Nauka w Puławach
Poprzedni Następny

 

Puławy, niewielkie miasto nad Wisłą, znane głównie z Zakładów Azotowych, 
jest prężnym, rozwijającym się ośrodkiem naukowym.

Piotr Kieraciński


Fot. Piotr Kieraciński

Pałac Czartoryskich, siedziba IUNG

Przy drodze wylotowej z Puław w kierunku Kazimierza Dolnego stoi pałac Marynki. Mieści się tu jedyna w Polsce placówka naukowa zajmująca się pszczołami – Oddział Pszczelnictwa Instytutu Sadownictwa i Kwiaciarstwa ze Skierniewic. Niewielki pałacyk położony jest na wiślanej skarpie, ale poza murem parku pałacowego Czartoryskich. Z dziedzińca przed „Marynkami” (jak mawiają w Puławach) wiedzie do parku tajemniczo wyglądająca, nieco zaniedbana, sklepiona łukiem murowana brama, tonąca teraz w świeżej zieleni budzących się do życia drzew. Brama po przeciwnej stronie dziedzińca, metalowa – właściwie bramka czy furtka – znacznie mniej romantyczna, wiedzie do „Mysiego domku”. To drugi budynek należący do Oddziału Pszczelnictwa. Nazwa tego zupełnie współczesnego obiektu pozostała po urzędujących tu niegdyś zootechnikach, którzy dawno już wynieśli się do podkrakowskich Balic i zapewne nie wiedzą, że w Puławach wciąż istnieje – powiększony o jedno piętro – budynek, w którym niegdyś hodowali doświadczalne myszy.

TRZMIEL I CHMIEL


Fot. Piotr Kieraciński

Prof. Marian Truszczyński, dyrektor PIWet

Inni puławscy uczeni ciepło mówią o Oddziale Pszczelnictwa: „pszczółki na Marynkach”. A „pszczółki” zajmują się nie tylko pszczołami. Badają także inne owady, które mogą być wykorzystane w różnych działach rolnictwa jako zapylacze. – Rola zapylaczy bardzo często nie jest doceniana przez rolników i ogrodników – mówi prof. Wojciech Skowronek, zastępca dyrektora ISiK ds. Oddziału Pszczelnictwa. Nazwa „pszczelnictwo” wyraża naukowy aspekt zajmowania się pszczołami, w przeciwieństwie do pszczelarstwa, które dotyczy aspektów praktycznych, związanych z pozyskiwaniem produktów pszczelich. Od tych niewielkich, pracowitych człowiek uzyskuje sześć różnych substancji: obok powszechnie znanego miodu, także wosk, mleczko, pyłek kwiatowy, kit pszczeli, a w końcu jad, który także w minimalnym zakresie wykorzystywany jest do produkcji surowic. W Oddziale Pszczelnictwa opracowywane są polskie standardy, dotyczące tych produktów. Na Marynkach hodowane są nie tylko pszczoły – instytut ma w tej chwili ok. 500 rodzin pszczelich – ale także pszczoły samotnice (nie mają wiele wspólnego z pszczołami miodnymi, mimo identycznej nazwy) oraz trzmiele. Próby kontrolowanej hodowli trzmieli dla potrzeb gospodarstw szklarniowych – w przeciwieństwie do pszczół, trzmiele chętnie oblatują pomidory – podjęte przed laty w Puławach, były pionierskimi nie tylko w skali naszego kraju. Dziś placówka sprzedaje matki trzmieli ogrodnikom. Udało się także nauczyć te sympatyczne owady wcześniejszego wstawania z zimowego snu. A wszystko po to, żebyśmy mogli już wiosną jeść polskie pomidory.


