Niedostatek refleksji krytycznej
Poprzedni Następny

 

To jest czterdziestomilionowy kraj. 
Trochę za duży, żeby poniechał w nauce własnego 
języka. I nie nazywałbym tego zaściankowością. 
To wredne i nędzne określenie.

Jacek Wojciechowski


Fot. Stefan. Ciechan

Przeciw zaściankowości w nauce zatytułował swoją wypowiedź w „FA” p. Grzegorz Racki, odnosząc się do dyskusji o tzw. filadelfijskich listach cytowań. Byłoby lepiej, gdyby Autor posłużył się przykładami ze swojej dziedziny niż z bibliologii, dobrze jest bowiem, kiedy wypowiadający się wie, o czym mówi. Jeśli chce się zmierzać do produktywnej konkluzji, to nie trzeba innych traktować z dezynwolturą; np. potraktowany przez Autora lekce prof. R. Tadeusiewicz, rektor AGH, jest uczonym, którego szeroko znają w kraju i za granicą, w przeciwieństwie do Autora.

PYTANIE O PROMOCJĘ

Nikt nie mówi, że oceny parametryczne oraz listy filadelfijskie są w ogóle bez sensu. Konieczne są zwłaszcza zobiektywizowane kryteria ocen prac naukowych i jakiś krok ku temu został wykonany. Sprzeciw budzi przesada, wręcz fetyszyzacja i niedostatek krytycznej refleksji w posługiwaniu się tym narzędziem, na świecie – jednym z wielu, u nas natomiast w tej chwili nieomal jedynym.

Warto zwrócić uwagę na wymuszoną w ten sposób zmianę pola zainteresowań. Zamiast pytania: „Jaką wartość ma koło, które wymyśliłeś?”, pojawia się pytanie: Kto o tym wie, że wymyśliłeś koło? oraz W jakim języku powiadomiłeś o tym innych? Słowem, zamiast o wartość dokonania, pytamy o promocję oraz (pośrednio) o znajomość języka angielskiego. Nie lekceważę promocji, ale ustalmy, o co pytamy i jaka jest wartość promocji wobec samego dokonania.

Dodajmy proste pytanie: Jak na liście filadelfijskiej może się znaleźć polonista? Albo inaczej: Jak to jest, że niskie notowania punktowe ma nauka rosyjska, gdzie roi się wszak od laureatów Nagrody Nobla? Coś na rzeczy musi być. Otóż nie ulega wątpliwości, że polskie nauki humanistyczne i po części społeczne są w rejestrach cytowań amerykańskich w sytuacji gorszej niekoniecznie dlatego, że są rzeczywiście gorsze, lecz dlatego, że posługują się językiem polskim. I o to głównie chodzi. To jest czterdziestomilionowy kraj. Trochę za duży, żeby poniechał w nauce własnego języka. I nie nazywałbym tego zaściankowością. To wredne i nędzne określenie. Natomiast możliwe, że RÓWNOLEGLE za mało publikujemy w języku angielskim. Myślę, że kolejnym pokoleniom pracowników nauki przyjdzie to łatwiej niż odchodzącym.

ZATARTY SENS

Autor demagogicznie zauważył, że w bibliotekoznawczych czasopismach zagranicznych publikuje się teksty nawet z Malezji i Papui, a z Polski nie. No właśnie, trzeba wiedzieć, o czym się mówi. Jest taka rezolucja IFLA, żeby wesprzeć promocyjnie bibliotekarstwo z krajów Trzeciego Świata i dlatego opis biblioteki w Kuala Lumpur jest mile widziany, a opis biblioteki w Miechowie nie. Z tym, że – inaczej niż Autor – ja to znam z lektury, a nie z rejestrów liczbowych i muszę powiedzieć, że większość tych tekstów nie wąchała się z naukowością nawet pod drzewkiem.

Przywołane przez Autora czasopismo „Libri”, zresztą bardzo dobre, jest jednak nie lepsze, lecz GORSZE niż np. nasz „Przegląd Biblioteczny”. Ale nasz kwartalnik nie jest po angielsku i na tym polega problem. Czy aby na pewno fundamentalny?

Doceniając odniesienia globalne i rozumiejąc ważność promocji zagranicznej tego, co się robi, boję się jednak, że zaczyna się nam zacierać sens pracy naukowej. Przynajmniej w takich kontekstach. Wracając zaś do Pańskich przykładów, Szanowny Panie, już tak całkiem między nami. Kiedy przyjdzie Panu wyrwać ząb i będzie Pan miał swobodny wybór, to jakiego dentystę Pan wybierze? Naszego czy tego z Papui, który nazbierał tyle punktów?

Prof. dr hab. Jacek Wojciechowski, bibliotekoznawca i literaturoznawca, pracuje w Instytucie Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej UJ. Jest dyrektorem Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Krakowie. 

Uwagi.