|
|
|
Można zdobyć prestiżowe stanowisko Aleksander Wesołowski Zauważyłem wielokrotnie w artykułach prasowych, a także naukowych, że pojęcia prestiżu i autorytetu są najczęściej używane zamiennie. Ich znaczenie nie jest jednak tożsame. Spróbujemy przyjrzeć się im bliżej. INTERES A WARTOŚCIPrestiż nie jest przypisany do osoby, lecz do stanowiska w określonej, sformalizowanej organizacji. Organizacja lub instytucja charakteryzuje się wewnętrzną hierarchią stanowisk i jakkolwiek wszystkie one są ważne dla funkcjonowania całości, to jednak ich prestiż zależy od miejsca, jakie zajmują w strukturze instytucji. Najwyższe miejsca w stożku realizowanych przez ludzi czynności zajmują te, które są pozycjami władzy. Zauważamy, że mają one przypisane najważniejsze funkcje kierownicze i najogólniejszy zakres władzy. Im podlegają stanowiska posiadające obowiązki cząstkowe, o zawężonym zakresie, aż po stanowiska pracy, które zadowolić muszą przydziałem czynności wykonawczych. W świadomości ludzi danej instytucji, jak spoza niej, funkcjonuje przekonanie i potrzeba lojalności wobec władzy. Lojalność ukształtowana jest w procesie wychowania. Lepiej być lojalnym wobec zwierzchnika, bo może on nam zaszkodzić albo nagrodzić. Niepokorni lub żądni władzy są zwykle w konflikcie z panującą władzą i atakują ją różnymi metodami, aby ograniczyć ją na swoją korzyść. Gra interesów ma różne podłoże, nie zawsze służące trwaniu i dobremu funkcjonowaniu instytucji. Instytucja dobrze funkcjonuje, kiedy zaspokaja społeczne i indywidualne potrzeby i nie wymaga wewnętrznych zmian w organizacji. Skracając te wywody należy podkreślić, że prestiż stanowisk jest bezosobowy, na ogół dość trwały i stanowi dla niektórych osób wartość godną pożądania. Wywołuje to naturalny ruch kadr. Ludzie pragną bowiem zajmować wyższe stanowiska w strukturze określonej grupy społecznej czy instytucji ze względu na przypisane do nich przywileje. Prestiż władzy jest więc wartością obiektywnie określoną, niezależną od jednostki, choć, jak podkreślaliśmy, przez nią pożądany. Autorytet natomiast nie pochodzi z nadania sformalizowanej pozycji społecznej, lecz jest zasłużonym, osobistym ludzkim dorobkiem danej jednostki, uznanym dobrowolnie przez zainteresowaną grupę ludzi. Jest więc wartością subiektywną, wypracowaną poglądami, przekonaniami i postępowaniem danej osobowości, a istnieje tak długo, póki jednostka jest jej nośnikiem i posiada znaczący wpływ na innych członków wspólnoty. Autorytet ma wartość moralną, najczęściej bez przypisanych korzyści. Zdobywa się go najczęściej pracą nad sobą, wiernością pożądanym i uznawanym społecznie zasadom. Jest więc chyba jasne, że można zdobyć prestiżowe stanowisko w danej instytucji nie posiadając autorytetu i pełnić określoną funkcję przy pomocy środków nie płynących z osobistych zasług, a z nadania, np. rządzącej partii politycznej, czy nawet z historycznego przypadku, w oparciu o siły przymusu. Jest jednak pożądane, aby odpowiedzialne i prestiżowe stanowiska zajmowali ludzie o stosownym autorytecie. WYSPA NAUKIPrzejdźmy do konkretu. Mam na myśli szkołę wyższą, jako instytucję. Wiadomo, że zwłaszcza uniwersytet posiada wielowiekową tradycję, jako źródło wiedzy oraz miejsce studiów uczącej się elity. Już w wiekach średnich wykształciły się struktury uczelniane. Ówcześni myśliciele i poszukiwacze prawdy, w praktyce wtajemniczania w arkana wiedzy, stworzyli stanowiska służące do kierowania instytucją i jej majątkiem oraz stopnie wskazujące na zaawansowanie w inicjacji naukowej. Tytuł mistrza uprawniał do prowadzenia własnej szkoły w danej dyscyplinie. „Szkołą” była gromada