Fot. Piotr Kieraciński

Lubelszczyzna jest jednym z największych w Polsce, a do niedawna także w Europie, regionów uprawy chmielu. A z chmielu mamy co? Nie oszukujmy się, nie tylko szampon tatarakowo-chmielowy. Lubelskie chmielnictwo przeżywa ciężkie czasy. Uprawa chmielu – a hoduje się tu aromatyczną odmianę „Lubelski” – jest bardzo kosztowna i pracochłonna. – Tu to mają dobrą ziemię – mówią przejeżdżający samochodami przez te tereny, spoglądając na chmielniki – ogromne pola naszpikowane wysokimi jak słupy trakcji elektrycznej palami. Jak zadbać o roślinę, która musi rosnąć tak wysoko? Jak przeprowadzić niezbędne zabiegi agrotechniczne na wysokości pięciu metrów? Puławscy specjaliści z Instytutu Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa postanowili wyhodować niskorosnącą odmianę aromatyczną, dającą się uprawiać na znacznie niższych konstrukcjach szpalerowych. Są już bliscy sukcesu. To jednak nie koniec problemów polskich chmielarzy. Wraz z otwarciem naszego rynku, browary przeszły na technologię opartą nie na prasowanym czy granulowanym chmielu, ale na ekstrakcie chmielowym. A tego w Polsce się nie produkuje. Nie ma zatem komu sprzedać aromatycznych szyszek. Chmielniki stoją puste, podobnie jak ten ogromny w Michalowie koło Szczebrzeszyna, należący do Jana Zamojskiego, potomka „tego” Jana Zamojskiego. Cóż na to poradzi IUNG? A od czegóż „pomoc sąsiedzka”?

PIWO I MAPY

Na przeciwnym krańcu Puław rozsiadła się wielka chemia – Zakłady Azotowe SA, a na terenie fabryki – Instytut Nawozów Sztucznych. Największe osiągnięcia tej placówki związane są właśnie z ciągiem azotowym. Znakomita technologia syntezy amoniaku, w której pracuje instalacja w Kędzierzynie–Koźlu, gdzie zużycie energii na wyprodukowanie tony spadło do połowy (32 GJ), a wydajność jest niemal najwyższa na świecie (1,5 tys. ton na dobę). Siedem nowoczesnych katalizatorów ciągu azotowego, w tym, zdaniem dr. Bolesława Skowrońskiego, dyrektora INS, najlepszy na świecie katalizator do utleniania amoniaku. Kolejne osiągnięcie to linia do produkcji kwasu azotowego, zainstalowana w Tarnowie, gdzie emisja szkodliwych substancji wynosi tylko 40 p.p.m. (40 cząstek zanieczyszczeń na milion emitowanych cząstek). Zakłady produkujące kwas azotowy znane były dotychczas z buchającego z kominów brązowego dymu. Dr Józef Sas, wicedyrektor INS mówi: – Nowa technologia daje zauważalny efekt: fabryka pracuje, a komin nie dymi. Niedawno opracowano, wspólnie z Instytutem Chemii Przemysłowej oraz Zakładami Azotowymi w Tarnowie, technologię wytwarzania polidioksanu – tworzywa konstrukcyjnego, stosowanego m.in. w karoseriach samochodowych. Została ona sprzedana, wraz z dokumentacją linii produkcyjnej i szkoleniem załogi, do Chin. Powrót INS do rolnictwa to technologia otrzymywania nawozów mineralno-organicznych z osadów ściekowych. Instalacje przeznaczone do tego pracują już m.in. w pobliskim Nałęczowie oraz Dębicy.

Ostatnio to właśnie chemicy pospieszyli na ratunek chmielarzom. Dr Skowroński kieruje projektem badawczym, którego celem jest stworzenie oryginalnej technologii otrzymywania ekstraktu chmielowego przy pomocy dwutlenku węgla w warunkach nadkrytycznych (wysoka temperatura i wysokie ciśnienie). Na razie technologia, która przeszła już próby na instalacji półprzemysłowej, nie będzie sprzedana. Instytut ma dość miejsca, które mógłby wynająć, ale może też zbudować na miejscu linię przemysłową do produkcji ekstraktu i wytwarzać go u siebie. Taka linia ma zacząć pracę już w najbliższym sezonie chmielarskim. I tak dzięki „wielkiej chemii” wkrótce znów napijemy się piwa z aromatycznego chmielu „Lubelski”.

