpalanie ogniska w czasie deszczu to podstawowa umiejętność wędrowca. – Żeby rozpalić ognisko trzeba mieć suchą podpałkę. Bardzo dobrze jest mieć coś przy sobie, np. szczapkę sosnową lub korę brzozową, ale w lesie zawsze coś można znaleźć. Trzeba umieć wykorzystywać to, co jest pod ręką – mówi Andrzej. Nawet tuż po deszczu można znaleźć uschniętą, grubszą gałąź, która mimo iż na zewnątrz zlana deszczem, w środku będzie sucha. Wystarczy ją rozłupać nożem i nastrugać cieniutkich szczapek na rozpałkę. Rozpalanie ogniska w takich warunkach to praca dla ludzi cierpliwych. Zajmuje dobrych kilkanaście minut. Z początku należy zapalić malutki ogieniek i karmić go drobnymi patyczkami. Dopiero gdy uzbiera się trochę żaru, można podrzucać grubsze kawałki. Należy pamiętać, żeby nie rozpalać bezpośrednio na mokrej ziemi lub śniegu. Trzeba zrobić podkład z grubych gałęzi.

Żywioł Andrzeja to wycieczki, które dziś określa się terminem surwiwal. Zastrzega, że nie chodzi o to, co prezentował Linda w programie o sportach ekstremalnych. – Nie palimy ognisk dla przyjemności – jak to się robi na rajdach - a jedynie po to, żeby coś ugotować czy ogrzać się, gdy jest bardzo zimno, lub wysuszyć po deszczu. Nocami staramy się ukryć, aby nie być widocznymi, nie narażać się na jakieś przypadkowe, nieprzyjemne spotkania. W lesie trzeba zachowywać się tak, żeby nie przeszkadzać innym, prawowitym jego mieszkańcom. Ogień widać z daleka, zwierzęta się go boją, a ludzi przyciąga. I to są dwa powody, dla których nie robimy ognisk po zmierzchu – poza sytuacjami awaryjnymi.

– Nigdy nie bierzemy namiotów, nie budujemy szałasów. Nocujemy pod gołym niebem – opowiada Andrzej Trembaczowski. Na wypadek deszczu zabiera pelerynę. Można się w nią zawinąć, lub rozwiesić na gałęziach. W lesie z noclegiem nie ma problemu. Trzeba znaleźć jakieś dobre miejsce, tzn. młodnik, albo stare drzewo, najlepiej świerk, które ma nisko gałęzie. Pod takim okapem zawsze jest ciepło i sucho, bo nawet podczas deszczu woda nie dociera tam zbyt szybko. Musi to być niewielki pagórek, nigdy kotlina, gdzie wieczorem zbiera się chłód i wilgoć.

Na półkach w pokoiku Andrzeja stoją wykonane przez niego w lesie kubki z brzozowej kory. Pięknie zszyte dratwą, z uszkami. Każdy szew starannie pokryty żywicą lub woskiem ze świecy. – Nie przeciekają – mówi, gdy biorę jeden z tych kubków do ręki. – Da się z tego pić wodę, a wykonanie zajmuje najwyżej piętnaście minut. Trzeba tylko znaleźć powaloną brzozę, żeby mieć odpowiednio duży kawałek kory.

Uwagi.