|
|
Jak i dokąd zmierzamy
Mimo iż Michio Kaku dokonał wyboru tylko trzech dziedzin, o których postanowił pisać, to jego książka liczy ponad 500 stron. Ten arbitralny przecie wybór autor komentuje tak, że koniec XX wieku przyniósł też koniec pewnej epoki: w upływającym stuleciu rozwiązano zagadkę atomu, odkryto „cząsteczkę życia” i skonstruowano komputer, co spowodowało niebywałe przyśpieszenie rozwoju tych kilku dziedzin wiedzy, które sprzęgły się z nowymi technologiami; kontynuację tych tendencji będziemy zapewne obserwować w nadchodzących dziesięcioleciach. Wielu uczonych, a także autorów fantastyki naukowej, takie przypuszczenia formułuje (warto zajrzeć do styczniowego numeru „Świata Nauki”), wszyscy robią to jednak bardzo ostrożnie, pamiętając, że sto lat temu nikt nie przewidział prawidłowo dzisiejszego etapu rozwoju biologii czy fizyki. Mówi się, że przewidywanie tego, co się stanie w nauce za sto lat, jest niepoważne i nie sposób nie zgodzić się z taką opinią. Dlatego też najbardziej prawdopodobne wydają się wizje Kaku dotyczące najbliższych 20 lat, ponieważ zalążki wielu sygnalizowanych w książce zjawisk i procesów można obserwować już dziś. Im dalej w czas przyszły, tym bardziej książka przypomina fantastykę naukową, bardzo jednak podniecającą, ponieważ żadne z przewidywań nie jest prawdopodobne z punktu widzenia dzisiejszej nauki. Czyta się tę książkę z zapartym tchem. Porusza ona takie problemy, jak świat coraz to „mądrzejszych” komputerów i nasze z nimi stosunki, medycyna, w której diagnozy wydawane będą po uwzględnieniu naszych indywidualnych uwarunkowań genowych i do tej diagnozy dostosowywane będzie indywidualne leczenie. Może będzie można „zaplanować” charakter naszego dziecka? Nie zlikwidujemy śmierci, ale dochodzić do tego momentu będziemy zapewne znacznie bardziej komfortowo. Ile w nas będzie myślących maszyn, a ile odnowionych na nasze potrzeby narządów i tkanek z naszych własnych komórek? Wreszcie, jak szybko wyruszymy na prawdziwy podbój kosmosu, jak rozwiązany będzie problem zasobów energetycznych i surowcowych planety? Ile będziemy pracować i jakie zawody zanikną, a jakie się pojawią? Jak będziemy zdobywać wykształcenie? Czy zostaną z nami książki, czy nie zaniknie umiejętność pisania? Książka powstawała przez dziesięć lat, jest m.in. plonem rozmów z nieomal 150 uczonymi, wielu z nich to ci najwybitniejsi koryfeusze nauki XX wieku. Czytając te wizje miotana byłam przeciwstawnymi uczuciami: jak to dobrze, że w takim świecie już nie będę żyć i, równolegle, że bardzo chciałabym zobaczyć, jak to będzie i skorzystać z tych fantastycznych możliwości, które stworzy nam biologia, fizyka i informatyka w nadchodzącym stuleciu. Magdalena Fikus Michio Kaku, Wizje, czyli jak nauka zmieni świat w XXI wieku, tłum. Karol Pesz, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, seria: Na Ścieżkach Nauki.