Nietypową „produkcję” naukową prowadzi także Instytut Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa – tworzy numeryczne mapy glebowo-klimatyczne dla potrzeb... wojska. Stratedzy muszą wiedzieć, którędy, w jaką porę roku i pogodę można przeprowadzić – poza utwardzonymi szlakami komunikacyjnymi – ciężki sprzęt wojenny. Mapy dla wojska powstają przy okazji prowadzenia badań nad glebami naszego kraju dla zupełnie innych celów. Dr Tomasz Stuczyński, kierownik Zakładu Gleboznawstwa i Ochrony Gruntów, opowiada o zintegrowanym systemie informacji o rolniczej przestrzeni produkcyjnej, realizowanym na zamówienie ministra rolnictwa. W ramach tego projektu powstają numeryczne mapy terenu Polski, zawierające wszelkie informacje o terenie: glebach, środowisku, zanieczyszczeniach, obszarach chronionego krajobrazu i parkach narodowych, dane klimatyczne. Wszystkie te warstwy można nakładać na siebie, aby uzyskać pożądane informacje o określonym regionie. – Każdy obiekt na mapie numerycznej zapisany jest w postaci wektora. Wskazując na taki obiekt, możemy poznać jego atrybuty. Aby takie informacje były dostępne, trzeba było je zgromadzić. Wymagało to wielu lat badań. W ostatnim dziesięcioleciu np. badano dokładnie stan gleb w naszym kraju pod kątem zanieczyszczenia substancjami chemicznymi, m.in. metalami ciężkimi, siarką i tlenkami azotu. Pobrano i przeanalizowano prawie 50 tys. próbek gleby. – W początkach lat 90. pojawiły się informacje, że nasz kraj jest bardzo zanieczyszczony – mówi dr Stuczyński. – Nasze badania dowiodły, że nie jest to prawda. Ponad 95 proc. gleb użytkowanych rolniczo jest czystych lub tylko w bardzo niewielkim stopniu zanieczyszczonych. Można co najwyżej mówić o ograniczeniu na pewnych niewielkich obszarach produkcji warzyw na odżywki dla dzieci. Problem wyniknął z ekstrapolacji danych uzyskanych na Górnym Śląsku na cały kraj. Był on jednak poważny, gdyż za informacjami o zanieczyszczeniach, rozpowszechnianymi niekiedy przez naukowców, liczących na granty badawcze z Zachodu, poszły ograniczenia w możliwości eksportu wielu produktów rolnych. Tymczasem gleby większości krajów zachodnich są w znacznie gorszym stanie niż użytki rolne w Polsce.

CZYSTA ŻYWNOŚĆ

W Puławach jest jeszcze jedna placówka naukowa – Państwowy Instytut Weterynaryjny, w którym nie leczy się zwierząt. Pracownicy PIWet zajmują się natomiast pozostałościami zanieczyszczeń środowiska w żywności pochodzenia zwierzęcego. Do określania zawartości substancji chemicznych w próbkach żywności stosuje się m.in. specjalistyczne metody instrumentalne i kosztowną aparaturę: spektrofotometry oraz chromatografy gazowe i cieczowe służą do oznaczania zawartości metali, pozostałości leków oraz polichlorowanych bifenyli, niegdyś powszechnie stosowanych przez przemysł, a dziś zakazanych. Wnioski z monitoringu są optymistyczne. Żywność pochodzenia zwierzęcego produkowana w Polsce jest czysta. – Czy zdarzają się u nas afery podobne do belgijskiej afery z dioksynami? – pytam dr Alicję Niewiadomską. – W każdym razie my o nich nie wiemy – pada odpowiedź. – Gdyby taka sytuacja miała miejsce, wiedzielibyśmy o tym. W Belgii np. bydło padało po spożyciu paszy zatrutej dioksynami z przepracowanego oleju transformatorowego. Tego nie dało się ukryć.

PIWet monitoruje też sytuację epidemiologiczną i epizootiologiczną w kraju. Opracowano tu metody rozpoznawania wielu zwierzęcych chorób zakaźnych. – Udało nam się wyeliminować szereg groźnych chorób zwierząt domowych – mówi prof. Marian Truszczyński, dyrektor PIWet – m.in. gruźlicę, pryszczycę, klasyczny pomór świń. W instytucie wytworzono szczepionki przeciw tym chorobom, które wdrożyły do produkcji Puławskie Zakłady Przemysłu Weterynaryjnego. – Czy występuje u nas choroba wściekłych krów? – pytam. – Monitorujemy polskie bydło pod tym kątem – wyjaśnia prof. Truszczyński – i w ciągu kilku lat nie stwierdziliśmy takiego obrazu histopatologicznego mózgu krowy, który jest charakterystyczny dla tej choroby.

