|
1 września 1939 r. przeżywałem rozterkę – składać podanie czy nie składać?
Około godz. 10 zjawiłem się w Dużej Auli i, o dziwo,
musiałem ustawić się w kolejce.
Tadeusz Kański
Minęło 60 lat od czasu, gdy w historycznym dniu 1 września 1939 r., kilka godzin po wybuchu wojny, składałem podanie o przyjęcie na studia w Politechnice Warszawskiej. Mam do dziś dokument ze zdjęciem, okrągłą pieczęcią PW i nr dz. 276. Mogę domniemywać, że jest to jedyny egzemplarz ocalały z zawieruchy wojennej. 1 września był więc ostatnim dniem normalnej działalności uczelni przed długą okupacyjną przerwą. Może dokument stwierdzający ten stan powinien znaleźć się w archiwum politechniki?
GORĄCY CZAS
Dzisiaj każdego zdziwi składanie podań po wybuchu wojny, ale trzeba wczuć się w atmosferę tamtych dni. Już rok 1938 był gorący. 11 listopada 1938, jako maturzyści, bierzemy udział w defiladzie w mundurach Przysposobienia Wojskowego, z karabinami na ramieniu. Jesteśmy świadkami poświęcenia i przekazania miejscowemu pułkowi jednego karabinu maszynowego – daru społeczeństwa. Potem w różnych odstępach czasu bierzemy udział w manifestacjach: „Na Zaolzie!” – nie możemy przecież dopuścić, aby tamtejsi Polacy dostali się pod okupację niemiecką; następnie przeciw Litwie – z powodu antypolskich wystąpień premiera. W marcu 1939 obserwujemy przejazdy przez Radom na zachód kilkudziesięciu transportów wojskowych dziennie. Ale wojna jeszcze nie wybuchła. 11 maja otrzymujemy matury. W komisji poborowej dostajemy przydziały do podchorążówek, gdzie mamy stawić się na jesieni, po egzaminach na wyższe uczelnie. Czerwiec „spędzamy” przy intensywnych robotach i ćwiczeniach wojskowych na obozach Służby Polsce. Rozpoczynamy budowę fortyfikacji na granicy zachodniej. Norma 4 minut na wykopanie, załadowanie i odwiezienie o kilkadziesiąt metrów 120 taczek gruntu piaszczystego w ciągu 8 godzin nie jest lekką zabawą.
Po obiedzie, dla urozmaicenia, ćwiczenia wojskowe, musztra itp.
W sierpniu – kurs przygotowawczy do egzaminów na politechnikę, organizowany przez Bratnią Pomoc w stanowiącym jej siedzibę pałacyku przy ul. Koszykowej 80.
Egzaminy były faktycznie konkursowe, bo na niektóre wydziały zgłaszało się po 10 kandydatów na miejsce. Aby na uczelnię dostawali się rzeczywiście najlepsi, egzaminy na część wydziałów odbywały się we wcześniejszym terminie, a na pozostałe w nieco późniejszym, przy czym deklarowało się wybór dwóch wydziałów. Ja wybrałem Wydział Mechaniczny w pierwszym terminie i Inżynierii w drugim. Po zdaniu egzaminu miało się zapewnione miejsce w PW w następnym roku, po ukończeniu podchorążówki.
31 sierpnia nic nie wróżyło wybuchu wojny, przygotowałem więc wszystkie potrzebne dokumenty. 1 września przeżywałem rozterkę – składać podanie czy nie składać? Około godz. 10 zjawiłem się w Dużej Auli i, o dziwo, musiałem ustawić się w kolejce. Składając dokumenty zadałem jednak pytanie, czy warto to czynić. Usłyszałem słowa, które brzmią mi do dzisiaj, bo wielokrotnie opowiadałem to zdarzenie: – Wojna będzie toczyć się na granicy, a my będziemy normalnie egzaminować. Niestety, już następnego dnia było wiadomo, że żadnych egzaminów nie będzie. Jeszcze 3 września przeżywaliśmy euforię w związku z przystąpieniem Anglii i Francji do wojny. W ogromnym tłumie brałem udział w manifestacji pod ambasadą Francji, skandując nazwisko ambasadora: No?l, No?l! Potem pod ambasadą Anglii. Ale już 4 września opuściłem Warszawę.
