Faunistyka w stanie zapaści
Poprzedni Następny

 

Specjalizacja jest źródłem przesądów 
o niewielkiej wartości badań faunistycznych, 
dla wydawców zaś źródłem ryzyka. 
Jak bowiem odróżnić prace bezwartościowe 
od ważnych i potrzebnych?

Stanisław Czachorowski


Rys. Elżbieta Chechocińska

Wielokrotnie spotkać się można z opiniami, że badania faunistyczne są niepotrzebne, nienaukowe i niewarte finansowania czy publikowania, że to działalność amatorów, aktywność hobbystyczna, XIX-wieczne „zacofanie”. Opinia ta, funkcjonująca od wielu lat, wydaje się być coraz bardziej popularna. Indeksy cytowań, rankingi pism z listy filadelfijskiej dostarczają ponoć dodatkowych argumentów na rzecz rezygnacji z badań faunistycznych, jako mało płodnych naukowo. Czy to prawda, czy tylko przesąd?

Badania faunistyczne dotyczą fauny, czyli zwierząt. W formie publikacji często stanowią spisy gatunków występujących w różnych miejscach z dołączonymi analizami o charakterze ekologicznym, zoogeograficznym, systematycznym czy dotyczącymi ochrony przyrody. Badania takie liczne były w XVIII i XIX wieku. Czy publikowanie spisów gatunków jest w ogóle potrzebne i czy coś wnosi do nauki?

WARTOŚĆ NOWOŚCI

O przydatności pracy (publikacji) decyduje przede wszystkim to, czy wnosi coś nowego do nauki. Nie ma znaczenia, na jaki temat czy w jakiej dyscyplinie. O przydatności naukowej pracy decyduje nie to, czy dotyczy roślin, zwierząt, komórek, genów, ekosystemów, lecz czy jest twórcza i potrzebna innym badaczom. W znacznej mierze indeksy cytowań wymyślono właśnie po to, aby statystycznie i w miarę obiektywnie sprawdzać, które tematy badawcze są inspirujące i przydatne dla innych badaczy. Taka informacja jest ważna ze względu na decyzje o wydawaniu pieniędzy (dodajmy: publicznych lub pochodzących z przedsiębiorstw), jak i ocenianie naukowców.

Każde narzędzie jest ułomne i jego wartość zależy od tego, czy rozumiemy to, co ono mierzy. Na listach rankingowych prace o charakterze faunistycznym zajmują relatywnie niskie pozycje. A zatem są rzeczywiście mało warte? To byłby zbyt pochopny wniosek. Przede wszystkim dlatego, że faunistów specjalistów od poszczególnych grup bezkręgowców jest niezwykle mało. Stąd niewielki krąg odbiorców wykorzystujących te badania. Kolejną konsekwencją małej grupy badaczy jest wolny postęp. Dlatego prace faunistyczne cytowane są (wykorzystywane!) przez 20-30 lat, a nierzadko znacznie dłużej. W dyscyplinach intensywnie się rozwijających, gdzie pracują duże i liczne zespoły, postęp dokonuje się bardzo szybko, więc prace cytowane są przez najwyżej kilka lat (wyjątki potwierdzają tylko regułę). W odniesieniu do prac faunistycznych w indeksie cytowań należałoby uwzględnić okres co najmniej 20-30 lat. To zbyt długo dla podejmowania decyzji personalnych czy finansowych.

Ta oczywista kwestia znajduje swoje odzwierciedlenie w wykorzystywaniu indeksu cytowań: porównuje się autorów i czasopisma w obrębie jednej dyscypliny. Dzięki temu udaje się w mniejszym lub większym stopniu ominąć wadliwość samego wskaźnika (bo rozumie się jego istotę). Zatem rankingi pism naukowych wcale nie przemawiają przeciwko badaniom faunistycznym.

Badania kiepskie i nic nie wnoszące zdarzają się w każdej dyscyplinie. Jest to ogólny koszt uprawiania nauki. Bezwartościowe dla badań naukowych spisy (np. kolekcjonerskie spisy znaczków pocztowych czy kolekcji monet) znaleźć można w wielu dziedzinach. Mogą to więc być doniesienia i listy gatunków roślin, zwierząt, kolejne informacje o składzie chemicznym „czegoś”, kolejny opis struktury genu, struktury związku chemicznego, odległości jednej gwiazdy od drugiej. O wartości takiej pracy decyduje nie to, czego dotyczy, lecz czy wnosi coś nowego.

