|
|
|
Środowiskowe dyskusje nie pozostały bez pewnego wpływu Zbigniew Drozdowicz
Zapoznanie się z projektem Prawa o szkolnictwie wyższym z 18 stycznia br. przekonuje, że nie maleje upór Ministerstwa Edukacji Narodowej, by dokonać zasadniczej zmiany ustroju prawnego szkolnictwa wyższego w Polsce. Natomiast reakcje środowiska akademickiego skłaniają do wniosku, że nie maleje również jego opór przeciwko tym zmianom. Świadectwem tego może być m.in. zamieszczony w poprzednim numerze „Forum Akademickiego” głos prof. J. Osiowskiego w tej sprawie. Oceniając tę propozycję legislacyjną stwierdza on krótko: – Nie ma podstaw do optymizmu. Nie wróży to dobrze. W CZYM RZECZ?Historia tych dyskusji nie jest może długa, niemniej trwają one co najmniej od kilku lat – wg jednych, od 1993 r., tj. od pojawienia się propozycji zmian przygotowanych przez zespół prof. W. Findeisena, natomiast wg innych, od lutego 1998 r., tj. od upublicznienia opracowanych przez zespół prof. J. Osiowskiego Założeń reformy prawa o szkolnictwie wyższym, nazywanych potocznie „żółtą książeczką”. W czym zatem rzecz? Przede wszystkim w tym, że proponowana regulacja prawna sankcjonowałaby anormalny, w odczuciu wielu członków społeczności akademickiej, stan obecny. Rzecz także w tym, że zapisy tego projektu jeszcze bardziej gmatwają i tak już mocno niejasną sytuację prawną. Art. 70 ust. 2 Konstytucji RP stwierdza przecież wyraźnie, że edukacja w Polsce jest bezpłatna. Powtarza to zresztą pierwsze zdanie art. 9 projektu z 20 kwietnia 1999 r. Mówi się w nim, że nauka w uczelni publicznej jest bezpłatna. Jednak już w następnym zdaniu mówi się o odpłatności za niektóre usługi edukacyjne. Rzecz również w tym, że uznaje się za de facto bezprawne obecne „balansowanie na krawędzi” prawa i pobieranie wcale niemałych pieniędzy za „bezpłatną edukację”. Poważne obiekcje i emocje budziły również zapisy zmierzające do ukrócenia lub przynajmniej poważnego ograniczenia zjawiska wieloetatowości. Już art. 5, ust. 10 wprowadza pojęcie „podstawowego miejsca pracy”. Natomiast w art. 116 mówi się, że podjęcie przez nauczyciela akademickiego dodatkowego zatrudnienia lub działalności gospodarczej na własny rachunek wymaga zgody rektora uczelni, będącej jego podstawowym miejscem pracy. Zapisy te wzmacnia jeszcze art. 117, wskazujący m.in. na tygodniowe minimum czasu pracy, które nauczyciel akademicki winien spędzić w siedzibie uczelni, a także art. 119, gdzie mówi się m.in. o „wynagrodzeniu zasadniczym” i „premii zadaniowej”, mogącej być ważnym „argumentem” rektora przy „nakłanianiu” pracowników do porzucenia myśli o podjęciu dodatkowego zatrudnienia. Kolejne restrykcyjne zapisy pojawiają się w art. 197 mówiącym o uprawnieniach „jednostek organizacyjnych” (wydziałów, instytutów itd.) do nadawania stopnia naukowego doktora i doktora habilitowanego, a także w art. 217 dotyczącym uprawnień owych jednostek do przeprowadzania procedury o nadanie tytułu profesora. Do otrzymania takich uprawnień wymagana jest określona liczba profesorów tytularnych oraz doktorów habilitowanych zatrudnionych w danej jednostce jako „podstawowym miejscu pracy”. Wprowadzenie tych zapisów uderzyłoby przede wszystkim w sporą (w niektórych dyscyplinach ponad 60 proc.) liczbę pracowników akademickich uczelni państwowych, uzupełniających swoje niezbyt wysokie dochody pracą w dodatkowym miejscu pracy – w ogromnej większości są to uczelnie prywatne. Uderzyłyby one również w uczelnie, które z reguły opierają swoją