Ustawa pełna niespodzianek
Poprzedni Następny

 

Przebieg dyskusji na temat przedstawionego 18 stycznia przez Ministerstwo 
Edukacji Narodowej projektu ustawy „Prawo o szkolnictwie wyższym” 
świadczył, że takich rozwiązań się nie spodziewano.

Piotr Kieraciński

Fot. Piotr Kieraciński

Od lewej: wiceminister 
W. Książek, prof. A.Pelczar, 
prof. A. Bałanda, dr K. Pawłowski

Spotkanie Rady Konsultacyjnej ds. Reformy Edukacji Narodowej, które odbyło się 16 lutego, poświęcone było systemowi szkolnictwa wyższego. Jako pierwszy wystąpił minister Mirosław Handke, który przedstawił najważniejsze założenia projektu nowego Prawa o szkolnictwie wyższym. Minister zaznaczył, że prace nad tą ustawą trwają już od kilku lat, a obecny projekt jest już ósmym z kolei. Okazało się, że reformowanie szkolnictwa wyższego jest znacznie trudniejsze od reformowania niższych szczebli systemu edukacji. Profesorowie szkół wyższych są bowiem zbiorem indywidualności, którym niełatwo osiągnąć porozumienie. Proponowana ustawa ma zastąpić trzy istniejące dotychczas akty prawne: ustawę o szkolnictwie wyższym, ustawę o wyższych szkołach zawodowych oraz ustawę o wyższym szkolnictwie wojskowym. Postanowiono z niej wyłączyć zagadnienia dotyczące stopni i tytułu naukowego, gdyż budziły one najwięcej emocji. Minister podkreślił, że projekt noszący datę 18 stycznia został opracowany przy współpracy KRASP i Parlamentu Studentów.

Prof. Handke szczegółowo uzasadnił potrzebę stworzenia nowego prawa o szkolnictwie wyższym. Zwiększyła się co prawda liczba studentów, jednak ponad połowa z nich musi płacić za kształcenie. Bardzo mało jest studentów ze wsi i małych miasteczek. Powstała duża liczba uczelni niepaństwowych, ale poziom wielu z nich jest żenująco niski. Tymczasem nie ma żadnego mechanizmu umożliwiającego kontrolę tych uczelni, ewentualne ich zamknięcie czy cofnięcie pozwolenia na prowadzenie działalności edukacyjnej. Wzrostowi liczby studentów i szkół wyższych nie towarzyszył należyty rozwój kadry akademickiej. Jako kuriozum minister Handke podał fakt, że uczelni kształcących na kierunku zarządzanie i marketing jest w naszym kraju więcej niż profesorów tej specjalności.

AUTONOMIA I PIENIĄDZE

Nowe prawo ma zintegrować całe szkolnictwo wyższe. Proponuje ono jednak podział uczelni na trzy kategorie. Najwyższa to uczelnie uniwersyteckie o ogromnej autonomii. Do kolejnej należałyby uczelnie akademickie, przy czym podwyższono kryteria akademickości. Uczelnia akademicka to w myśl projektu taka, która posiada uprawnienia do doktoryzowania, co wyłączyłoby z tej grupy uczelnie niepubliczne, z wyjątkiem WSPiZ im. L. Koźmińskiego. Ostatnią kategorię stanowiłyby uczelnie zawodowe. Tu mieściłyby się wszystkie szkoły wyższe nie spełniające kryterium przynależności do pozostałych grup.

Nowe prawo nadawałoby ministrowi edukacji większe uprawnienia w zakresie kontrolowania działalności szkół wyższych aż do cofnięcia zezwolenia na działalność, cofnięcia zezwolenia na prowadzenie działalności poza siedzibą szkoły, kontroli sposobu wydatkowania pieniędzy budżetowych, zlecania zadań edukacyjnych (uczelnie publiczne nie mogłyby odmówić wykonania takich zleceń). Minister uznał, że propozycja, aby liczbę kształcących się na bezpłatnych studiach wyznaczać na podstawie możliwości budżetu państwa, jest najsensowniejszym z zaproponowanych dotychczas rozwiązań. Zauważył też, że oznacza ona, iż także 30 proc. miejsc na studiach zaocznych byłoby bezpłatnych. Projekt zawiera także propozycję zwiększenia płac nauczycieli akademickich: punktem wyjścia byłaby minimalna płaca asystenta, określona na poziomie średniej płacy w gospodarce narodowej. Nie ma tu górnego limitu płac, jak obecnie. O wysokości wynagrodzeń decydowałyby same uczelnie. Odchodzi się od pensum dydaktycznego, jako wyznacznika etatu. Uczelnia sama będzie określała, na jakich warunkach ma pracować wykładowca. Urlop pracownika naukowego ma trwać 36 dni roboczych, a więc dłużej niż obecnie. System stypendialny ma być powszechny. 5 proc. pobieranego od studentów czesnego uczelnie miałyby przeznaczać na uczelniane fundusze stypendialne.