PÓŁ DYPLOMU I ROK BRYDŻA
Po wojnie pierwszą wyższą uczelnią, rozpoczynającą zajęcia już w lutym 1945 r., była Politechnika Warszawska z tymczasową siedzibą w Lublinie, w gmachach przy ul. Spokojnej. Rektorem był prof. Antoni Ponikowski, rektor PW już w latach 1921-24, dziekan Wydziału Inżynierii w latach 1937-39. W inauguracyjnym wykładzie gratulował nam wyboru inżynierii budowlanej jako specjalności dającej szerokie możliwości w wielu zawodach. Zakończył słowami: – Ja właśnie ukończyłem taki wydział i byłem nawet premierem (w latach 1918 i 1921/22).
Na początku 1945 r., w obliczu trwających jeszcze działań wojennych, brak informacji powodował ciągły napływ chętnych do studiowania z sześciu okupacyjnych roczników. Dla nich w maju 1945 uruchomiono kolejny I semestr, na który i ja się dostałem. Przedłużająca się organizacja uczelni spowodowała, że indeksy zaczęto wydawać ze znacznym opóźnieniem. Żaden z ustawionych w ogromnej kolejce studentów nie chciał odebrać indeksu nr 13. Skorzystałem więc z tej okazji, a indeks okazał się bardzo szczęśliwy.
W lecie 1945 r. zaczęto organizować, a od października uruchomiono wykłady w Warszawie. Większość kadry politechniki z Lublina przeniesiona została do Bytomia, a tylko nieliczni przeszli do Warszawy. Studentom pozostawiono wolny wybór, z tym, że w Warszawie były tylko semestry nieparzyste. Musieliśmy więc czekać na II semestr lub rozpoczynać III semestr z warunkiem uzupełnienia egzaminów. Wybrałem ten drugi wariant i w ciągu trzech semestrów zdałem wszystkie egzaminy wymagane do zaliczenia połowy dyplomu. Później jednak był „rok brydża” i tylko jeden egzamin.
Wydziały w Warszawie zagnieździły się najpierw w budynku gimnazjum im. Rejtana przy ul. Rakowieckiej, a później w Nowej Kreślarni. Gmach Główny PW był zdewastowany. Nad Dużą Aulą – olbrzymia dziura. Na zewnątrz poniewierały się różne dokumenty. W najlepszym stanie była Nowa Kreślarnia, została więc najszybciej odremontowana.
PODPIS OBOWIĄZKOWY
Zacząłem czynnie działać w Kole Naukowym Inżynierii Lądowej i Wodnej Studentów PW. Byłem dwukrotnie wybrany na prezesa tego koła. Przy czym te drugie wybory były ostatnimi wolnymi i demokratycznymi. Pamiętam wizytę w Belwederze, kiedy to prezydent Bierut przekazał na ręce dziekana, prof. W. Wierzbickiego, dotację Związku Zawodowego Budowlanych na rzecz Wydziału Inżynierii. Na zakończenie tej uroczystości prezydent zaprosił na pogawędkę, częstował niedostępnymi w sprzedaży papierosami Belweder, a na pamiątkę dostaliśmy po paczce.
Innym razem uczestniczyłem w specjalnie zwołanym zebraniu Senatu PW, na które zaproszono prezesa „Bratniaka” i prezesów kół naukowych. Posiedzenie to zwołano na życzenie partii dla podjęcia uchwały potępiającej Schumachera z ziomkostwa Ślązaków, za jego antypolskie wypowiedzi. Przedstawiciel partii odczytał tekst rezolucji, a rektor poprosił o zabieranie głosu.
Na sali panowała absolutna cisza, poprosiłem więc o głos. Zwróciłem uwagę, że tekst uchwały ma bardzo prymitywny wydźwięk i ubliżałoby godności profesorów oraz członków Senatu podpisywanie się pod apelem przeciwko nic nie znaczącemu awanturnikowi politycznemu. Oczywiście, zostałem zgromiony przez aktywistę-prelegenta, który dowodził, że obowiązkiem naszym jest podpisywać się pod potępieniem takich jednostek. Nikt więcej głosu nie zabrał, a głosowanie było jawne.