działalność na drugo-, trzecio- lub czwartoetatowcach. Uderzyłyby także w te „jednostki organizacyjne” uczelni państwowych, które nie miałyby wystarczająco mocnych argumentów (w tym finansowych), aby zatrzymać swoich profesorów i doktorów w dotychczasowym „podstawowym miejscu zatrudnienia” i mogłyby utracić uprawnienia awansowe. Powyższe obiekcje zbiegają się z zastrzeżeniami i obawami wobec znacznego rozszerzenia uprawnień rektora. Nawet pobieżne zapoznanie się z projektem Prawa z 20 kwietnia ub.r. pozwala się zorientować, że w świetle proponowanych w nim zapisów od rektora zależałaby nie tylko zgoda (lub jej brak) na podjęcie pracy w dodatkowym miejscu zatrudnienia, ale także tak istotne dla profesorów decyzje, jak mianowanie (lub nie) na stanowisko profesora nadzwyczajnego i zwyczajnego (art. 111), w tym mianowanie na pierwsze z tych stanowisk osoby, która nie spełnia wymagań określonych w art. 105 ust. 2 (mówi się tam o „posiadaniu stopnia doktora habilitowanego” – uw. wł.), jeżeli posiada wybitne i twórcze osiągnięcia w pracy naukowej (art. 106 ust. 1). Dodajmy jeszcze, iż w art. 60 ust. 2 mówi się m.in., że rektor podejmuje decyzje dotyczące mienia i gospodarki uczelni przekraczające zakres zwykłego zarządu uczelnią oraz sprawuje nadzór nad działalnością dydaktyczną i badawczą uczelni, zatwierdza plany i programy studiów, a także ma nadzór nad administracją i gospodarką uczelni. Jakby w obawie, że nie we wszystkich tych sprawach wystarczy rektorowi kompetencji, projektodawcy powołali do istnienia „kanclerza uczelni publicznej”. Pełniąca tę funkcję osoba miałaby m.in. przygotowywać strategię finansową i inwestycyjną uczelni (art. 71 ust. 1). Stanowiłoby to niewątpliwie jakieś ograniczenie uprawnień rektorskich. RÓWNANIE W GÓRĘŚrodowiskowe dyskusje nie pozostały bez pewnego wpływu na zmiany w projekcie. W zaledwie kilkumiesięcznym okresie pojawiły się trzy jego zmodyfikowane wersje (patrz wspomniany artykuł prof. Osiowskiego). Jednak dopiero trzecia z nich, ta z 18 stycznia br., uznana została przez MEN za wartą poddania pod osąd środowiska akademickiego. Zawiera ona co najmniej kilka istotnych zmian. Należy do nich niewątpliwie wprowadzenie zróżnicowania już nie tylko na uczelnie publiczne i niepubliczne oraz akademickie i zawodowe, ale także typu uniwersyteckiego (jest nią szkoła wyższa, która zatrudnia na podstawie mianowania co najmniej sześćdziesięciu nauczycieli akademickich posiadających tytuł i w której co najmniej połowa podstawowych jednostek organizacyjnych ma uprawnienia do nadawania stopnia naukowego doktora habilitowanego – art. 10 ust. 4) i akademickiego (jest nią szkoła wyższa prowadząca studia magisterskie, której przynajmniej jedna jednostka organizacyjna posiada uprawnienia do nadawania stopnia doktora – ust. 5). Jest to niewątpliwie równanie w górę, a nie w dół. Stanowi bowiem wyróżnienie czegoś w rodzaju „flagowych okrętów” Polski akademickiej, tj. dużych i prężnych uczelni, w których prowadzi się autentyczne badania naukowe i rzeczywiście kształci się na poziomie wyższym. Jest to jednak również zawieszenie akademickiej poprzeczki na tak wysokim poziomie, że nie będzie jej w stanie przeskoczyć (ani obecnie, ani też w dającej się określić przyszłości) nie tylko zdecydowana większość szkół prywatnych (dzisiaj, być może, żadna), ale także spora liczba państwowych. Czy to dobrze, czy źle? Myślę, że dla autentycznej nauki oraz kształcenia autentycznych elit społecznych dobrze, bo owe „flagowe