PIWet jest ośrodkiem referencyjnym. Opracowuje szereg procedur i norm związanych z monitorowaniem, rozpoznawaniem, zapobieganiem i leczeniem chorób zakaźnych zwierząt. Dostosowuje także do siebie normy krajowe i europejskie w tym zakresie. – Jeżeli sytuacja będzie rozwijać się tak, jak do tej pory, to wkrótce czeka nas powiększanie bazy lokalowej i kadry naukowej – mówi dyrektor instytutu. Na szczęście miejsca na rozwój jest dosyć. – Problemem pozostają fundusze na inwestycje lokalowe, gdyż pod względem zaopatrzenia w aparaturę mieliśmy dziesięć znakomitych lat i stoimy na najwyższym europejskim poziomie – kontynuuje prof. Truszczyński.

HISTORIA I WSPÓŁCZESNOŚĆ

Historia puławskiego ośrodka naukowego sięga połowy XIX wieku. W 1862 r. zamknięto Instytut Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa w Marymoncie koło Warszawy. W pałacu Czartoryskich w Puławach utworzono wówczas szkołę wyższą o nazwie Instytut Politechniczny i Rolniczo-Leśny. Była to pierwsza wyższa uczelnia rolnicza w tej części Europy. W 1869 r. władze rosyjskie zlikwidowały polską placówkę, a na jej miejsce powołały Instytut Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa z rosyjskim językiem wykładowym. W latach 1869-1914 dyplomy tej uczelni uzyskało 2100 agronomów polskich i rosyjskich. Wówczas Puławy były silniejszym ośrodkiem niż Lublin. Wspomina te czasy wybitny botanik, Bolesław Hryniewiecki, opisując, jak w czasach gimnazjalnych zazdrościł puławskim studentom ich pozycji społecznej. W Puławach, dzięki staraniom Wasyla Dokuczajewa, wybitnego rosyjskiego gleboznawcy – poświęcona jego pamięci tablica znajduje się na ścianie wewnętrznego dziedzińca pałacu Czartoryskich – powstała pierwsza w świecie katedra gleboznawstwa. Pierwsza wojna światowa przerwała działalność instytutu. W 1917 r., za zgodą władz austriackich, uczeni utworzyli Instytut Naukowy Gospodarstwa Wiejskiego, który w wolnej Polsce zyskał miano Państwowego – PINGW. Placówka ta przetrwała aż do 1950 r. Wówczas została podzielona na kilka specjalistycznych jednostek, a w pałacu Czartoryskich pozostał instytut Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa, który właśnie świętuje jubileusz 50-lecia swego istnienia. Z PINGW wywodzą się wszystkie resortowe placówki naukowe związane z rolnictwem.

Pałac jest piękny. Położony na skarpie ponad doliną Wisły, tuż obok malowniczego, choć zaniedbanego starorzecza robi duże wrażenie. W otaczającym go starym, 30-hektarowym parku znajduje się jeszcze kilka charakterystycznych, zabytkowych budowli, mniej ważnych z punktu widzenia prowadzonych w instytucie badań. Jednak utrzymanie parku – każde drzewo zostało zinwentaryzowane i ma tabliczkę z numerem, wiele to obiekty pomnikowe – i pałacu stanowi poważne obciążenie dla IUNG. – To piękne pracować w takim pałacu – mówi doc. Seweryn Kukuła, dyrektor IUNG – ale nas nie stać na jego utrzymanie. Wolałby, aby placówka mieściła się w nowoczesnym pawilonie, przystosowanym do instalowania specjalistycznej aparatury i wyposażonym w nowoczesne media.