A zatem, czy badania faunistyczne mogą wnieść coś nowego? To oczywiście zależy od konkretnego tematu. Publikowanie informacji o składzie gatunkowym ssaków, ptaków czy płazów z Olsztyna, Warszawy bądź Pacanowa wydaje się zbędne. Te zagadnienia są dobrze poznane i już wcześniej wielu autorów podobne dane publikowało. Stąd tendencja do wyszukiwania innych aspektów, dotyczących zmienności cech osobniczych, różnic genetycznych, zjawisk demograficznych, wpływu zanieczyszczenia itp.

igła w stogu siana

Wyobraźmy sobie jednak naukowca, który chce policzyć aktywność nietoperzy w Olsztynie w zależności od jakiegoś ambitnego czynnika (niech to będzie np. zanieczyszczenie powietrza lub liczba i częstość koncertów rockowych). Obserwacje swoje prowadzi od rana do wieczoru. Wnioski będą zapewne ciekawe: nietoperzy nie ma w ogóle (a jeśli się jakiś trafi, to odpowiednia metoda statystyczna wykaże, że koncerty rockowe odstraszają nietoperze).

Elementarna wiedza pozwoli wykazać absurdalność takich badań. Każde dziecko wie, że nietoperze aktywne są nocą, a nie za dnia. Żeby rozpocząć jakiekolwiek, dogłębne badania, musimy mieć elementarne podstawy. W odniesieniu do wielu grup bezkręgowców takich podstaw nie mamy. Niektóre badania o charakterze bardzo „ambitnej” ekologii, fizjologii, biochemii itp. są absurdalne i bezwartościowe, bo brakuje podstaw. Żadna, nawet najbardziej nowoczesna aparatura, żadna najbardziej wyrafinowana statystyka nie „podrasuje” takich badań.

Wszystko, co łatwe, zostało już zrobione. Teraz trzeba poszukiwać nowych metod, tematów czy problemów. Posługujemy się coraz dokładniejszymi przyrządami, coraz bardziej wyrafinowanymi metodami i formułami statystycznymi. Dzięki komputerom analizujemy coraz większe zbiory danych. Rozpoznawanie ptaków czy ssaków wcale nie jest trudne: w pierwszej lepszej księgarni zakupimy odpowiednie atlasy. Dla badań faunistycznych jest więc prosta metodyka, łatwo się jej nauczyć i łatwo stosować. I nic dziwnego, że w ornitologii tak dużo zrobiono, a informacje o tym, że gdzieś widziano sikorkę czy bociana, są mało atrakcyjne naukowo. Ornitolodzy muszą w badaniach stosować coraz bardziej wyrafinowane metody i stawiać sobie coraz to nowe hipotezy badawcze, najczęściej dalekie od prostych badań faunistycznych. Ale tych wniosków nie można przenosić na zoologię bezkręgowców. Po pierwsze dlatego, że jest tu nieporównanie więcej gatunków, a po wtóre rozpoznawanie tych gatunków jest niezwykle trudne. Opanowanie sztuki oznaczania wymaga wielu lat ciężkiej pracy. Jest to trudny warsztat, aczkolwiek bez drogiej aparatury (czasem wystarczy tylko binokular czy mikroskop). Specjalistów od danej grupy zazwyczaj jest niewielu. W Polsce można ich policzyć na palcach jednej ręki. Nic więc dziwnego, że powstały ogromne luki. Nie wszystkie gatunki zostały opisane, stąd XIX-wieczny charakter niektórych badań. Trzeba najpierw opisać gatunki, poznać ich biologię: miejsca występowania, rozwój itp. Inaczej będziemy rozstawiać sieci do połowu nietoperzy za dnia.

efekt zaniedbania

W ubiegłym roku przygotowywałem opracowanie dotyczące oceny zagrożenia owadów wodnych Polski. Kłopotem było nawet ustalenie listy gatunków występujących w naszym kraju. Szacunkowo jest ich około 3340. Dlaczego około? Bo taki jest stan badań. Wykazywanie nowych gatunków dla Polski wcale nie oznacza, że one się teraz dopiero pojawiają (migrują z innych obszarów). Jeszcze trudniej było oszacować stopień zagrożenia: ile gatunków wymarło, ile jest zagrożonych wymarciem, ile jest rzadkich? Obecnie o blisko 80 proc. gatunków niczego w tej sprawie nie można powiedzieć, bo brakuje danych. Tych pogardzanych danych faunistycznych. Przygotowywana jest „Czerwona Księga Zwierząt Polski”. Z konieczności dominują w niej duże kręgowce. W nowym wydaniu znacznie poszerzona będzie część dotycząca bezkręgowców. Mamy jednakże bardzo poważne kłopoty z ustaleniem, które gatunki są zagrożone i w jakim stopniu. A jest to efekt zaniedbania badań faunistycznych. Bez tych podstawowych informacji niemożliwe są żadne wiarygodne monitoringi zmian fauny bezkręgowców, zarówno w zakresie wpływu człowieka i jego działalności, zmian klimatycznych, jak też promieniowania kosmicznego. Żeby liczyć nietoperze najpierw trzeba wiedzieć, że są, umieć odróżniać gatunki i wiedzieć, że są aktywne w nocy.