W OBRONIE WYBORÓW
Moje kolejne zderzenie z oficjalną linią polityki miało miejsce w grudniu 1947 roku. Zgodnie ze Statutem Koła Inżynierii, wybory nowego zarządu koła powinny być przeprowadzone do końca roku kalendarzowego. Towarzysze z Akademickiego Związku Walki Młodych zawiadomili mnie jednak (oczywiście, ustnie), że statuty kół naukowych zostały zawieszone, a wybory wstrzymane. Żądanie dostarczenia mi tego na piśmie zostało przez nich zignorowane.
W tej sytuacji napisałem ogłoszenie wyznaczające datę wyborów na koniec pierwszej dekady grudnia 1947 i udałem się do rektora z prośbą o aprobatę. Rektor, prof. E. Warchałowski, był nieobecny, a urzędował prorektor, prof. S. Straszewicz, który zgodził się i podpisał na ogłoszeniu. Po obwieszczeniu tego na tablicy koła powstał straszny rejwach. Aktywiści AZWM przychodzili do mnie z pretensjami, że nie zastosowałem się do ich poleceń. Wszystkie takie wystąpienia kwitowałem oświadczeniem, że sprawa została uzgodniona z rektorem i o odwołaniu wyborów nie może być mowy. Ale aktyw zadziałał wyżej. Zostałem wezwany do magistra Kecka, pełnomocnika ministra ds. młodzieży akademickiej (urzędował przy ul. Polnej 50). Przyjął mnie bardzo grzecznie pytając, dlaczego ogłosiłem wybory pomimo informacji o zakazie ich przeprowadzania. Wyjaśniłem, że otrzymywałem tylko luźne, ustne informacje, prośba o pisemne potwierdzenie pozostała bez odpowiedzi, a prorektor Straszewicz nie wysuwał żadnych obiekcji i zaakceptował termin wyborów. Mgr Keck poinformował mnie wówczas, że sprawę zakazu wyborów uzgodnił z rektorem Warchałowskim, którego prosił o odpowiednie ogłoszenie. Rektor uznał to jednak za zbyteczne, bo, jak nadmienił, jest gospodarzem w politechnice i bez jego zgody nic się nie dzieje. Pech chciał, że prorektor nie był o tym poinformowany, a rektor w tym czasie wyjechał. Po tych wyjaśnieniach Keck „prosił” mnie o zdjęcie ogłoszenia i powiedział, że o stosownym terminie wyborów zostanę poinformowany. Upierałem się jeszcze, że nie mogę tego uczynić mając akceptację rektorską. Wówczas oświadczył, że jest to polecenie, a sprawę z rektorem on będzie załatwiał. Nie pozostało mi nic innego jak zdjąć ogłoszenie. Indywidualne statuty kół naukowych unieważniono, ogłoszono nowy jednolity tekst dla wszystkich kół. Stare zarządy zostały ubezwłasnowolnione, nie mając nawet prawa zgłaszania kandydatur, co pozostawiono młodzieżowym organizacjom politycznym. Do nowego zarządu koła od kwietnia 1948 weszli tylko przedstawiciele lewicowych organizacji młodzieżowych. Samorządne koła naukowe przestały istnieć.
UHONOROWANY WE WSTĘPIE
W czasie mojej kadencji zdobyliśmy wzór przedwojennego znaczka Koła Inżynierii i zamówiliśmy oraz rozpowszechniliśmy w normalnej wersji dla studentów, a w otoku złotych liści laurowych dla seniorów. Myślę, że w związku z planowanymi obchodami 175-lecia nauk technicznych w Warszawie znaczek ten mógłby posłużyć jako godło Wydziału Inżynierii Budowlanej.