okręty” mają szansę skupić najambitniejszą i najzdolniejszą kadrę oraz młodzież. Dobrze również dla poprawienia społecznego wizerunku wyższych uczelni, bo może przestaną być brane za wyższe uczelnie szkoły, które kształcą co najwyżej na poziomie pomaturalnym i praktycznie nie prowadzą żadnych badań naukowych. Źle natomiast dla tych środowisk społecznych, które od lat dopominają się o uniwersytet i robią wiele, aby taka uczelnia w ich mieście powstała. Zapisy te utrudniają im realizację pragnień. Źle również dla tych szkół prywatnych, które mają ambicje akademickie, a nawet akademickie „akcesoria”, w postaci strojów rektorskich (art. 9 mówi, że strój taki przysługuje wyłącznie „rektorowi uczelni uniwersyteckiej lub akademickiej”), ale, niestety, nie mają (i nie wiadomo, kiedy mieć będą) uprawnień do nadawania stopnia naukowego doktora. Kolejny ważny punkt to zapisy art. 19. Mówi się w nim m.in., że uczelnia uniwersytecka i akademicka może utworzyć poza swoją siedzibą wydział zamiejscowy lub filię obejmującą co najmniej dwa wydziały. Jest to również działanie na rzecz owych „flagowych okrętów” Polski akademickiej, bo one głównie są w stanie spełnić stawiane w tym zakresie wymagania. Niektóre z nich już dzisiaj „żeglują” w tym kierunku, tworząc wokół „uczelni-matki” całą sieć jednostek filialnych. Jednak dopiero czas pokaże, czy jest to równoznaczne z podnoszeniem jakości kształcenia. Póki co, wydaje się, że prowadzący w nich zajęcia są albo wysoko kwalifikowaną kadrą „uczelni-matki”, która chce dorobić do uposażenia w podstawowym miejscu pracy – a przy takim „rozmienianiu czasu pracy na drobne” raczej trudno o skupienie się na pracy badawczej – albo też drugim jej garniturem. Tak czy inaczej, jednostki te stanowią poważną propozycję edukacyjną dla osób z małych miejscowości, które chcą podnosić swoje kwalifikacje zawodowe, ale nie stać ich na studia w dużych ośrodkach akademickich. Stają się również poważną konkurencją dla działających w tych miejscowościach rozmaitych prywatnych szkół biznesu, zarządzania, marketingu, bankowości itp. DOBRZE I ŹLEDalsze ważne kwestie znajdują się w artykułach, które określają pozycję rektorów. Trzeba zatem odnotować „zniknięcie” z tych zapisów „kanclerza uczelni publicznej” i ponowne pojawienie się dyrektora administracyjnego (art. 66). Ten ostatni posiadać ma wprawdzie cały szereg ważnych uprawnień, ale z całą pewnością nie uprawnienia do przygotowania strategii finansowej i inwestycyjnej uczelni. W żadnym miejscu tego projektu nie zostało wyraźnie powiedziane, kto ma ją przygotowywać. Można jednak przyjąć, iż należy to do uprawnień rektora i mieści się w którymś z zapisów art. 55. Natomiast pozostają w projekcie zapisy mówiące o uzyskiwaniu przez nauczyciela akademickiego zgody rektora na podjęcie zatrudnienia w dodatkowym miejscu pracy oraz o możliwości cofnięcia owej zgody po stwierdzeniu, że dodatkowe zatrudnienie lub działalność gospodarcza koliduje z obowiązkami nauczyciela akademickiego w uczelni (art. 106 ust. 1 i 2). Na pytanie, czy to dobrze, czy źle, można odpowiedzieć, że dobrze, jeśli za tymi zmianami prawnymi miałaby pójść znaczna podwyżka uposażeń pracowników akademickich. Dobrze również, jeśli funkcję rektora będzie pełniła osoba, która wie dużo nie tylko o swojej dyscyplinie czy swym najbliższym otoczeniu, ale także o innych dyscyplinach i grupach pracowniczych, a przynajmniej potrafi dobrać sobie współpracowników i doradców, od których bez większych trudności będzie