Niewykorzystana szansa
Twórcy omawianej książki prezentują swą pracę jako nową. Trudno się z tym zgodzić. Owszem, znalazło się tu wiele haseł, które są absolutną nowością. Po raz pierwszy na przykład przeczytamy tu uczciwy, potężny biogram Józefa Mackiewicza pióra Włodzimierza Boleckiego. Po raz pierwszy w encyklopedii literackiej znalazły się hasła poświęcone takim czasopismom jak „bruLion”, „Kresy” czy „Czas Kultury” (to ostatnie nieudane). Są tu wydawnictwa drugoobiegowe, jak Nowa, Oficyna Literacka, Krąg i inne. Duży biogram mają wreszcie Włodzimierz Odojewski, Leo Lipski i kilku innych pisarzy, których dotąd pomijano bądź traktowano „z grubsza”. Pojawiają się młodzi twórcy, choć w wyborze bardzo dyskusyjnym. Ważną rolę pełnią hasła rzeczowe, np. krytyka literacka, literatura popularna. Jest hasło Instytut Badań Literackich PAN. Rzecz wydaje się więc niezwykle przydatna studentowi polonistyki, czytelnikowi zainteresowanemu głębiej literaturą. A jednak... Nowość omawianej książki jest pozorna, fasadowa. Spod makijażu wyziera znane z dawnych lat, niemiłe oblicze. Hasło Ireny Sławińskiej o Miłoszu zostało tylko nieznacznie uzupełnione, wobec liczby książek, jakie wydał Miłosz przez tych 15 lat. Hasła Jana Błońskiego o Gombrowiczu, w porównaniu z edycją sprzed półtorej dekady, nie zmieniono zupełnie. Czyżby tamten tekst, pisany pod cenzurą, miał być doskonały? Hasło Ryszarda Handkego o fantastyce naukowej kończy się na Lemie! Tymczasem po Lemie powstała w polskiej fantastyce cała wielowątkowa epoka. Nie zauważyli tego jednak nasi literaturoznawcy. Makijaż wielu haseł jest irytująco powierzchowny. Pisząc o felietonie, do starych PRL-owskich publicystów dołożono Pilcha i Stasiuka sądząc, że to załatwia sprawę. Z hasła o grotesce nie można się dowiedzieć niczego konkretnego o powojennych jej realizacjach. Ale najbardziej irytuje brak reinterpretacji literatury PRL-owskiej. W książce została utrwalona cała stara gwardia: Machejek, Hołuj, Marcjanna Fornalska, Czeszko, Bratny opisywani tak, jakby ostatnich 10 lat było tylko snem, z którego na powrót obudziliśmy się w środku PRL-u. Okazuje się przy tym, że nie było w Polsce komunistów. Proszę zajrzeć do biogramów pisarzy będących jednocześnie działaczami komunistycznymi. Wszędzie: „działacz społeczno-polityczny”. Po co dziś ta nowomowa i to w książce, w której nowomowa jako odrębne hasło jest przedmiotem naukowego rozbioru? Nie przeczytamy też, przynajmniej w omawianym tu pierwszym tomie, o zakłamaniu prozy krajowej pod komunizmem. Pozostały nadal obszerne hasła poświęcone różnym Kordianom i chamom, Ojczyznom (powieść Wandy Wasilewskiej o „rodzeniu się chłopskiej świadomości klasowej” – cokolwiek miałoby to oznaczać). Rozumiem, że takie utwory powstawały, że przez komunistów były hołubione, ale co, na Boga, robią we współczesnej historii literatury, w encyklopedycznym wydawnictwie, gdzie osobnych haseł nie mają często książki naprawdę wartościowe? Na porządne opisanie i podsumowanie literatury polskiej XX wieku przyjdzie nam poczekać dłużej niż się dotąd wydawało. (fig) Literatura polska XX wieku. Przewodnik encyklopedyczny, red. A. Hutnikiewicz, A. Lam, t. 1: A-O, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2000.
W świecie Czerwonej Królowej
Pierwszym, który obwieścił istnienie Czerwonej Królowej światu (poza Lewisem Carrollem oczywiście) był Leigh Van Halen z Uniwersytetu w Chicago. Biolog ten odkrył, że prawdopodobieństwo, iż jakaś rodzina zwierząt wyginie nie zależy od tego, jak dawno temu pojawiła się ona na świecie – gatunki ani nie radzą sobie lepiej w miarę upływu czasu, ani nie niedołężnieją z wiekiem, jak to się dzieje z pojedynczymi osobnikami. Stąd Van Halen wysnuł wniosek, że walka o egzystencję w procesie ewolucji nigdy nie staje się łatwiejsza. Niezależnie od tego, jak dobrze dany gatunek zaadaptuje się do otoczenia, nigdy nie może „spocząć na laurach”, ponieważ jego rywale i wrogowie też się przystosowują do nowych warunków. Przeżycie jest grą o sumie zerowej. Czerwona Królowa biegnie, ale tkwi w tym samym miejscu. Według teorii Czerwonej Królowej, płeć nie ma nic wspólnego z adaptacją do świata nieożywionego – z powiększeniem rozmiarów ciała, kamuflażem, odpornością na zimno czy zdolnością latania. Wiąże się wyłącznie z walką z wrogiem, który nie ustaje w boju. Tymi wrogami są pasożyty, drapieżniki i rywale. Szczególnie pasożyty, które wraz ze swymi gospodarzami są splecione w nierozerwalnym uścisku ewolucyjnym. Im więcej sukcesów odnoszą pasożyty, tym bardziej szanse ich gospodarza na przeżycie zależą od efektywności jego mechanizmów obronnych. Im lepsza obrona, tym bardziej dobór