W toku działalności Koła Inżynierii zdobyliśmy dla potrzeb studentów komplet norm budowlanych, co przy ówczesnym braku pomocy naukowych było znacznym osiągnięciem. Najważniejszą jednak akcją było wydanie podręcznika prof. W. Wierzbickiego Statyka budowli. Przedmiot ten postawiony był wówczas na bardzo wysokim poziomie. Trzeba było wykonać cztery pracochłonne projekty, obronić je, tzn. zdać cztery egzaminy cząstkowe i wreszcie ustny egzamin z całości. Praktycznie wymagało to poświęcenia na ten jeden przedmiot całego roku pracy. Brak podręcznika był zmorą studentów. Nieliczne ocalałe po wojnie egzemplarze miały horrendalne ceny. Uzyskanie zgody prof. Wierzbickiego było proste. Problem polegał na zdobyciu funduszów na koszty wydawnictwa. Rozpoczęliśmy kwestowanie po prywatnych firmach budowlanych, które wtedy jeszcze istniały. Ofiarność była znaczna, a Przedsiębiorstwo Budowlane St. K?hna, oprócz normalnej dotacji, ufundowało później jednoroczne stypendium studenckie. Moim osobistym sukcesem było zdobycie najpoważniejszej dotacji z Ministerstwa Komunikacji. Po dłuższych wytrwałych zabiegach książka została wydana, a ja zostałem uhonorowany w jej wstępie podziękowaniem za podjęcie inicjatywy.
ODDELEGOWANI NA STUDIA
Prof. W. Wierzbicki jako dziekan Wydziału Inżynierii ogłosił możliwość prowadzenia studiów według indywidualnego programu. Skorzystałem z tego, dobierając do podstawowych przedmiotów ze specjalności konstrukcji budowlanych również mosty drewniane i podpory mostów stałych prowadzone przez prof. E. Szczepaniaka i mosty żelbetowe u prof. Fr. Szelągowskiego. U prof. Wierzbickiego wykonałem pracę dyplomową i od 1 listopada 1949 r. zostałem jego asystentem.
Z okresu asystentury pamiętam dwa znamienne zdarzenia. W czasie rzeczywiście trudnego kolokwium na temat sił wirtualnych jeden ze studentów, na krótko przed zakończeniem, oprócz nazwiska i tematu nie napisał nic więcej. Na pytanie: – Co to znaczy, panie Katz? usłyszałem odpowiedź: – Trudno jest studiować politechnikę po szkole powszechnej. – Jak się więc pan tu dostał? – Fabryka mnie wytypowała – usłyszałem dumną odpowiedź. Obydwaj uśmiechnęliśmy się.
Drugie zdarzenie było ciekawsze. Prof. Wierzbicki upoważnił asystentów do egzaminowania studentów kursu inżynierskiego, zostawiając sobie kurs magisterski. Egzaminowałem studenta, który jako tako odpowiadał, dopóki nie doszliśmy do wzoru z całkami. Na powtarzanym drugi i trzeci raz egzaminie, na pytanie, dlaczego się tego nie nauczył wiedząc, że będzie o to właśnie pytany, oświadczył dosłownie: – Nie mam pojęcia o całkach, bo ja matematykę tak jakoś przeleciałem. Na moje stwierdzenie, że nie mogę mu zaliczyć egzaminu, oświadczył: – Jestem przewodniczącym sekcji nauki w ZMP i my opracowaliśmy harmonogramy czasu nauki dla wszystkich przedmiotów. Ja czas wyznaczony na statykę już wyczerpałem i więcej uczyć się nie będę.
REZYGNACJA I ODWOŁANIE
Pod koniec drugiego roku mojej asystentury prof. Wierzbicki, wówczas wiceprezes Akademii Umiejętności, zakomunikował mi, że był u niego przedstawiciel partii i oświadczył, że partia nie może się zgodzić, abym dłużej miał kontakty ze studentami i albo sam się zwolnię, albo zostanę usunięty z PW, ale wówczas załatwią to tak, że nie będę mógł nigdzie dostać posady. Profesor zakończył: – Ja pana nie zwolnię, ale wybór należy do pana. Nie chcąc komplikować życia profesorowi i sobie złożyłem rezygnację.
Po roku 1956 wystąpiłem z odwołaniem do rektora Politechniki Warszawskiej, a prof. R. Piętkowski, znając moje osiągnięcia w wybranej później przeze mnie specjalizacji, w zakresie geotechniki i fundamentowania, zaproponował mi współpracę z jego katedrą, później prowadzoną przez prof. R. Czarnotę-Bojarskiego, promotora mojej pracy doktorskiej. Trwało to nieprzerwanie 11 lat, do chwili praktycznej likwidacji tej katedry.
Dr inż. Tadeusz Kański, inżynier budownictwa, jest konsultantem BIPROMASZU i UNIPRO w Warszawie. |