DWUGŁOS O RADZIE

Prof. Woźnicki, przewodniczący KRASP, poparł projekt w całości i zaproponował, aby autorzy kolejnych wypowiedzi zadeklarowali ewentualne poparcie wniosku o skierowanie projektu do Sejmu. Za najważniejsze rozwiązanie prof. Woźnicki uznał propozycję utworzenia powszechnego systemu oceny jakości kształcenia. Przypomniał, że projekt zakłada, iż obecna Rada Główna Szkolnictwa Wyższego zostałaby przekształcona w plenarną część przyszłej Rady Głównej Akredytacyjnej. Oceną poszczególnych wniosków akredytacyjnych zajmowałyby się zespoły specjalistów, powoływane przez ministra edukacji. Głównym ciałem doradczym MEN w sprawach kształtowania polityki edukacyjnej miałoby być Prezydium KRASP. Prof. Woźnicki podkreślił, że pozostawienie tylko jednego organu doradczego ma poprawić skuteczność prowadzenia polityki państwa w zakresie szkolnictwa wyższego. Prof. Woźnicki wskazał, iż w Europie to konferencje rektorów są reprezentantami środowiska akademickiego wobec ministra. Wyraził też nadzieję, że uda się „zbilansować stanowiska i uzgodnić wspólną wersję projektu”.
Prof. Andrzej Pelczar, przewodniczący Rady Głównej na wstępie zauważył, że intencją Rady jest przyjęcie projektu. Wyraził zaskoczenie zaproponowanym kształtem ustawy. Oczywiście, największy niepokój przewodniczącego Rady Głównej wzbudził projekt podziału funkcji między KRASP i RG. Przewodniczący RG wskazywał na niemożność organizacji pracy konferencji rektorów w taki sposób, w jaki zorganizowana jest praca RG. Przewodniczący chciałby, aby RGA uzyskała prerogatywy podobne do prerogatyw rektorów, motywując to m.in. znacznie większą reprezentatywnością Rady. Zauważył też, że faktycznie pracowałoby Prezydium KRASP, a nie cała konferencja rektorów. – Wiem, że nie wszyscy rektorzy są za takim podziałem funkcji między Prezydium i Zgromadzeniem Ogólnym KRASP – powiedział prof. Pelczar. Poważne zaniepokojenie przewodniczącego RG wzbudził zapis mówiący, że minister może kontrolować „prawidłowość wydatkowania środków publicznych”. Zdaniem Rady, powinno się tam jasno stwierdzać, że chodzi o kontrolę celowości wydatkowania pieniędzy budżetowych. Słowo „celowość” znikło z projektu na stanowczy wniosek rektorów.

O NAS BEZ NAS

Nacechowane goryczą było wystąpienie dr. Krzysztofa Pawłowskiego, rektora WSB-NLU i wówczas jeszcze przewodniczącego Konferencji Rektorów Uczelni Niepaństwowych. Wyraził on żal, że reprezentanci tej grupy szkół wyższych, które kształcą już 30 proc. studentów, nie zostali zaproszeni do prac nad ustawą. Rektor Pawłowski zapytał, na jakiej podstawie uznano, że studia podyplomowe może prowadzić jedynie uczelnia akademicka, czy przeprowadzono jakieś badania, które dałyby podstawę do umieszczenia kształcenia podyplomowego jedynie w uczelniach akademickich? Wtórował mu przedstawiciel Krajowej Izby Gospodarczej. Powołał się on na doświadczenia środowiska menedżerskiego, które jest głównym adresatem i odbiorcą tego rodzaju usług edukacyjnych. Skoro jest na nie popyt, a ludzie chcą płacić za takie studia, to dlaczego ograniczać dostępność do nich?

