Przeciw zaściankowości w nauce
Poprzedni Następny

 

To, w jakim stopniu bazy danych ISI kształtowane będą nad Wisłą i Odrą, 
zależy od rangi wyników naszych badań i poziomu wydawnictw.

Grzegorz Racki

Niniejszy artykuł poświęcony jest spornemu problemowi odrębności nauki polskiej, wynikającemu z serii polemicznych artykułów prof. Zbigniewa Żmigrodzkiego w „FA” (nr 10/98, 1, 3, 9 i 10/99). Ograniczę się do krótkiego omówienia wybranych problemów związanych z wykorzystywaniem rejestrów bibliograficznych filadelfijskiego Institute for Scientific Information (ISI; „Science Citation Index” – SCI, „Social Sciences Citation Index” – SSCI, „Arts & Humanities Citation Index” – AHCI) w wartościowaniu polskich osiągnięć naukowych. Od razu zastrzegam się, że chodzi mi o wymiar uniwersalny dorobku, zakres jego obecności w światowym obiegu informacji. Hierarchię krajową wyznaczają przecież kolejne stopnie naukowe i tytuł profesorski.

Z chwilą wprowadzenia jasnych reguł finansowania placówek badawczych przez KBN i premiowania jedynie faktycznego dorobku („FA” 4/99), w antyreformatorskiej publicystyce lansowane są mity i półprawdy warte zdemaskowania choćby tylko w kluczowych punktach. Można odnieść wrażenie, że oto „oni” wprowadzają nieprzemyślane lub wręcz błędne wzorce obce, niekorzystne dla polskiej nauki i gospodarki (por. R. Tadeusiewicz, „FA” 10/98). Przypomina to propagandową krucjatę z początku lat 90., skierowaną przeciw przebudowie ustroju ekonomicznego. W notatkach przewodniczącego KBN („FA” 7-8/99) prof. Andrzej Wiszniewski podkreślił fatalną sytuację nauk społecznych (w odróżnieniu od nauk przyrodniczych; por. „FA” 12/99) pod względem międzynarodowej aktywności publikacyjnej. Liczba polskich prac zarejestrowanych w SSCI w latach 1988-92 wynosiła 882, by w pięciolatce 1994-98 zmaleć do 794. Przypadek prof. Żmigrodzkiego – skoro już nabrał rangi wydarzenia ogólnopolskiego – umożliwia przyjrzenie się niektórym aspektom tej niekorzystnej tendencji na reprezentatywnym przykładzie bibliotekoznawstwa, poprzez zaprezentowanie piśmiennictwa bibliologicznego włączonego do baz ISI, a następnie zweryfikowanie tezy o unikatowej tematyce badań kierownika Zakładu Bibliografii i Informacji Naukowej Uniwersytetu Śląskiego, rzekomo wykluczającej możliwość publikowania w periodykach rejestrowanych przez ISI („FA” 9/99).

KTO MANIPULUJE WSKAŹNIKAMI?

Przy krytykowaniu filadelfijskich baz danych na łamy „FA” i niektórych biuletynów uczelnianych powraca motyw przewodni, iż za pozyskiwanymi z nich, pozornie obiektywnymi informacjami, kryją się w istocie eksperci i redaktorzy ISI. A zatem wyroki na polską naukę ferowane byłyby w zaciszu gabinetów nad zatoką Delaware. Prof. Żmigrodzki najtrafniej ujął tę dwuznaczność w komentarzu do artykułu Anety Drabek, ukazującego dorobek filologów UŚ: imponującą liczbę 52 cytowań prof. Ireny Marszakowej-Szajkiewicz tłumaczy tym, że badaczka ta przebywała w ubiegłych latach (...) na stażu naukowym w amerykańskim Instytucie Informacji Naukowej (ISI) – stąd zainteresowanie jej publikacjami przez redakcję SCI miało charakter szczególny („GU UŚ” 9/99). Prof. Jacek Wojciechowski alarmuje natomiast, że filadelfijski instytut rejestruje cytowania dokonywane TYLKO przez Amerykanów („FA” 11/98). W jednej z gazet uniwersyteckich znalazłem jeszcze bardziej kuriozalny pogląd, jakoby wysoka pozycja prac polskich historyków wynikała ze zobowiązań autora rankingu, prof. Andrzeja Kajetana Wróblewskiego, wobec... profesorów Geremka, Gieysztora i Samsonowicza.