W odniesieniu do większości zwierząt bezkręgowych nie wiemy, jakie gatunki występują w Polsce i jak są rozmieszczone. Bez tego nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na podstawowe pytania: czy następuje jakakolwiek zmiana gatunków, czy jakieś zanikają, wymierają, czy jakieś pojawiają się, jak zmieniają się ich zasięgi występowania, jak je chronić, jak prognozować zmiany, co będzie się dalej działo? Czy to, że jakieś gatunki wymierają, to źle, czy też może dobrze?

J. Ejsmont-Karabin i A. Karabin, naukowcy ze Stacji Hydrobiologicznej Instytutu Ekologii PAN, w artykule z 1999 roku Czy faunistyka znów będzie modna, czyli kilka niewesołych refleksji z prac nad kluczem, monografią i ekspertyzą, podają kilka interesujących wniosków. Gwoli ścisłości dodam, że wrotki to grupa zwierząt bezkręgowych o łacińskiej nazwie Rotifera. W ramach szerszych badań należało na wstępie ustalić listę gatunków Rotifera występujących w Polsce. Zdawałoby się, rzecz bardzo prosta, o charakterze zwykłej ekspertyzy, która nie powinna zająć więcej niż kilka dni pracy. Okazało się jednak, że właśnie brak rejestracji obecności wrotków, a więc odłożenie na długie lata do lamusa badań typowo faunistycznych, jest przyczyną obecnych kłopotów w opracowaniu takiej listy. Listy gatunków publikowane w pracach o charakterze ekologicznym w wielu przypadkach okazały się niewiarygodne (oznaczenia gatunków niepewne).

Przy opracowywaniu klucza do oznaczania wrotków należało najpierw ustalić listę gatunków. Jeśli zsumować opublikowane dane, było ich 465. Zbieranie materiału do klucza przyniosło wykazanie kilkudziesięciu nowych dla Polski gatunków. Jednakże zweryfikowanie opublikowanych danych pozwoliło stwierdzić, że część opisywanych gatunków (najczęściej zupełnie egzotycznych) pojawiła się w wyniku błędu nie-specjalistów prowadzących badania ekologiczne. W rezultacie ostateczna lista zawiera zaledwie 448 gatunków. Duże obszary Polski jednakże nie zostały zbadane, stąd ostateczna liczba gatunków może być dużo większa (w krajach sąsiednich jest 149 gatunków, których u nas też można się spodziewać). Autorzy opracowania stwierdzają: Nie znamy nawet przybliżonej liczby gatunków Rotifera występujących we wszystkich środowiskach wodnych Polski. Podobne wnioski można wyciągnąć w odniesieniu do wielu grup bezkręgowców (najczęściej zwierząt bardzo małych, niepozornych, trudnych w obserwacji).

Najlepiej poznany ekosystem

We wspomnianym opracowaniu autorzy podają także przykład Jeziora Mikołajskiego, uważanego – dzięki długoletnim (od 1953 roku) i wszechstronnym badaniom hydrobiologicznym – za jedno z najlepiej poznanych jezior na świecie i najlepiej w Polsce. Przeprowadzono liczne eksperymenty, lecz zaniedbano podstawowe badania faunistyczne. W rezultacie wiemy więc, jaka była produkcja, respiracja (...) czy budżet energetyczny zooplanktonu w tym jeziorze, brak natomiast podstawowych, wydawałoby się, informacji – jakie gatunki ten zespół tworzyły i jaka była ich liczebność. Przy takich lukach dalsze badania eksperymentalne niewiele nowych informacji przyniosą. Dobrze zbadano biocenozy planktonowe śródjezierza czy bentosu profundalu, a bardzo mało wiemy o litoralu. We wspomnianym jeziorze nie badano do tej pory większości grup owadów wodnych oraz takich bezkręgowców jak Cnidaria, Turbellaria, Branchiopoda. Umyślnie nie podaję polskich nazw tych zwierząt, czyniąc trudności niespecjalistom w zrozumieniu tego fragmentu.