słuchaczy, widomy znak autorytetu naukowego. Droga do tego tytułu i samodzielności, w zależności od czasów, nie była łatwa, bowiem rygorystycznie pilnowali jej najbardziej zasłużeni, którym zależało nie na ilości, a na jakości. Uniwersytet był wyspą nauki w morzu praktycznej rzeczywistości. Toteż miał liczne swobody nadawane przez panujących, którzy sprawowali też patronat nad jego sytuacją materialną. Cieszył się też uznaniem i dlatego wykształcił swoisty samorząd, budujący atmosferę powagi i szacunku dla nauki i jej pracowników. Jak każda tajemnicza i nie dla każdego dostępna działalność, obrastała nauka w zewnętrzne cechy rytuału, które świadczyły o niezwyczajnej odrębności tej grupy. Nie tylko więc stopień naukowy, ale również toga, łańcuch czy berło, widome znaki władzy, stały się przedmiotem pożądania i nie tyle autorytetu, co właśnie prestiżu, wynikającego z zajmowanego stanowiska. Najważniejszą jednak cechą uczelni wyższej była działalność naukowa. Osiągnięcia naukowe uczonych, ich własny dorobek był źródłem wykładanej wiedzy. Studiowało się u swojego profesora, było się jego uczniem, pod wpływem i w obcowaniu z nim kształtowało się wiedzę i osobowość. Po uczniach i ich pracach poznawało się mistrza. Mistrz był oczywiście autorytetem dla studenta. Ale to przecież stare, później ośmieszane, feudalne czasy. Terminowanie, stan czeladniczy i mistrzowski przechował się jedynie w prywatnym rzemiośle, choć i tam próbowano wyplenić stare obyczaje. EROZJA ETOSUKolejne lata nadgryzły uniwersytecki obyczaj. Jednakże struktury wewnątrz instytucji przetrwały, a z nimi stanowiska rektora, dziekanów, kierowników katedr i inne. Przetrwały też pozycje władzy omotane rzadko stosowanymi regulaminami, często zapomnianymi. Nic dziwnego, że życie uczelni okryte jest rąbkiem tajemnicy, a ewentualne skandale skrzętnie duszone w zarodku. Na zewnątrz zaś funkcjonuje w społeczeństwie mit szkoły wyższej jako świątyni nauki. Uczeni jeszcze w pierwszej połowie kończącego się wieku należeli do śmietanki inteligencji, która wywodziła swoje korzenie ze stanu rycerskiego, gdzie obowiązywało honorowe postępowanie. Pracownika nauki obowiązywał np. odpowiedni strój, co świadczyło o szacunku wobec drugiego człowieka, również studenta. Okres „wtargnięcia ludu z przedmieść do miasta”, tylko częściowo podtrzymał dawne obrządki. Zostało więc tylko opakowanie. Zawartość zaś musiała dorabiać się jakości w trybie przyśpieszonym. Ponieważ nowe czasy zapowiadały szerszy dostęp młodzieży do studiów, potrzeba było także liczniejszego „zaciągu” pracowników naukowo-dydaktycznych, a to z kolei zahamowało w kolejnych latach równomierny napływ kadry. Stąd dzisiejsza luka pokoleniowa. Żywiołowy biznes uczelniany i duże zapotrzebowanie na nauczycieli akademickich, którzy dorabiają na kolejnych etatach, spowodowały zaniechanie poważniejszej pracy naukowej. Wiele prywatnych uczelni, aby istnieć i mieć pełne prawa akademickie, zwabia emerytowanych profesorów, kusząc ich wynagrodzeniem wyższym niż emerytura. Jest to próba budowania prestiżu. A autorytet? Zawodzi, bowiem do zapracowania nań potrzebny jest czas. Tego przeskoczyć się nie da. Obniżony poziom naukowy uczelni, słabość dydaktyki, brak kontroli jakości kształcenia nie mogą trwać długo. Uczelnie potrzebują sanacji. Zadbajmy o nadwątlony autorytet uczonych, o prawdziwy prestiż stanowisk w strukturze organizacyjnej uczelni, by zajmowali je ludzie z autorytetem, dojrzali naukowo, kompetentni. Dr Aleksander Wesołowski, socjolog wychowania, rodziny i pracy, jest emerytowanym docentem Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. |
|
|