Liczba cytowań wynika z częstości uwzględniania prac w literaturze cytowanej w artykułach zamieszczonych w czasopismach rejestrowanych przez ISI. Eksperci tego instytutu istotnie pośrednio zadecydowali o zasobach tych banków danych poprzez wybór czasopism źródłowych. Choć początki SCI sięgają lat 60., to zręby pod „listę filadelfijską” położono ostatecznie 22 lata temu, z chwilą sformowania AHCI. Skład tego coraz bardziej elitarnego klubu czasopism i struktura dziedzinowa baz ISI w pewnym stopniu ewoluują, przy wzroście liczby periodyków do blisko 9 tys. O ile najbardziej opiniotwórcze czasopisma są uwzględniane w prawie każdej pracy z danej dziedziny, to te spoza listy filadelfijskiej pełnią rolę coraz bardziej marginesową (patrz: A.K. Wróblewski, „Sprawy Nauki” 42/98). Na tym jednak wpływ ISI praktycznie się skończył, z wyjątkiem corocznej kilkuprocentowej rotacji w zestawie master journals. Podstawową czynnością w ISI jest jedynie dokumentowanie zawartości indeksowanych periodyków. Ale o tym co jest bibliografowane bezpośrednio decydują redaktorzy i recenzenci starannie wybierający teksty do druku. Za cytowania odpowiadają z kolei autorzy zatwierdzonych prac. Wszyscy polscy (współ)autorzy odpowiadają za ponaddwumilionowy zbiór cytowań w SCI. Co więcej, 35 polskich periodyków jest dziś włączonych do baz filadelfijskich. Od rangi wyników naszych badań i poziomu wydawnictw zależy więc, w jakim stopniu bazy danych ISI kształtowane będą nad Wisłą i Odrą.

Reasumując, często prezentowane są publicznie nie tyle indeksy cytowań, co autorskie wyobrażenia o nich. Dyskretny urok baz ISI wynika z faktu, iż są one wypadkową setek tysięcy indywidualnych decyzji. Na wspomniane 52 cytowania złożyli się badacze z 16 państw, przeważnie z Rosji i Ukrainy, ale też np. z Bułgarii, Francji, RFN, Kanady, Izraela, Chin, Japonii, Iranu i Malezji. Właśnie dlatego wskaźniki aktywności (liczba publikacji) i wpływu (liczba cytowań), wyliczane na podstawie przeogromnych zasobów bibliograficznych ISI (w SCI – 25 milionów zarejestrowanych prac i 250 milionów cytowań) uważane są za wiarygodne, bo ustalone przez światową społeczność naukowców. Maksymalnie rozszerzona podstawa informacyjna nadaje danym statystycznym swoiście jakościowy charakter, toteż odzwierciedlają one standardy i realne zjawiska we współczesnej nauce, a nie szum informacyjny. Wielokrotnie udowadniano ich zbieżność z uznaniowymi ocenami ekspertów, np. ostatnio dla brytyjskich wydziałów biznesu i zarządzania. Prawie wszyscy nobliści z kręgu nauk przyrodniczych i społecznych gościli na listach ISI najbardziej wpływowych prac. Naukometryczna interpretacja wskaźników z baz ISI wymaga jednak dużej ostrożności, np. ograniczania wniosków do możliwie jednorodnych tematycznie pól badawczych oraz zbliżonych typów zespołów i placówek badawczych (por. „FA” 9/98).

