Postęp i bariery
Poprzedni Następny

 

Nie widzę żadnych dowodów na to, że naukowcy odznaczają się 
zwiększoną wrażliwością moralną. 
Obserwowane obecnie rozchwianie systemów wartości, związane 
z kryzysem kulturowym, jest także ich udziałem.

Andrzej Paszewski

 

Powszechnie przyjęty dzisiaj paradygmat nauki zakłada autonomię jej celów, metod badawczych, kryteriów oceny wyników badań oraz autonomię instytucji naukowych. Panuje przekonanie, że przed nauką nie wolno stawiać barier, gdyż wszystkie badania i ich rezultaty pomnażają ludzką wiedzę. Uczeni niechętnie odnoszą się przy tym do ocen nauki formułowanych z zewnątrz.

Zważywszy na miejsce, w którym znalazły się dziś niektóre dyscypliny naukowe, paradygmat ten wymaga być może rewizji. 

Czy rozpoczynając badania uczony powinien oceniać ich konsekwencje? Czy gdyby doszedł do wniosku, że będą one negatywne, powinien wstrzymać eksperymenty? Czy i jakie gremia mogłyby zakazywać podejmowania pewnych tematów, używania pewnych metod, publikacji pewnych wyników? Czy potrzebny jest nam więc nowy paradygmat, w ramach którego aksjologia byłaby integralną częścią nauki?

Zapraszamy naszych Czytelników do dyskusji na ten temat. W numerze czerwcowym opublikujemy artykuł ks. Stanisława Kowalczyka.

Redakcja

Pytania o aksjologiczne aspekty nauki i o to, czy wolno stawiać jej bariery, nie są oczywiście nowe. Towarzyszyły one badaniom naukowym zawsze, ale w pewnych sytuacjach nabierają szczególnej wyrazistości i wzbudzają szersze, publiczne zainteresowanie (warto przypomnieć, że przed kilku laty problemom tym poświęcony był specjalny numer miesięcznika ZNAK, z czerwca 1992 r.). Tak było na przykład w przypadku badań nad reakcjami termojądrowymi i ich praktycznym zastosowaniem. Dzisiaj postawione w ankiecie pytania odnoszą się głównie do badań biomedycznych. Wiąże się to z niesłychanym postępem w metodach inżynierii genetycznej i embriologii, pozwalającym na dokładną analizę genów oraz na daleko idące ingerencje w wyposażenie dziedziczne organizmów i sterowanie ich rozwojem. Budzi to uzasadnione nadzieje na nowe możliwości diagnostyczne i terapeutyczne, ale także obawy, czy nie będzie się naruszać integralności i godności osoby ludzkiej. Zainteresowanie etycznymi aspektami tych badań wzmogło się znacznie z chwilą przyjścia na świat sklonowanej owieczki Dolly. Owieczka ta powstała w drodze transplantacji jądra komórki somatycznej do pozbawionej własnego jądra komórki jajowej, a więc ze sztucznie wytworzonego zarodka, który nie powstał przez połączenie jaja i plemnika.

WITAJ W KLUBIE

Jak słusznie zauważył kilka lat temu nestor biochemii światowej Erwin Chargaff (odkrył on stosunki zasad azotowych w DNA, co było podstawą do zaproponowania przez Watsona i Cricka modelu tego związku), w dzisiejszej nauce poznawanie natury coraz bardziej ustępuje miejsca jej modyfikowaniu i manipulowaniu nią. Trzeba powiedzieć, że perspektywy wykorzystania zdobytej wiedzy i wspomnianych nowych metod w rolnictwie (otrzymywanie nowych odmian roślin i szczególnie wartościowych zwierząt) i medycynie oznaczają dziś także wielkie zyski finansowe, co oczywiście sprzyja rozluźnieniu lub wręcz łamaniu nie tylko uznawanych dotychczas barier etycznych, które badacze sami sobie stawiali, ale nawet prawnie ustalonych reguł postępowania. Widać to na przykład w badaniach związanych z terapią genową. W 1995 roku Harold Wilson, dyrektor Narodowych Instytutów Zdrowia w USA, zwrócił uwagę, że nasilenie komercyjnego zainteresowania terapią genową powoduje pęd do testów klinicznych i nacisk na szybkie wyniki, zanim osiągnie się podstawową wiedzę naukową. Wypowiadający się w tej dyskusji D. Pardol, badacz z Uniwersytetu Hopkinsa stwierdził, że brak jest w wielu badaniach dyscypliny naukowej. Wytworzyła się kultura, w której wejście do testów klinicznych – wejście do klubu – stało się ważniejsze niż osiągnięcie znaczących wyników.