naturalny będzie promować pasożyty, które potrafią ją ominąć (...) To prawdziwy świat Czerwonej Królowej, w którym nie można zwyciężyć, w którym zyskuje się jedynie odrobinę wytchnienia. Jak organizmy bronią się przed pasożytami? Są trzy metody: poprzez szybki wzrost i podział, poprzez system immunologiczny bądź obronę chemiczną oraz poprzez rozmnażanie płciowe. Jest to jedna z odpowiedzi na pytanie, po co gatunkowi ludzkiemu w ogóle potrzebna jest płeć. Obdarzona płcią jednostka wydaje potomstwo, które ma większą szansę na przetrwanie, niż potomstwo osobnika rozmnażającego się dzięki klonowaniu. Rozmnażanie płciowe jest na pewno związane z odpornością na choroby. Organizmy potrzebują go, aby ich geny znajdowały się o krok przed pasożytami. Ale czy z punktu widzenia biologii tylko po to płeć jest potrzebna? Oczywiście, nie. Po więcej dogłębnie, lekko i dowcipnie podanych informacji na ten, jakże fascynujący temat, odsyłam do książki. Autor, swobodnie poruszając się w granicach nakreślonych zarówno przez historyków, jak i biologów, błyskotliwie podsumowując naukowe dyskusje na temat ewolucji i płci, ze swadą udziela odpowiedzi na tak interesujące pytania, jak: dlaczego ludzie nie są hermafrodytami?, czy dominujące kobiety rodzą synów?, czy miłość jest racjonalna?, albo też: czy młodość zawsze piękność znaczy? Przy czym, jak sam zaznacza, nie ma wątpliwości, że jego odpowiedzi nie są ostateczne. Jednakże na drodze do ostatecznego zrozumienia natury ludzkiej dopóki pytamy „dlaczego”, mamy przed sobą naprawdę szlachetny cel. Dla mnie – popularnonaukowa książka ubiegłego roku. (kpuch) Matt Ridley, Czerwona Królowa. Płeć a ewolucja natury ludzkiej, tłum. Józef J. Bujarski, Alexandra Milos, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 1999, seria: Nowe Horyzonty.
Hmmm??
Filozofowie od wieków wiodą spór o to, czy ufać zmysłom – czy to, co postrzegamy, jest realnym światem, czy tylko tworem naszego umysłu. John R. Searle z całą powagą (na kilkudziesięciu stronach) odpiera zarzuty przeczące realizmowi zewnętrznemu, choć swojej intuicji istnienia świata nie umie dostatecznie udowodnić – przyjmuje ją a priori, nazywając Podłożem. Może brak mi filozoficznego zacięcia, ale idealistom poleciłbym test trzech kroków: gdy mamy wątpliwości, czy drzewo, które widzimy, istnieje naprawdę, stajemy przed nim w odległości trzech kroków, pochylamy się i energicznie posuwamy się do przodu... Interesujące wydają mi się spostrzeżenia nt. religijności współczesnego człowieka. Jesteśmy, jak twierdzi Searle, poza ateizmem. To, co przez wieki zajmowało umysły, istnienie Boga, znajduje się dziś poza głównym nurtem intelektualnych dociekań. Dokonaliśmy demistyfikacji świata i gdyby miało się okazać, że Bóg istnieje, byłoby to dla nas faktem takim samym, jak wszystkie inne. Do czterech podstawowych sił we Wszechświecie: grawitacji, elektromagnetyzmu, słabych i silnych oddziaływań jądrowych, dodalibyśmy piątą siłę, Boską. Filozof z Kalifornii proponuje, by, pochylając się nad fenomenem umysłu, odrzucić zarówno dualizm, jak i materializm. Oscylując w praktyce między tymi stanowiskami zauważa, iż świadomość nie jest czymś niezależnym od ciała (czego dowodem są przypadki patologiczne, gdy na skutek uszkodzeń mózgu zachodzą zmiany w świadomości), jak też nie jest tylko funkcją centralnego układu nerwowego (jak wytłumaczyć istnienie wolnej woli?). Prof. Bohdan Chwedeńczuk, tłumacz pierwszej wydanej w Polsce książki Searle’a (Czynności mowy), w recenzji zamieszczonej na łamach internetowego „Latarnika” (http://www.latarnik.pl) zarzuca autorowi, że takie postawienie sprawy do niczego nie prowadzi i trudno je traktować jako teorię filozoficzną. Jeśli bowiem świadomość to osobliwość – znów mamy duszę; jeśli zaś świadomość to odrośl mózgu – mamy tylko ciało. I jesteśmy tam, gdzie od bardzo dawna jesteśmy. Umysł, który tak trudno poddać ontologicznej refleksji, spełnia szereg funkcji – przez swą intencjonalność (innymi słowy: przez to, że mamy coś na myśli) umożliwia nam nawiązanie kontaktu ze światem zewnętrznym. Searle zauważa, iż termin intencjonalność, zaczerpnięty od Kanta, nie jest komunikatywny, w dalszej części wykładu (jak się zarzeka, adresowanego do laików) sam nie uniknął jednak enigmatyczności: tworząc wypowiedź nadajemy warunki fortunności warunkom fortunności. Searle’a mimo wszystko warto czytać. Stawia on ważkie pytania, choć odpowiedzi wydają się często zawiłe i niejednoznaczne. No cóż, autor niejednokrotnie wspomina, iż bolał go właśnie palec u nogi. (skg) John R. Searle, Umysł, język, społeczeństwo, tłum. D. Cieśla, Wydawnictwo CiS, Warszawa 1999, seria: Master Minds.