Wątpliwości dr. Pawłowskiego budził też brak jednoznacznego stwierdzenia, że akredytacja ma być powszechna. Pewne zapisy dotyczące tzw. uczelni uniwersyteckich mogą, jego zdaniem, sugerować, że nie będą one musiały poddawać się procedurze oceny jakości kształcenia. Wątpliwości te próbował rozwiać prof. Jerzy Zdrada, stwierdzając, że poddanie się ocenie jakości kształcenia będzie obowiązywało wszystkie uczelnie. Rektor Pawłowski ostrzegł też, że przekazanie całości uprawnień doradczych Prezydium KRASP może spowodować długotrwały konflikt. Zauważył, że proponowany sposób ustalania limitów przyjęć na studia wcale nie oznacza poprawy dostępności do usług edukacyjnych na poziomie wyższym. Ograniczy on bowiem dostęp absolwentom szkół średnich ze wsi i małych ośrodków. Natomiast poprawi dostęp do bezpłatnego szkolnictwa młodzieży z dużych miast. Projekt przedstawiony 18 stycznia, zdaniem rektora Pawłowskiego, pogarsza warunki funkcjonowania uczelni prywatnych. Destabilizuje np. ich sytuację finansową, narzucając sporo dodatkowych wydatków. Jednym z nich jest właśnie owe 5 proc. czesnego, które należałoby przeznaczyć na stypendia naukowe. Może to spowodować sytuację, w której czesne wzrośnie o owe 5 proc., a wszyscy studenci dostaną stypendia naukowe w odpowiedniej wysokości. Zdaniem rektora, należy wyłączyć z projektu cały rozdział nakazujący uczelniom tworzenie różnych funduszy socjalnych. Uczelnie publiczne robiłyby to bowiem z pieniędzy budżetowych, natomiast dla prywatnych oznaczałoby to konieczność podniesienia opłat dla studentów, a w rezultacie zmniejszenie dostępności studiów.

Prof. Andrzej Bałanda, fizyk z UJ, a równocześnie rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Nowym Sączu i przewodniczący Konferencji Rektorów Wyższych Szkół Zawodowych zauważył, że projekt należałoby przedstawiać jako projekt KRASP, a nie MEN. – W tym projekcie mówi się o nas, lecz bez nas – stwierdził prof. Bałanda, komentując fakt braku jakichkolwiek konsultacji przy tworzeniu projektu z przedstawicielami uczelni zawodowych. Zauważył, że kształcenie podyplomowe odnosi się także do uzupełniania i aktualizowania wiedzy osób z dyplomami licencjackimi. Jako kuriozum prof. Bałanda podał fakt rezerwowania tytułu „magnificencja” dla rektorów uczelni akademickich.

KTO POPIERA?

Przedstawiciel Parlamentu Studentów wyraził poparcie dla projektu. Studenci dostali chyba więcej niż mogli się spodziewać, w tym gwarancje osobowości prawnej dla Parlamentu Studentów.

Reprezentujący Krajową Sekcję Nauki NSZZ „Solidarność” dr Jerzy Olędzki z Politechniki Warszawskiej stwierdził, że projekt wymaga zasadniczych zmian i jest dla KSN nie do przyjęcia. Zaproponowane rozwiązania inicjują procesy prowadzące do ograniczenia dostępności studiów: – Jesteśmy za wprowadzeniem do Sejmu kilku projektów, które na tym gruncie będą mogły zostać dopracowane. Przeciw temu pomysłowi – chyba słusznie, jeśli spojrzymy na praktykę naszego parlamentaryzmu i możliwość wprowadzenia zmian nieakceptowanych przez środowisko akademickie – protestowali ministrowie Handke i Zdrada. Tego rodzaju projekt powinien, ich zdaniem, powstać w kręgach rządowych i być przez Sejm po prostu przyjęty lub odrzucony. Tworzenie projektu przez parlament nie wróży dobrze reformie systemu szkolnictwa wyższego.

Nikt z uczestników spotkania nie odniósł się do ważnej z formalnego punktu widzenia wypowiedzi prof. Stanisława Grodziskiego z UJ, reprezentującego Polską Akademię Umiejętności. Zauważył on, że przedstawiany projekt nie jest dobrze napisany z punktu widzenia techniki legislacyjnej. Zbyt często wkracza na tereny zarezerwowane tradycyjnie dla rozporządzeń, a nawet uregulowań niższego rzędu – statutowych i regulaminowych. Wiele sformułowań powtarza zapisy np. z kodeksu karnego i jest zbędnych.

Kazimierz Marcinkiewicz, przewodniczący Rady Konsultacyjnej ds. Reformy Edukacji stwierdził, że uczestnicy spotkania powinni przede wszystkim wziąć pod uwagę cele reformy – jak najszerszy dostęp młodych ludzi do szkolnictwa wyższego i podniesienia jakości kształcenia. Jeżeli projekt daje taką szansę, to należy go poprzeć.

Uwagi.