|
|
|
W domu zawsze panowała radosna ciekawość oraz poczucie satysfakcji z tego, Magdalena Bajer Gdyby tylko w dyplomy zaglądać, a nawet do pisanych przy okazji kolejnych stopni kariery naukowej życiorysów, mało dowiedzielibyśmy się o zainteresowaniach państwa profesorów Barbary i Leszka Kuźnickich, a zwłaszcza tego, że oboje są humanistami. Słuchając rodzinnej opowieści w warszawskim mieszkaniu na Mokotowie, razem z synem gospodarzy, prof. Jackiem Kuźnickim – przy wtórze wielu ptasich głosów, jako że ptaki są tu współmieszkańcami – pojęłam osobliwy splot wspólnej ciekawości całego świata, kultury nawarstwionej poprzez dzieje i ciekawości przyrody, również mającej swą ewolucyjną historię. Domy rodzinne Barbary Lubicz Rembielińskiej i Leszka Kuźnickiego były w Łodzi niedaleko siebie, ale ich młodzi mieszkańcy nie znali się. Do Łodzi, ziemi obiecanej, ciągnęli przodkowie obojga, po tułaczkach, nieraz zsyłkach, więzieniach, żeby rozpocząć żywot inteligentów i wątek „uczonej” tradycji. Na ścianie piękny obraz ojca pani Barbary, którego z kolei przodek, Rajmund Rembieliński, wraz ze Stanisławem Staszicem ma zasługi w powstaniu Łodzi przemysłowej. O genealogii mówiąc, trzeba jeszcze dodać przodka po kądzieli prof. Leszka, którym był również zasłużony bardzo dla Łodzi Marceli Kuźnicki, wybitny farmaceuta, zapisany w historii dowodzeniem wojskami powstania styczniowego w rodzinnym mieście. Ma na starym cmentarzu marmurowy pomnik, w miejscu, gdzie spoczywa również dziadek profesora Antoni, zawiadowca stacji Łódź Kaliska. Można by powiedzieć, że farmacja należy do rodzinnych specjalności, ale znów nie dowiedzielibyśmy się z tego stwierdzenia całej bogatej prawdy o zamiłowaniach poszczególnych członków rodu. Ojciec i córkaRobert Leonard Lubicz Rembieliński był pierwszym w swojej rodzinie uczonym. Zamiłowania miał, zdaniem córki, zdecydowanie humanistyczne, ale osierocony dość wcześnie, z licznym rodzeństwem, zdecydował się na studia farmaceutyczne, następnie, w 1926 roku, uzyskał w Nancy doktorat jako stypendysta Fundacji Rockefellera. W tym momencie życia oraz kariery naukowej, zwrócił się jednak ku humanistyce, zostając pionierem, na europejską skalę, historii farmacji, która wcześniej nie była osobną dyscypliną. Czynił bardzo wiele dla jej upowszechnienia jako współzałożyciel łódzkiego oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego, autor pogadanek radiowych i artykułów w prasie. Pochłaniały go również zajęcia organizacyjne około unowocześnienia służby farmaceutycznej na rzecz społeczeństwa. Idąc na studia Barbara Rembielińska wahała się między historią sztuki, etnografią i farmacją, którą ostatecznie wybrała. Później, już jako badacz, wróciła do ojcowskich zainteresowań przeszłością, stając się historykiem nauki; prof. Kuźnicka pracuje w Instytucie Historii Nauki PAN. Zajęła się, znów jak ojciec, dziedziną dawniej mało uprawianą, dzisiaj mającą wielu zwolenników – etnofarmacją, wprowadzając tę problematykę do polskiej literatury naukowej. Komuś ze swoich magistrantów powierzyła badania nad ziołoznawstwem Elizy Orzeszkowej, która zajmowała się nim bardzo poważnie i gruntownie, nie tylko kompletując zielnik, ale opierając swą wiedzę o leczniczych własnościach ziół na wywiadach zbieranych u wiejskich znachorek. U żadnej z trzech sióstr Rembielińskich nie da się rozdzielić tego, co przyrodnicze od tego, co humanistyczne; wszystkie uważają owo zespolenie za cenne i dodające życiu specjalnych uroków. Jadwiga, doktor nauk przyrodniczych, ma męża znanego operatora filmowego Witolda Sobocińskiego i