|
|
|
Leszek Szaruga Jak wiadomo, żyje dziś na świecie tylu naukowców, ilu żyło w całej ludzkiej historii. W tej sytuacji jest rzeczą możliwą, iż wiekopomne odkrycia i wiele obiecujące badania ujdą w tym tłoku uwagi zainteresowanych. Nie ma takiej możliwości, by ktokolwiek był w stanie ogarnąć całość, mimo niewątpliwie wielkiego zaangażowania ludzi działających na pograniczach poszczególnych dziedzin. Nie mówiąc już o popularyzatorach osiągnięć naukowych, którzy co prawda spłycają głęboką wiedzę, wszakże jednocześnie przyczyniają się do jej upowszechnienia tak, iż każdy, kto jest rzeczywiście zainteresowany, może odnaleźć drogę do źródeł. Tyle tylko, iż tych źródeł jest coraz więcej, a nic nie wskazuje na to, by zbiegały się one w jeden wielki nurt ludzkiej samowiedzy. Wiemy też, że do owego głównego nurtu docierają dopływy zatrute mniej lub bardziej świadomymi zafałszowaniami – od czasu do czasu obiegają prasę wiadomości o celowo, głównie dla pieniędzy, produkowanych pseudoodkryciach. Ich weryfikowanie jest coraz trudniejsze, nie można zatem wykluczyć, że kierują one niejednokrotnie główny nurt w koryta dalszemu rozwojowi nie sprzyjające (mówi się wtedy o „wpuszczaniu w kanał”). Szarlatanerii w nauce nigdy nie brakowało, wszakże i tu trzeba być ostrożnym, zdarzało się bowiem również, że po latach to, co uznawano za szarlatanerię, okazywało się wyprzedzającą zdolność pojmowania współczesnych umiejętnością rzeczywistego rozszyfrowywania prawdy. Łatwiej, rzecz jasna, dochodzić swego w sferze badania materii, dużo trudniej czynić to w dziedzinach tradycyjnie uznawanych za duchowe, gdzie narzędzia pozwalające oddzielać ziarno od plewy są wciąż jakby nie dość precyzyjne. I choć ciągle na nowo podaje się w wątpliwość ów rozdział naukowego ciała i ducha, na razie wciąż wydaje się dość oczywiste, że to, co dzieje się w takich dziedzinach badawczych, jak fizyka, chemia lub astronomia, sprawdzić się daje, natomiast ustalenia czynione w poznawaniu ludzkiej mowy czy przestrzeni sztuki, a choćby i rzeczywistości tworzonej przez psychikę ludzką, mają charakter na swój sposób „umowny”. Przyznam, że jako humaniście trudno mi zdobyć przekonanie o trwałości rezultatów prowadzonych tu rozpoznań. Więcej nawet, nie jestem pewien, czy zachowują one jakąś ciągłość. Tym bardziej, iż z biegiem czasu powiększa się wielość punktów widzenia, zaś kolejne doktryny następują po sobie z oszałamiająca prędkością. Może tak być musi, jednakże ów stan rzeczy sprawia, iż większość mych koleżanek i kolegów coraz bardziej nerwowo usiłuje odnaleźć w chaosie sądów i teorii jakiś w miarę stały punkt odniesienia, druga zaś większość – że posłużę się paradoksalnym terminem – rzuca się w bezmiar nowości zgoła bezkrytycznie przyjmując wszystko, co wypowiadają coraz bardziej podejrzane autorytety. Przyspieszenie jest ogromne, zaś przyrost „literatury fachowej” przerasta możliwości jej ogarnięcia. Szczególnie wówczas, gdy podejmując pracę nie chce się człowiek pogodzić z wyrokiem wąskiej – coraz węższej – specjalizacji. Wyjściem alternatywnym staje się jednak powierzchowność, skazywanie się na dane „z drugiej ręki”, a więc często interpretacje interpretacji czyichś ustaleń. Mam więc nieodparte wrażenie, że wciąż w szybszym tempie narastająca góra naukowych i naukawych ustaleń zaczyna miażdżyć podstawy wiedzy, jeżeli one rzeczywiście istnieją, gdyż wiele spośród dziś panujących opinii to przekonanie stawia w wątpliwość. Nie można w końcu wykluczyć, że w wątpliwość podane zostanie istnienie samego przedmiotu badania, w końcu nawet badającego podmiotu. Tu już chyba przeszarżowałem. Nie podam przecież w wątpliwość mego własnego istnienia. I to nie tylko dlatego, że lubię „Rozprawę o metodzie” Kartezjusza, lecz i dla tej przyczyny, iż lubię istnienie, choć tak przecież dalekie jest od doskonałości. Rzecz w tym, iż pragnąc mu nadać sens poświęciłem się nie paleniu opium – co może byłoby wyjściem przyjemnym – lecz właśnie temu, co nosi wciąż jeszcze dumne miano nauki. I oto okazuję się bezradny wobec nieogarnionej jej substancji. Bo wiem przecież, że cała nasza wiedza gromadzona przez tysiąclecia stanowi ledwie promil promila tego, co dopiero poznać winniśmy. Ale jednocześnie coraz bardziej mi żal stanu, w którym można było przynajmniej z grubsza orientować się w całości naszego dorobku. Dziś – właśnie w związku z utratą takiej scalającej perspektywy – łatwo wszak ulec swoistemu szantażowi erudycyjnemu, polegającemu na możliwości narzucania twierdzeń niesprawdzalnych, nieweryfikowalnych. Być może doprowadzi to do powstania osobnej dziedziny naukowej, której jedynym przedmiotem będzie weryfikowanie ustaleń w dziedzinach specjalistycznych. Ale i ta dziedzina winna wszak być poddawana sprawdzianowi, wytworzą się zatem systemy metaweryfikujące. I tak dalej, aż do chwili, gdy okaże się, że nie ma czego weryfikować, gdyż zarówno przedmiot sprawdzany, jak i narzędzia sprawdzające uznane zostaną za, jak mawiał Wiech, „optyczne złudzenie ludzkiego oka”. Otóż mam nieodparte wrażenie, że tak się w końcu stać musi. Bo choć rozwój nauki owocuje pięknie użytecznymi przedmiotami – jak choćby komputer i sieć, przy pomocy której zaraz ten felieton wyślę – to ubocznym tego rozwoju produktem staje się chaos, w którym użyteczne narzędzia egzystują. Nauka zniesie się sama, gdyż takiej, jaka jest, znieść już sama nie może. Zaś znosząc się i przepoczwarzając pozostanie sobą, gdyż taka jest natura każdej, choćby nie wiadomo jak skokowej zmiany. Jedno zdaje się nie ulegać wątpliwości: jakiś wielki przewrót nas już niebawem oczekuje. Być może będzie to wspaniały kolaps, zapadnięcie się ku jakiemuś centrum tej rozrośniętej nad wszelką już wytrzymałość bani twierdzeń, teorii, sądów, mniemań, życzeń, przesądów i mnożących się fałszów. |
|
|