Fot. Stefan. Ciechan

Jakby potwierdzeniem tych obaw była, w październiku ubiegłego roku, śmierć 18-letniego Amerykanina, pacjenta kliniki uniwersytetu pensylwańskiego, wobec którego zastosowano terapię genową z użyciem wektora wirusowego (użycie wektorów jest potrzebne do wprowadzenia choremu pożądanego genu leczniczego). Można by uznać tę śmierć za wypadek, gdyby przy okazji nie okazało się, że Narodowych Instytutów Zdrowia nie zawiadomiono na czas o 652 (na 691) przypadkach poważnych szkodliwych objawów ubocznych, obserwowanych u pacjentów poddanych terapii genowej. Do takiego informowania prowadzący leczenie byli zobowiązani. Może śmierć chłopca spowoduje większą kontrolę nad stosowaniem nowych technik leczniczych opartych na inżynierii genetycznej.

EMBRION I OSOBA

E. Chargaff, którego opinie chciałbym tu przytoczyć kilkakrotnie, twierdzi, że ciekawość naukowa nie jest bezwarunkowym dobrem, dodając, iż powstrzymanie się od niektórych zasadnych pytań jest jedną z ofiar, którą nawet naukowiec powinien być skłonny uczynić dla godności ludzkiej.

Panuje na ogół zgoda co do tego, że wiedza jako taka jest moralnie obojętna, natomiast aksjologiczny wymiar mają: 1) wybór tematyki badawczej, 2) wybór metod badawczych, 3) stosunek kosztów badań do przewidywanej wartości zdobytej wiedzy oraz 4) zastosowanie zdobytej wiedzy. W dziedzinie biomedycyny punkty 2. i 4. wydają się najważniejsze z punktu widzenia etycznego. Chodzi tu zwłaszcza o embriony ludzkie, ich wykorzystanie do celów badawczych i terapeutycznych, ich status ontologiczny – są one czy nie są istotami ludzkimi? Jak wiadomo, w tej materii istnieje zasadnicze zróżnicowanie przekonań. Słuszności przekonań nie można udowadniać, najwyżej można je uzasadniać. Biologia nie dostarcza kryteriów pozwalających stwierdzić, że w określonym momencie rozwijający się zarodek ludzki „uczłowiecza się”. Stąd w prawodawstwach krajów określających, co wolno, a czego nie wolno robić z embrionem ludzkim, stosuje się arbitralne przedziały czasowe. Np. w Wielkiej Brytanii, Szwecji i Australii dozwolone są eksperymenty na embrionach ludzkich do dwóch tygodni od zapłodnienia. Ostatnio Japończycy chcą wprowadzić podobne rozwiązania prawne. W konwencji Rady Europy dotyczącej biomedycyny embrion ludzki jest wciąż praktycznie chroniony, dlatego Brytyjczycy tej konwencji nie podpisali. Zabronione jest też klonowanie człowieka w celach reprodukcyjnych. W konwencji tej mówi się także o integralności i godności osoby ludzkiej, jednak nie definiuje się tej osoby. Podobnie jest w większości tak dziś popularnych dysput w dziedzinie bioetyki.

Trzeba zwrócić uwagę, że klonowanie człowieka dla celów reprodukcyjnych raczej nie spotyka się obecnie z aprobatą, chociaż nie przez wszystkich jest a priori odrzucane. Jako argumentu przeciwko klonowaniu reprodukcyjnemu używa się jednak faktu niedostatecznego opanowania techniki, a nie przekonania, że może to być czymś niegodziwym. Dwaj znani brytyjscy badacze, J.B. Gurdon i A. Colman, w grudniowym numerze „Nature”, jednym z najbardziej prestiżowych pism przyrodniczych, twierdzą np., że niezasadny jest argument przeciwko klonowaniu człowieka podkreślający, że sklonowane dziecko będzie mogło mieć urazy psychiczne na skutek uprzedzeń społeczeństwa, ponieważ podobne urazy, również z powodu uprzedzeń, mogą mieć dzieci z mieszanych rasowo małżeństw. A przecież takim małżeństwom nie zabrania się prokreacji.

Bardzo obiecujące perspektywy terapeutycznego wykorzystania embrionów powodują olbrzymią presję zarówno części badaczy, jak i biznesu, na znoszenie barier dla ich użycia. Chodzi mianowicie o uzyskiwanie z embrionów tzw. pierwotnych komórek pnia, które mają ogromny potencjał rozwojowy i mogą różnicować się w praktycznie dowolną tkankę, a, być może, przy odpowiedniej stymulacji, w całe organy, które można by wszczepiać chorym pacjentom. Wspomniani wyżej badacze brytyjscy przyznają, że podnosi się przy tym problem celowego zniszczenia potencjalnej osoby. Uspokajają jednak, że embrion tworzony dla uzyskania pierwotnych komórek pnia nie ma potencjalnych możliwości przeżycia, ponieważ nie będzie implantowany, z czego należy wyciągnąć wniosek, że nie jest on człowiekiem. Ciekawe, do jakiego etapu rozwoju człowieka dawanie lub niedawanie takiej szansy uznawane będzie za dopuszczalne. Jak wspomniałem wyżej, stadium, w którym przypisuje się rozwijającemu się organizmowi ludzkiemu status osoby, jest obecnie przedmiotem umowy, ta zaś może być dowolnie formułowana zależnie od interesów jej twórców. Inaczej więc wygląda to w kwestii doświadczeń na embrionach, a inaczej w kwestii aborcji.