BIBLIOTEKOZNAWSTWO W SSCI

Deklarowanym celem ISI jest pełne pokrycie obszaru tematycznego światowej nauki. Wiele działów zostało jednak potraktowanych „po macoszemu”, szczególnie w naukach filologicznych i naukach o sztuce, co nadaje wskaźnikom z AHCI charakter pomocniczy. Są to jednak poniekąd zrozumiałe wyjątki od reguły i powody tworzenia przez UŚ bazy danych polskiej literatury humanistycznej („FA” 12/99). W naukach społecznych sytuacja jest lepsza. Bibliologia jest zaś traktowana w USA jako dział nauk społecznych i uwzględniona w SSCI. W „Journal Citation Reports” (JCR) 1997 do działu „Information Science & Library Science” zaliczono 56 czasopism. Co najmniej 23 z nich reprezentują bibliotekoznawstwo (według aktualnego wykazu, na stronie internetowej ISI – nie mniej niż 30; patrz: www.isinet.com).
Dla porównania: całe nauki prawne obejmują grupę 105 czasopism, językoznawstwo i lingwistyka – 80 (łącznie SSCI i AHCI), nauki polityczne – 73, filologia klasyczna – 37, archeologia – 24, a filologia słowiańska – tylko 7. Wiele złego można powiedzieć o ISI, ale akurat bibliotekoznawstwo nie jest jakoś szczególnie dyskryminowane. Notabene, zbliżoną wielkość mają niektóre rzekomo uprzywilejowane dyscypliny nauk przyrodniczych w SCI: uprawiana przeze mnie paleontologia liczy raptem 24 periodyki, geografia – 20 (i 31 w SSCI), geologia – 30. Faktem jest, że na liście filadelfijskiej ponad połowę czasopism bibliologicznych stanowią tytuły amerykańskie. Mniej lub bardziej „zamerykanizowane” w ISI są jednak wszystkie dyscypliny, nawet jeśli rady redakcyjne czasopism skupiają autorytety z całego świata.

NIE DLA NAS „LIBRARY QUARTERLY”?

Na stronie internetowej UŚ w książce teleadresowej prof. Żmigrodzki tak podsumował swoje zainteresowania: organizacja pracy bibliotecznej (systemy biblioteczno-informacyjne w szkołach wyższych), organizacja i metodyka informacji naukowej, bibliografia regionalna, profesjologia biblioteczna (etyka zawodowa); najważniejsze publikacje (wyłącznie po polsku) dotyczą m.in. patologii bibliotecznej oraz etosu zawodu bibliotekarza w epoce przemian. Bez trudu znalazłem w SSCI periodyki otwarte na powyższą, całkiem kosmopolityczną tematykę. Bliżej przedstawię dwa z nich, przy czym kwartalnik Uniwersytetu w Chicago, „Library Quarterly”, należy do najbardziej wpływowych. Publikowane są w nim obszerne prace poświęcone bibliotekarstwu i pokrewnym zawodom, czytelnictwu, organizacji oraz historii bibliotek i ośrodków informacji, bibliografii, teorii i zarządzaniu informacją itd. Choć liczba takich poważnych artykułów nie przekracza 15 rocznie, to zamieszczanych jest cztery razy więcej opracowań recenzyjnych. Zakres tematów wahał się ostatnio od zagadnień epistemologii i copyright po rozwój sieci bibliotecznej w XIX-wiecznej Rosji i... w Armii Czerwonej. Ponad 85 proc. autorów pochodzi zza Atlantyku, ale w ostatnich latach pisywali tam też bibliolodzy z Botswany, Kenii, Indii, Rosji, RPA, Izraela i Korei Południowej. Z pewnością przebicie się z publikacją do tego czasopisma jest dużym sukcesem. I wśród geologów jednak nobilitacją jest zaistnienie, choćby zespołowo, w prestiżowych periodykach z USA: „Geology”, „Paleoceanography” i „Paleobiology”.