mogła uzyskać wiarygodne informacje. Źle natomiast, gdyby ta zmiana miała sprowadzić się w gruncie rzeczy do czegoś, co w przeszłości nazywano „przywiązaniem chłopa do ziemi” (bez dania mu możliwości poprawy swojej sytuacji materialnej). Źle również, gdyby nie dawało to zabezpieczenia przed objęciem rektorskich stanowisk przez osoby, które mają głębokie przekonanie, iż wszystko widzą i słyszą najlepiej i niepotrzebni są im żadni doradcy czy konsultanci. Pewnym zmianom uległy również zapisy mówiące o odpłatności za studia. Choć pozostał zapis o opłatach za konstytucyjnie gwarantowaną „bezpłatną” edukację (mówi o tym wyraźnie art. 80 ust. 1, w którym się stwierdza, że uczelnia publiczna uzyskuje przychody własne m.in. z „odpłatności za świadczone usługi edukacyjne”), to maksymalna ich wysokość została obniżona z poprzednio zakładanych 10 do 5 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w gospodarce narodowej na dany rok kalendarzowy. Ponadto pojawiły się uszczegółowienia mówiące o tym, jakie to usługi edukacyjne podlegają opłatom (art. 81 ust 1), oraz o tym, że uczelnia publiczna przeznacza co najmniej 5 proc. przychodów z odpłatności za świadczone usługi edukacyjne (...) na stypendia dla studentów za wyniki w nauce (ust. 6). Czy wystarczy to, aby otworzyć szeroko bramy wyższych uczelni dla młodzieży z mniej zamożnych rodzin? Obawiam się, że nie. Myślę też, iż rozwiązanie takie nie zadowoli uczelni, które pobieranymi dzisiaj opłatami „łatają” dziury w swoim budżecie. Można, oczywiście, życzyć sobie, aby zwiększone zostały środki budżetowe na funkcjonowanie wyższych uczelni. Jednak życzenie takie dopisałbym do listy tych „pobożnych”, które mają to do siebie, że nie mogą być ani szybko, ani w pełni urzeczywistnione. Trzeba na koniec odnotować zniknięcie z najnowszego projektu zapisów mówiących o uprawnieniach, procedurach i warunkach uzyskiwania stopni doktora i doktora habilitowanego oraz tytułu profesora. Poprzednio się mówiło, że intencją projektodawców jest ujęcie w jednej regulacji również i tej kwestii. Jednak propozycje te wywołały zdecydowany sprzeciw środowiska akademickiego, zwłaszcza tej jego części, która – jak Polska Akademia Nauk – utraciłaby uprawnienia do nadawania tych stopni i występowania z wnioskiem o ten tytuł. Obecnie stwierdza się jedynie, że jednostki szkoły wyższej mogą nadawać stopnie naukowe doktora i doktora habilitowanego oraz występować o nadanie tytułu naukowego profesora na zasadach określonych w odrębnych przepisach (art. 7 ust. 2). W moim przekonaniu, jest to typowy unik, bo jeśli już poważnie dyskutować na temat zasadniczych zmian ustroju prawnego wyższych uczelni, to do projektu powinna być dołączona propozycja nowej regulacji w zakresie nadawania tytułu i stopni naukowych. Wygląda na to, że wszystkie strony zainteresowane reformą szkolnictwa wyższego w Polsce wyłożyły swoje „karty” na stół (nie wszystkie zaprezentowałem). Pozostaje oczywiście parlament, który jednej z nich da posłuch. Jest możliwe, że będzie to strona rządowa i jej projekt po niewielkich zmianach stanie się podstawą prawną funkcjonowania szkolnictwa wyższego. Czy uczelnie wyjdą na tym dobrze? Skłonny jestem twierdzić, że tych, które będą mogły uznać się za wygrane, będzie niewiele. Spora ich część będzie natomiast miała uzasadnione prawo utrzymywać, że straciły na tej zmianie, a będą zapewne również i takie, które zmusi ona do „zwijania żagli”. Do wygranych należeć będą przede wszystkim uczelnie już dziś