MOLEKULARNY OŚWIĘCIM

Myślę, że sposób rozumowania przyjęty przez Gurdona i Colmana jest porażający dla badaczy formatu Chargaffa. Już 13 lat temu, również w „Nature”, pisał on: Tworzenie ludzkich embrionów tylko po to, aby je potem zniszczyć dla wyekstrahowania z nich czegoś, jest rzeczą, której nie mogę sobie wyobrazić. Niewiarygodne, aby mogli tego dokonać von Baer lub Virchow (dwa wielkie nazwiska w biologii). Badacz ten użył jeszcze mocniejszych sformułowań, których dotąd nigdzie nie cytowałem, a które są wyrazem jego przerażenia wobec trendów istniejących we współczesnej nauce: Widzę, że to, co nadchodzi, to gigantyczna rzeźnia, molekularny Oświęcim, w którym wartościowe enzymy, hormony itp. będzie się ekstrahować zamiast złotych zębów („Nature”, 21.05.1987). Nie pomyślał on o pierwotnych komórkach pnia.

Odnoszę wrażenie, że Chargaff i dwaj wspomniani Brytyjczycy żyją w innych kulturach, chociaż wywodzą się z tej samej cywilizacji. Gdzieś nastąpiło „zresetowanie” kultury europejskiej i wywodzącej się z niej kultury amerykańskiej, czego ewidentnym dowodem jest twórczość cieszącego się dużym uznaniem filozofa Petera Singera, który sam pisze o „upadku etyki tradycyjnej”. Chargaff, który urodził się w Austrii i był zmuszony przez nazistów do opuszczenia Europy, wyniósł z tego okresu inne doświadczenia, a przede wszystkim inną świadomość – do czego mogą być zdolni naukowcy. Każdy z nas wie coś niecoś o zbrodniczych eksperymentach wykonywanych na więźniach w obozach koncentracyjnych, ale na ogół nie zdajemy sobie sprawy z zakresu tych praktyk. Z niedawno ujawnionych archiwów prestiżowych instytutów naukowych z okresu Trzeciej Rzeszy wyłania się przerażający obraz (patrz: „Nature”, 3.02.2000). Np. w Instytucie Biochemii w Berlinie, kierowanym przez noblistę Adolfa Butenandta, późniejszego prezesa Towarzystwa im. Maxa Plancka, G?nter Hillman wykonywał analizy próbek krwi w ramach eksperymentów robionych w Oświęcimiu. Z kolei O.F. von Verschurer, dyrektor Instytutu Antropologii, Genetyki Człowieka i Eugeniki, współpracował z Josefem Mengele w doświadczeniach mających na celu zidentyfikowanie genetycznych czynników odporności na choroby infekcyjne. Polegały one na infekowaniu bliźniąt, przeważnie żydowskich, tyfusem lub gruźlicą i obserwowaniu pojawiających się patologii. Ernst Rudin, dyrektor Instytutu Psychiatrii w Monachium, współpracował w tworzeniu nazistowskiego prawa przymusowej sterylizacji ludzi upośledzonych umysłowo. Okazało się też, że dawał on intelektualne i finansowe wsparcie młodemu psychiatrze z uniwersytetu w Heidelbergu, Juliusowi Deussenowi, którego zadaniem było opracowanie kryteriów selekcji chorych. Deussen posługiwał się nowoczesnymi metodami behawioryzmu i biochemii do badania upośledzonych dzieci. Dzieci te były następnie zabijane, ich mózgi poddawano badaniom, a wyniki porównywano z danymi klinicznymi. Jak wiadomo, obecnie poparte nauką programy sterylizacji osób upośledzonych umysłowo realizowano również w Szwecji i Stanach Zjednoczonych.