Łatwiej dostać się na łamy czasopism europejskich, choćby z definicji do „International Information & Library Review”, a zwłaszcza do wydawanego w RFN „Libri”. Rocznie ukazuje się w nim 25-30 artykułów poświęconych wszelkim problemom służb bibliotecznych i informacji naukowej na świecie. Obsada autorska pochodzi z wszystkich kontynentów (z 44 państw w latach 1992-99) i można tu znaleźć teksty rodem z Zambii, Namibii, Malezji, Tajwanu, Papui – Nowej Gwinei oraz Wenezueli. Zaskakująco mało jest w „Libri” publikacji z państw postkomunistycznych – tylko z Węgier, Słowacji i Słowenii (o bibliotekach w społeczeństwie doby transformacji). Wiele artykułów ma charakter informacyjno-regionalny, ale często poruszane są też kwestie edukacji oraz przyszłości bibliotekarstwa i elektronicznych źródeł informacji. Niedawno ukazało się (nr 48/2, 1998) optymistyczne podsumowanie zastosowań indeksów cytowań, autorstwa założyciela ISI dr. Eugene Garfielda, z sugestią tworzenia „Book Citation Index”.

A zatem, co stoi na przeszkodzie, żeby znany polski bibliotekoznawca z tytułem profesora publikował wyniki swoich badań w czasopismach z listy filadelfijskiej? Sztuka ta udaje się w ogóle niewielu polskim specjalistom z tego kręgu tematycznego. W latach 1993-97 ukazało się tylko 14 takich artykułów. Polski zbiór to zaledwie 0,13 proc. puli światowej. Dla historii ten wskaźnik aktywności wynosił 0,72 proc. (ale głównie dzięki indeksowaniu „Acta Poloniae Historica”), dla językoznawstwa i lingwistyki – 0,48 proc., archeologii – 0,39 proc., zarządzania – 0,35 proc., podczas gdy np. dla fizyki – aż 3,16 proc.

Złożone uwarunkowania rozwoju nauk społeczno-humanistycznych w Polsce i zakres ich swoistości były często omawiane (np. A. Mencwel oraz B.M. Wincławska i W. Wincławski, „Zagadnienia Naukoznawstwa” 31/3-4, 1995; W. Suleja, „Sprawy Nauki” 46/99; H. Samsonowicz, „Nauka” 2/99). Trudno oprzeć się wrażeniu, iż w jakimś stopniu aktualna jest diagnoza Wydziału I Nauk Społecznych PAN („Nauka” 2/95): W szeregu dziedzin (...) dominował i – siłą bezładu [sic! – G.R.] – przeważa nadal polonocentryzm, który generuje konserwatyzm metodologiczny, zaściankowość w tematyce badań oraz w ich rezultatach. Przezwyciężenie tego stanu rzeczy, wciągnięcie tych dziedzin w szerszy, ponadnarodowy obieg życia naukowego jest pilną potrzebą naszej nauki (...). Do priorytetów należy zaliczyć zwiększoną troskę o publikacje polskich prac w czasopismach i wydawnictwach zagranicznych. W świetle wysokiej samooceny, m. in. i bibliologów („Nauka” 2/95, s. 141), dużą rolę w ograniczaniu aktywności międzynarodowej muszą jednak odgrywać czynniki pozamerytoryczne.

PATOLOGICZNA ANGIELSZCZYZNA

Z publicystyki prof. Żmigrodzkiego wynika wprost jeden powód subiektywnej natury, hamujący międzynarodową ekspansję wszelkich polskich prac. W artykule w „FA” (nr 3/99) znalazł się taki passus: Doszło tu i ówdzie do wprost patologicznych postulatów względem pracowników uczelni, aby się uczyli specjalnie angielskiego i publikowali po angielsku, bo jedynie to zapewnia wysoką punktację w świetle kreowanego na wyrocznię SCI. A dalej: Hołdowanie hasłu „publikować lub umrzeć”, uzupełnionemu jeszcze „twórczo” poprzez wyrażenie „publikować w języku angielskim”, jest kompletnym nonsensem. Dogmat obecnej polityki rządowej „publikuj w klasowych periodykach lub zgiń” może i nie zawsze jest słuszny, ale reguła przeciwna („nie publikuj i trwaj jako uczony”) zawsze będzie błędna. Publikowanie nie jest przecież celem samym w sobie czy przepustką do kariery, ale cząstką, jaką wnosimy w spadku przyszłym pokoleniom. Jako naukowcy żyjemy dopóty, dopóki nasi następcy zechcą twórczo wykorzystywać nasz dorobek.