mające liczną i wysoko kwalifikowaną kadrę naukowo-badawczą, która jest w stanie wyjść zwycięsko nie tylko z konfrontacji z lokalnymi konkurentami czy układami, ale także tymi z Zachodu. Szkoły te mają z reguły również bogatą i zróżnicowaną ofertę dydaktyczną oraz tłumy chętnych do korzystania z niej. W takich uczelniach wiele dobrego może zrobić sprawny rektor-kapitan, żeby pozostać przy żeglarskiej metaforyce. Bez większego trudu można odpowiedzieć na pytanie, które to uczelnie? Oczywiście, te posiadające już dzisiaj wydziały wysoko kategoryzowane i, w związku z tym, otrzymujące z budżetu lwią część środków na badania oraz dydaktykę. Przy podniesieniu naukowej i edukacyjnej poprzeczki otrzymają one jeszcze więcej. Już w sporej odległości za nimi znajdą się uczelnie, w których zdarzają się wprawdzie wybitni naukowcy i nauczyciele akademiccy, a czasami nawet wydziały prowadzące na dobrym poziomie badania i nauczanie, jednak są one w mniejszości. Wprowadzone tą regulacją zmiany prawne sprawią, że mniejszość ta będzie stale malała, a co za tym idzie – odległość między liderami i średniakami Polski akademickiej będzie się zwiększać. I to nie tylko z powodu dysproporcji w rozdziale budżetowych środków finansowych, ale także dlatego, że coraz trudniej będzie w tej drugiej grupie uczelni zatrzymać owych wybitnych uczonych. Jedni zapewne „załapią” się na znacznie lepsze i bardziej prestiżowe „statki”. Inni natomiast dadzą sobie „spokój” ze zmaganiem się z uczelnianą biedą w dotychczasowym miejscu pracy i „zaokrętują” się tam, gdzie znacznie lepiej płacą i mniej wymagają, czyli w szkołach prywatnych. Jestem przekonany, że w tej grupie znajdzie się spora liczba przedwczesnych emerytów, tj. nauczycieli akademickich, którym art. 204 umożliwi przejście na emeryturę w wieku 60 lat. W jeszcze większej odległości za najlepszymi uczelniami polskimi znajdą się te, które już dzisiaj raczej dryfują niż żeglują w świecie nauki i nauczania na poziomie wyższym. Należy do nich wiele szkół prywatnych, ale również szereg szkół państwowych, zwłaszcza tych, które w swoim czasie powołano do istnienia bądź z racji ideologicznych, bądź też tylko dlatego, że lokalne interesy znalazły swojego „promotora” we władzach centralnych. Dzisiaj nie ma już z reguły ani tych grup interesów, ani „promotorów”. Są natomiast szkoły, posiadające wprawdzie formalno-prawny status uczelni wyższej, ale, niestety, pozbawione odpowiednich środków oraz odpowiednio licznej wysoko kwalifikowanej kadry, aby móc wypełniać zadania, o których mówi się w art. 6 Prawa. A mówi się w nim zarówno o „prozaicznym kształceniu studentów w zakresie danej dziedziny wiedzy”, jak i „wzniosłym rozwijaniu i upowszechnianiu kultury narodowej oraz postępu technicznego, upowszechnianiu w środowisku akademickim kultu prawdy” itp. Wygląda zresztą na to, że w nowych realiach społecznych i przy nowych regulacjach prawnych szkoły prywatne, nazywane teraz niepublicznymi, będą miały większą szansę na trzymanie się „kursu” na edukację bez zawracania sobie głowy badaniami naukowymi. Czas pokaże, czy będzie to edukacja na poziomie wyższym niż ma to miejsce obecnie. Nie od rzeczy będzie jednak przypomnieć, że do akademickiej tradycji należy łączenie badań naukowych z nauczaniem i z reguły tam, gdzie nie było tych pierwszych, nie było również tego drugiego. Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz, historyk filozofii, pracuje w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu. |
|
|