Na zniszczoną i nienowoczesną bazę lokalową narzekają także pracownicy PIWet. Brakuje im miejsca na aparaturę oraz nowoczesnej zwierzętarni. Prof. Skowronek z dumą pokazuje mi wnętrze sali konferencyjnej pałacu Marynki: podłoga wyłożona wielobarwną mozaiką, stylowe, choć zupełnie współczesne meble, lustra. – Dziś nie byłoby nas na to stać – mówi dyrektor Oddziału Pszczelnictwa, mając na myśli skromne środki finansowe, jakimi dysponuje instytut. Być może kasę placówki zasilą wkrótce fundusze ze sprzedaży zakładu doświadczalnego, który do badań nie jest potrzebny, a sąsiaduje bezpośrednio z puławskimi osiedlami mieszkaniowymi. Teren ponad 20-hektarowego sadu został już podzielony na działki budowlane, które wkrótce zostaną wystawione na sprzedaż.

Także IUNG pozbywa się niepotrzebnych zakładów doświadczalnych. Ma zamiar zostawić sobie tylko 6 takich jednostek, raczej tych mniejszych. Badania naukowe będą realizowane bliżej praktyki, w sieci współpracujących gospodarstw indywidualnych. W utrzymaniu pałacu Czartoryskich IUNG pomaga sobie wynajmując wolne pomieszczenia. Ma sporo wolnego miejsca, gdyż przez ostatnich 10 lat zredukowano zatrudnienie o połowę – z 780 do 370 pracowników. Część pomieszczeń wynajmuje Puławska Szkoła Wyższa, niepaństwowa placówka edukacyjna. W innym skrzydle wkrótce ruszy, uruchamiane wspólnie z UMCS, podyplomowe studium w zakresie kształtowania i ochrony środowiska. IUNG, który prowadzi także studium doktoranckie, ma uprawnienia do doktoryzowania i habilitowania. Studium doktoranckie istnieje też w posiadającym uprawnienia do doktoryzowania i habilitowania PIWet. Przy instytucie znajduje się ponadto Weterynaryjne Centrum Kształcenia Podyplomowego. Tak więc obok działalności naukowej, puławskie instytuty zajmują się kształceniem kadr naukowych.

POTENCJAŁ

Potentatem naukowym jest IUNG, który zatrudnia 23 profesorów tytularnych, 14 doktorów habilitowanych i 80 doktorów. PIWet – 14 profesorów tytularnych, 15 doktorów habilitowanych i 47 adiunktów. W niewielkim Oddziale Pszczelnictwa ISiK pracuje 1 profesor na pełnym etacie i 2 profesorów emerytowanych na połowach etatów, 2 docentów na etatach i 2 na połowach etatów oraz 6 adiunktów z doktoratami. INS zatrudnia 2 doktorów habilitowanych i 15 doktorów. Jednak, jak podkreśla dr Skowroński, istotą działania placówki nie są badania podstawowe, ale technologie i ich wdrażanie do praktyki gospodarczej. Trzech puławskich profesorów należy do Polskiej Akademii Nauk. Prof. Marian Truszczyński, który pełnił funkcję wiceprezesa PAN, z dumą podkreśla, że są pracownikami PIWet i że przyczynili się niemało do utworzenia lubelskiego oddziału Akademii. W sumie w Puławach pracuje 40 profesorów tytularnych, 35 doktorów habilitowanych i ok. 150 doktorów w 4 instytutach naukowych, należących do pionu JBR.

Swoją wizytę w nadwiślańskim miasteczku, znanym głównie z Zakładów Azotowych, kończę u pszczelników. Prof. Skowronek przypomina, że kierowana przez niego placówka zajmuje się nie tylko owadami. Każda nowa odmiana roślin, wprowadzana do uprawy jest tu badana pod kątem potrzeb w zakresie zapylania. Pszczelarze uważali, że nowe odmiany rzepaku o niskiej zawartości oleju erukowego, są niechętnie oblatywane przez pszczoły. – Nasze badania wskazują, że wszystko jest w porządku – mówi prof. Skowronek. Raczej nie ma nic do ukrycia, pszczelnicy to bowiem pasjonaci, szczerzy i otwarci. Po pracy z pszczołami wracają do domów, by oddać się swojej pasji – hodowli pszczół. Wychodząc z pałacu Marynki wstępuję do sklepu „Barć”, prowadzonego przez Oddział Pszczelnictwa, gdzie kupuję kilka słoików gatunkowych miodów, wyprodukowanych w naukowych pasiekach.

Uwagi.