Palenie „zaścianka”
Poprzedni Następny

 

Polska bibliologia i polskie bibliotekoznawstwo 
stanowią prawdziwą potęgę w stosunku do tego, 
co uprawia się w większości krajów zachodnich, gdzie 
praktyka zawodu wyparła w znacznym stopniu teorię.

Zbigniew Żmigrodzki

Pan Grzegorz Racki, spierający się ze mną uporczywie na wszelkich możliwych łamach – od „Gazety Uniwersyteckiej UŚ” po „Forum Akademickie” – przystąpił do kolejnego ostrego na mnie natarcia. Do mojej osoby dołączył profesorów Ryszarda Tadeusiewicza oraz Jacka Wojciechowskiego: reprezentujemy podobno „zaścianek”, jesteśmy „fundamentalistami”. Ja zaś „uprawiam antyreformatorską publicystykę”, „lansuję mity i półprawdy” etc. Jestem wstecznikiem numer jeden, sprzeciwiając się najmocniej „postępowi” głoszonemu przez p. Rackiego, za którym (to trzeba przyznać) stoją urzędowi entuzjaści mierzenia poziomu nauki metodami ilościowymi, na podstawie amerykańskiego wydawnictwa bibliograficznego i punktowej ewaluacji źródeł.

ZOIL

Autor artykułu Przeciw zaściankowości w nauce („FA” 3/2000) postanowił mnie i innych podobnych „zdemaskować, choćby tylko w kluczowych punktach”. Posłużył się w tym celu swoiście zinterpretowanymi cytatami oraz wyliczeniami w takiej obfitości, że powinienem zostać od razu zdruzgotany tą „siłą argumentacji”. Czytając owe wywody, miałem szczególną satysfakcję: stanowią one kolejne potwierdzenie opinii o decydującym wpływie „myślenia ideologicznego” na wielu kreatorów polemik, nie mogących znieść faktu, że ktoś ośmiela się mieć odmienne zdanie. Dążą do tego, aby odważającego się różnić dobić koniecznie swoim „ostatecznym” wyrokiem. Ponadto, ukierunkować swe wystąpienie ad personam, a jeszcze pouczyć przeciwnika z pozycji lepiej wiedzącego. Jeden z takich polemistów, rodem z identycznej generacji „jedynie słusznych”, przygwoździł mnie ostatnio nader efektownymi porównaniami: siebie określił jako odpowiednik Homera i Mozarta, mojej zaś osobie przypisał rolę „szkodników” – Zoila i Salieriego. Wszystko zaś dlatego, że zakwestionowałem jego postępowanie: aby uzyskać dodatkowe etaty dla biblioteki naukowej, którą kieruje, doprowadził do likwidacji niezbędnej społecznie biblioteki publicznej. Próbowałem utrudnić mu realizację przedsięwzięcia, jakie sobie umyślił, a zatem byłem winny.

NA PIĘKNE OCZY

Pan dr hab. Grzegorz Racki posłużył się w swym artykule metodą charakteryzującą inny niż profesorski zawód: „naświetlił” mnie za pomocą danych z komputera, etykietując po swojemu zakres mojej specjalności naukowej tak, jak przedtem osądzał bez skrupułów mój „poziom” i dorobek. Następnie pouczył, w jakich czasopismach zagranicznych z dziedziny bibliotekoznawstwa mogę i powinienem publikować. Uważa zapewne, że ja ich nie znam i dzięki tej instrukcji „podniósłszy się z puchu, pierwszy raz w życiu obaczyłem jutrzenkę”, tę właśnie, którą mi autor artykułu łaskawie ukazał. Specyficzny jest tutaj fakt, iż specjalista z zakresu geologii dyktuje bibliotekoznawcy, jak ten ma pracować naukowo, aby przysporzyć punktów rachmistrzom uprawiającym radosną twórczość punktowo-statystyczną w celu „mierzenia” poziomu nauki i naukowości. Nie zdaje sobie przy tym sprawy, że polska bibliologia i polskie bibliotekoznawstwo stanowią prawdziwą potęgę w stosunku do tego, co uprawia się w większości krajów zachodnich, gdzie praktyka zawodu wyparła w znacznym stopniu teorię.

Czasopisma sugerowane przez p. Rackiego są mi od bardzo dawna znane: nie cenię ich zbyt wysoko. Nie dorównują np. „Rocznikom Bibliotecznym”, „Przeglądowi Bibliotecznemu” czy „Zagadnieniom Informacji Naukowej”. Mogą tylko imponować obcojęzycznym tytułem czy występowaniem na „liście filadelfijskiej”. Nasza dodatkowa „lista KBN” polskie tytuły albo w ogóle pomija, albo umieszcza w kategorii „B” – to zresztą nie jedyna kompromitacja tych, co tę listę sporządzili. Przedstawiciele innych dyscyplin mogą na ów temat jeszcze więcej powiedzieć. Zdaniem p. Rackiego, tytuł naukowy przyznano mi „na piękne oczy” i on dopiero musi mnie „unaukowić”, informując o piśmiennictwie z mojej dziedziny. Czyni to przy tym na podstawie spisu bibliograficznego i może po jednorazowym przejrzeniu tego czy owego tytułu w bibliotecznej czytelni.

WDZIĘK ADMINISTRACYJNY

Drobiazgowe wodzenie się za słowa z moim polemistą nie ma sensu: swój pogląd na cały żałosny w istocie proceder „mierniczy” wyraziłem dokumentnie, a p. Racki nie jest w stanie podać żadnych realnych argumentów. Wszyscy nasi entuzjaści mierzenia poziomu uczoności uprawiają pracochłonną „sztukę dla sztuki”, widząc w niej prestiżowe korzyści (można wystawiać cenzurki profesorom). Autentyczne badania naukowe spektakularnego rozgłosu nie zapewniają, natomiast to zajęcie stawia od razu na piedestale „wdzięku administracyjnego”. Poza tym, całe owo wyliczanie stało się już częścią imperatywnego kanonu europejskiej poprawności politycznej. Widać to po inwektywach, które kierowane są pod adresem oponentów. Bądź taki jak my, mów to, co ci każemy, bo inaczej ogłoszony będziesz wstecznikiem, wrogiem postępu ludzkości. Absurdalność tej ideologicznej w istocie zabawy aż bije w oczy, niewielu wszak odważa się to głośno powiedzieć. Nie sądzę, by profesorowie Tadeusiewicz czy Wojciechowski ustępowali pod względem wiedzy czy inteligencji p. Rackiemu. Tyle, że oni po prostu, tak jak i ja, „nie chcą się w to bawić”. A muszą?

Prof. dr hab. Zbigniew Żmigrodzki, bibliotekoznawca, jest kierownikiem Zakładu Bibliografii i Informacji Naukowej w Instytucie Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Uwagi.