Mowa i ciało
Eseje, jak przystało na ten gatunek wypowiedzi, są raczej zbiorem intuicji poznawczych Merleau-Ponty’ego, aniżeli jakąś spójną analizą filozoficzną. Szczególnie interesujące są refleksje na temat „mowy ciała” jako ekspozycji „gestu” przenoszącego, ale zarazem „będącego sensem”, to rozwinięcie zakresu pojawiania się słowa. Filozof podąża tutaj nieprzetartą drogą ponownego umieszczenia rozważań w orbicie konkretnego ludzkiego ciała. Ponadto samo ciało mówi, ciało posiada intencję i znaczenie, posiada również jakieś „zalążki” pamięci, jest substancją mowy poprzez postrzeganie, przez szczególnego rodzaju gesty o odmiennych znaczeniach w odmiennych kulturach. Mamy wgląd w teorię filozoficzną, która stała się podwaliną pod współczesne, wolne od filozoficznych dociekań podręczniki mimiki, gestów i układów ciała oraz ich sensów, swoistej mowy. Niestety, z perspektywy 50 lat, liczne zawarte tu refleksje pobrzmiewają anachronicznie. To, co jest u Merleau-Ponty’ego odkrywcze, ale zarazem ledwie wskazane, chaotyczne i nieprecyzyjne, np. w dziedzinie „operacji warstw językowych”, znane jest polskiemu czytelnikowi z systematycznych i wyczerpujących prac Romana Ingardena. Przykłady można by mnożyć. Jednym słowem, te ożywcze niegdyś eseje, z perspektywy półwiecznego rozwoju nauki i niezwykłej kariery językoznawczej, która od tego czasu stała się również domeną filozofii, posiadają w większości wartość historyczną. Na szczęście Merleau-Ponty pozostawił swym rozważaniom klauzulę uniwersalności. Zgodnie z powołaniem filozofa poszukuje słowa, które ogarnęłoby całość. Z tej gry z totalnością, co powoduje, że autor posługuje się stylistyką o silnej proweniencji poetyckiej, rodzi się szczególne rozumienie człowieka i komunikacji. Jak mogłoby istnieć jakieś zewnętrzne ujęcie tej całości, którą jestem? Z jakiego punktu mogłoby zostać wykonane? A to właśnie zdarza się, gdy ktoś drugi pojawia się przede mną, coś jeszcze przyłącza się do nieskończoności, którą byłem, wyrasta jakaś odrośl, rozdwajam się, ten drugi jest z mojej substancji, a jednak nie jest mną. Jak to możliwe? [...] Jakże mogę widzieć coś, co zaczyna widzieć? Tym, co na pewno przetrwało jako oryginalny dorobek Merleau-Ponty’ego, jest ta właśnie „filozofia dwuznaczności”, ta próba scalenia rozpękniętych światów, będących pierwotną jednią, przy nieustannym utrzymywaniu rozpęknięcia, miliardów monad ludzkich istnień. Jest to więc filozofia aktywności, nieustannej kreacji, aby „niewykończony Byt urzeczywistnić w ludzkim słowie” i dopełnić. P.Z. Maurice Merleau-Ponty, Proza świata. Eseje o mowie, wybór i wstęp Stanisław Cichowicz, tłum. Ewa Bieńkowska, Stanisław Cichowicz, Joanna Skoczylas, Wyd. CZYTELNIK, Warszawa 1999, seria: Nowy Sympozjon.
Książki nadesłane
|
|
|