MORALNOŚĆ I POSTĘP

Te rewelacje wychodzą na światło dzienne dopiero teraz. Towarzystwo im. Maxa Plancka podjęło pięcioletni program badań nad funkcjonowaniem nauki w okresie narodowego socjalizmu, który prowadzi grupa historyków nauki, kierowana przez Doris Kaufmann. Ciekawe jest jej spostrzeżenie: Do roku 1980 dominował pogląd o roli naukowców w Trzeciej Rzeszy, częściowo propagowany przez samych naukowców, że musieli oni albo koncentrować się na swoich badaniach i stronić od polityki, albo byli zmuszani do badań wspierających politykę nazistów, aby przeżyć. Wielu argumentowało następnie, że nie była to prawdziwa nauka, ale pseudonauka. O pseudonaukowości tych badań pisali potem często publicyści – w domniemaniu miało to oznaczać, że „prawdziwi” naukowcy nigdy by się takich czynów nie dopuścili. Zasadność tego twierdzenia rozwiewa Volker Roelcke, członek grupy Doris Kaufmannn, który mówi wprost: To nie była pseudonauka, ale prawdziwa nauka, z użyciem najnowocześniejszych metod (cytuję za „Nature”). Te zbrodnicze badania dostarczyły rzetelnych danych „poszerzających wiedzę ludzką”. Po wojnie stanął problem, czy należy je wykorzystać, skoro już są. Międzynarodowa konferencja zwołana w tej sprawie ustaliła, że nie godzi się tego robić, bo byłoby to w jakimś stopniu przedłużaniem męczeństwa i pozbawianiem godności maltretowanych więźniów.

Z faktów tych warto sobie zdawać sprawę również dlatego, że łatwo przychodzi nam myśleć, iż podobnie okropne rzeczy już nie mogą się powtórzyć, przynajmniej w Europie. Czy jednak nie myśleliśmy podobnie o obozach koncentracyjnych, póki nie wybuchły konflikty w byłej Jugosławii? Nie chciałbym być posądzany o zbyt czarne widzenie problemów. Sądzę jedynie, że pomiędzy katastrofizmem i naiwnym optymizmem jest miejsce na realną ocenę osiągnięć i zagrożeń. Nie widzę żadnych dowodów na to, że naukowcy odznaczają się zwiększoną wrażliwością moralną. Obserwowane obecnie rozchwianie systemów wartości, związane z kryzysem kulturowym, jest też ich udziałem. Co więcej, mają oni tendencję do obiecywania opinii publicznej niesłychanych dobrodziejstw, jakie ich badania przyniosą i przekonywania jej, że bariery stawiane tym badaniom całkowicie zablokują postęp w zdobywaniu wiedzy i jej wykorzystaniu dla dobra człowieka. Przypomnieć jednak warto, że nauka poznała mechanizmy odporności na choroby zakaźne bez uciekania się do infekowania bliźniąt bakteriami tyfusu lub gruźlicy. Prawdopodobnie, znajdzie się też sposób na wyodrębnianie pierwotnych komórek pnia ze szpiku kostnego.

Wracając do współczesności, sądzę, że terapia genowa stanie się wcześniej czy później rutynową praktyką. Myśli się jednak też o terapii linii zarodkowej, tj. takiej, której skutki będą przechodziły na następne pokolenia. Powstanie więc pokusa nie tylko leczenia, ale także „ulepszania” człowieka, jak to ma miejsce w praktyce hodowlanej. Najprawdopodobniej też użycie embrionów ludzkich w badaniach i terapii stanie się uznawaną lub przynajmniej dopuszczalną procedurą. Obserwuję bowiem przesuwanie się ciężaru dyskusji prowadzonych w czasopismach naukowych z problemu, czy embriony można wykorzystywać do wspomnianych celów, na problemy patentowania wyników i ustalania, czy i w jakim stopniu dawcy materiału biologicznego mają partycypować w zyskach. Prawdopodobnie więc w przewidywalnym czasie instrumentalne posługiwanie się embrionami w doświadczeniach będzie zależało od przekonań badacza, a użycie ich w terapii od przekonań lekarza i pacjenta.

Przechodząc do postawionych przez Redakcję pytań sądzę, że jakieś bariery dla badań naukowych i wykorzystywania ich wyników, wynikające z przesłanek etycznych, będą stawiane dalej. Problem polega jednak na tym, czy etyka, na której te bariery zostaną oparte, wyniknie z solidnych podstaw ontologicznych, czy też będzie to dominująca obecnie etyka utylitarna, ad hoc dostosowująca się do tego, co w danym momencie chcemy robić, a co czyni wspomniane bariery bardzo płynnymi. W pierwszym przypadku, bariery stawiane badaniom i stosowaniu ich wyników będą z pewnością bardziej rygorystyczne i w jakimś stopniu spowolnią postęp wiedzy i terapii. Dla tych, którzy zdecydują się te bariery uznawać, będzie to po prostu cena, jaką się płaci za zachowanie godności ludzkiej, tak jak ją oni pojmują.

Prof. dr hab. Andrzej Paszewski, genetyk, fizjolog, pracuje w Instytucie Biochemii i Biofizyki PAN w Warszawie.

Uwagi.