Niektórzy badacze twierdzą, iż wolą współpracować z wydawnictwami zagranicznymi lepszymi niż periodyki doceniane przez ISI. Zapewne nie wszystkie z tych ostatnich zasługują na miano renomowanych. Ale czasem opłaca się być oportunistą i napisać do czegoś „gorszego”, skoro już sponsor (czytaj KBN) od nas tego wymaga. Z drugiej strony, przy braku alternatywnych propozycji, samo fetyszyzowanie odrębności tematycznej nauki polskiej jest – jak wykazałem na przykładzie bibliologii – nadużyciem. Tym bardziej, że jego pośrednim efektem może stać się zwodnicza dla adeptów nauki teza „łatwiej znaczy lepiej”. Prawdziwe przyczyny zatroskania i rejtanowskich gestów pomaga ustalić kłopotliwy (na ogół) test autorstwa prof. Wiesława Jędrzejczaka: Przeciwniku wskaźnika cytowania, podaj swój wskaźnik! („Gazeta Lekarska” 5/97). Prof. Józef Kalisz wykazał, że – niezależnie od intencji – zarzut tendencyjnego premiowania publikacji zagranicznych i propagowanie samoizolacji trącą nostalgią za minioną epoką („Sprawy Nauki” 44/98). Cóż, każda reforma jest robiona dla kogoś i przeciw komuś...

Problemy wydajności naukowej i optymalnego wykorzystania coraz mniejszych dotacji mają wymiar światowy, często goszcząc w „Nature” i „Science”. Jak wynika z ostatnich wypowiedzi prof. Wiszniewskiego w „FA” (nr 7-8 i 9/99), naczelne hasło rządowej polityki naukowej niezmiennie brzmi: stawiamy na międzynarodową konkurencyjność i efektywność badań. Warto wiedzieć, że konstruktywne stanowisko w sprawie wprowadzonego przez KBN systemu oceny zajęła Konferencja Rektorów Uniwersytetów Polskich. Mam nadzieję, iż demokratycznie wybranym „onym” nie zabraknie determinacji w tych proreformatorskich działaniach, już modyfikujących obiegowe opinie o poziomie naukowym różnych uczelni („FA” 7-8/99).

Należy też przypomnieć pokonferencyjny tom „Zagadnień Naukoznawstwa” (nr 31/3-4, 1995), z wieloma ważnymi tekstami (m.in.: P. Sztompki, A. Łomnickiego, A. Hrynkiewicza, S. Penczka i A. Ziabickiego oraz M. Skalskiej-Zlat). Szczególną rangę mają wnioski prof. prof. Lucjana Pieli i Jerzego Vetulaniego, dotyczące parametrycznych sposobów stymulacji rozwoju kierowanych przez nich jednostek (Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego i Instytutu Farmakologii PAN). Kluczem do sukcesu są zawsze jawność i prostota kryteriów wartościowania oraz zasad polityki finansowej, tak samo jak względna stabilność systemu. Również i mój macierzysty Wydział Nauk o Ziemi UŚ doświadcza od 1992 r. nie najgorszych skutków funkcjonowania algorytmu oceny przy rozdziale funduszy na badania statutowe. Prof. L. Piela tak kończy swój artykuł: Incydentalnie wygłaszane (...) sformułowania w rodzaju „niepotrzebnych nam wzorców Zachodu” itp. zdają się hołdować tworzeniu „rodzimej, polskiej nauki”, co w obszarach wyznających takie zasady musi skończyć się totalnym fiaskiem. Nie ma nauki polskiej, litewskiej, niemieckiej – jest tylko nauka światowa.

Dr hab. Grzegorz Racki, prof. UŚ, geolog, paleontolog, kierownik Zakładu Stratygrafii Ekosystemowej UŚ, jest pełnomocnikiem rektora ds. analizy naukometrycznej w UŚ.

Uwagi.