Sam prowadziłem i prowadzę badania nad chruścikami, owadami z rzędu Trichoptera, których larwy prowadzą wodny tryb życia. Analizowałem publikowane informacje o zagęszczeniu tych owadów w litoralu jezior. Dane te były bardzo rozbieżne. Po przeprowadzeniu własnych badań faunistycznych możliwe było określenie charakterystyk rozmieszczenia larw chruścików w litoralu. Wyraźne różnice w rozmieszczeniu, zarówno w zależności od trofii jeziora, strefy litoralu, siedliska, jak i okresu fenologicznego, ukazały przyczynę wyżej wymienionych rozbieżności, taką samą, jak w przypadku obserwowania nietoperzy za dnia. Dopiero po poznaniu struktury rozmieszczenia można zaplanować sensowniejsze badania dotyczące oszacowania całkowitej liczebności, biomasy czy produkcji, dodatkowo analizując odrębne gatunki.

Inny przykład. W badaniach nad ważkami odonatolog P. Buczyński z UMCS w Lublinie wykazał gatunki o rozmieszczeniu śródziemnomorskim, występujące u nas głównie w zbiornikach powstałych po wyrobiskach żwiru i piasku. Czy jest to dowód na pojawianie się gatunków południowych wraz z ocieplaniem klimatu? Bynajmniej. Nie mamy nawet pewności, czy te gatunki pojawiają się w naszym regionie po raz pierwszy. Wysunięto nawet hipotezę, że gatunki te powracają. Wcześniej mogły występować w zbiornikach dolin rzecznych, zaś po regulacji większości rzek środkowoeuropejskich wyginęły. Teraz kolonizują ponownie podobne siedlisko. To nic, że pochodzenia antropogenicznego. Ale to tylko hipoteza, której nie można by postawić, gdyby nie badania faunistyczne! Co więcej, do weryfikacji potrzebne są kolejne badania. I musimy się spieszyć, bo rzek nizinnych z nieuregulowanym korytem i doliną jest już naprawdę niewiele.

W metodologii badań podkreśla się czasem, że prawdziwe badania naukowe dotyczą jedynie testowania hipotez. A skąd się te hipotezy biorą? Potrzebne są obserwacje i badania opisowe, żeby mogły się narodzić. W przeciwnym razie w niedługim czasie zweryfikujemy wszystkie obecnie wyartykułowane hipotezy. I naukowcy będą bezrobotni.

Cele naukowe

Przeprowadzane inwentaryzacje faunistyczne nie są celem samym w sobie. Nie są kolekcjonerskimi spisami posiadanych osobliwości. Są elementem bardzo ważnych międzynarodowych badań nad inwentaryzacją różnorodności biologicznej, prowadzonych m.in. po to, by sprawdzić, czy i jakie zmiany zachodzą. Ten lokalny i globalny monitoring (znacznie trudniejszy niż monitorowanie zmian warstwy ozonowej czy efektu cieplarnianego – tak modnych w ostatnich latach) ważny jest dla zrozumienia zmian zachodzących w biosferze i odróżnienia rzeczywistych zmian od zwykłej zmienności. Tak jak ważne jest odróżnienie normalnych zmian fizjologicznych (np. miesiączka) od chorobowych. W pierwszym przypadku nic nie trzeba robić, w drugim konieczne jest działanie lekarza.

Wieloletnie dyskredytowanie badań faunistycznych doprowadziło do widocznej zapaści, ze szkodą dla innych dziedzin wiedzy. Specjaliści znający dobrze metodykę (m.in. potrafiący poprawnie identyfikować poszczególne grupy bezkręgowców) są dziś rzadkością. W tę lukę czasem wchodzą niedouczeni amatorzy. Trudno jest recenzować prace faunistyczne dotyczące bezkręgowców, bo brakuje recenzentów (zbyt duża specjalizacja). Specjalista od jednego rzędu owadów wcale nie musi znać się na innym rzędzie (wiedzieć, co już zostało zrobione, a co jeszcze czeka na odkrycie), nie mówiąc już o bardziej odległych systematycznie grupach zwierząt bezkręgowych. Ta duża specjalizacja jest źródłem przesądów o niewielkiej wartości badań faunistycznych, dla wydawców zaś źródłem ryzyka. Jak bowiem odróżnić prace bezwartościowe od ważnych i potrzebnych?

Przy ocenie badań czy zgłaszanych do druku publikacji ważne są cele naukowe, dla których dokonujemy inwentaryzacji. Z drugiej zaś strony, badania faunistyczne powinny być publikowane, bo żadne bazy komputerowe publikacji nie zastąpią, m.in. dlatego, że są mniej trwałe niż zadrukowany papier.

Dr hab. Stanisław Czachorowski pracuje w Katedrze Ekologii i Ochrony Środowiska na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.

Uwagi.