syna idącego ojcowskim śladem. Teresa Materkowska, magister filologii polskiej, jest redaktorem w wydawnictwach lekarskich. Przy bardzo silnych więzach rodzinnych i wciąż żywych kontaktach obszary ciekawości, tematy rozmów są ogromnie rozległe. LeszekPrzyszli państwo Kuźniccy poznali się w dniu św. Barbary, a właściwie troszkę wcześniej, gdy pan Leszek zjechał do Łodzi, do przyjaciela panien Rembielińskich i trzeba go było przedstawić w kawiarni, bo nieznajomego chłopca nie wypadało na imieniny zapraszać. – Byłam oczarowana, mimo drobnych zastrzeżeń dotyczących wyglądu, które szybko zniknęły – wspomina pani Barbara. Bardzo też prędko okazało się, że prof. Rembieliński pisał w swojej książce o wspomnianym już Marcelim Kuźnickim, łódzkim farmaceucie, a co ważniejsze, że młody absolwent trzyletnich studiów inżynierskich i jego przyszły teść mają mnóstwo tematów i wielką ochotę do długich rozmów. Ojciec późniejszego profesora był zawodowym oficerem, matka pochodziła ze znanej rodziny Kołaczkowskich herbu Habdank i uważała za naturalne, że jedynak pójdzie śladem znakomitego przodka, który poza generalską służbą był też profesorem Wyższej Szkoły Inżynierii i Artylerii Królestwa Kongresowego. Nie doczekała spełnienia marzeń, ale syn mówi dzisiaj, że to ona uformowała jego postawę wobec świata, charakter i aspiracje. Jak wszystkie rodziny oficerskie i ta przenosiła się z miejsca na miejsce. Przed wojną mieszkała niedaleko Równego na Wołyniu. Leszkowi przeznaczano studia lekarskie w Warszawie, od czego, jak mówi dzisiaj, wojna go „wybawiła”, bo do medycyny nie miał zapału. – Teść zawsze mawiał: „Leszeczku, Leszeczku, to jest najważniejsze, najciekawsze” – a mowa była o pracy naukowej. W okresie narzeczeństwa Barbary i Leszka, w domu państwa Rembielińskich, „bardzo ciekawym, a troszkę zwariowanym”, bywało mnóstwo ludzi z kręgów uniwersyteckich – humaniści, prawnicy, przyrodnicy – toczących nieustające dysputy o sprawach najważniejszych i najbardziej aktualnych. W tej aurze dojrzewało postanowienie młodego inżyniera, żeby zostać mikrobiologiem. Miał za sobą dwa lata studiów w SGGW, które Uniwersytet Łódzki mu zaliczył, co realizację postanowienia wydatnie przyspieszyło. – Prawdę mówiąc, mąż jest rasowym humanistą – mówi pani Barbara. Prof. Kuźnicki nie przeczy tej opinii, kontynuując opowieść o swojej drodze naukowej u nie byle jakiego mistrza – Jana Dembowskiego. Od niego przejął zainteresowanie protozoologią eksperymentalną i teorią ewolucji. Przez całe życie interesuje się historią nauki i w tej dziedzinie badań małżonkowie ciągle się spotykają. Pracował przez pięć lat na połowie etatu w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, co zaowocowało współautorstwem książki o kształtowaniu się pojęcia gatunku (wyraźne pokrewieństwo z pracami nad ewolucją). Wyróżniony wątek w biografii Leszka Kuźnickiego to działalność w zakresie organizacji nauki, rozpoczęta w roku 1955, na początku „odwilży”, forsowanymi przez grono młodych w Związku Nauczycielstwa Polskiego zmianami na rzecz większej autonomii oraz samorządności w sferze nauki, a zakończona, jeśli wolno dokonać wielkiego skrótu, prezesurą PAN w latach 1992-98. Za najważniejsze doświadczenie w tej sferze profesor uważa wyraziste dostrzeżenie przez Polaków potrzeby uczenia się, organizowania nauki i międzynarodowych zespołów badawczych wedle światowych standardów, które indywidualnie spełnia duża część polskich uczonych i, niestety, mniejsza część polskich placówek naukowych. Razem w WarszawieWspólne życie Barbary i Leszka Kuźnickich zaczęło się pośród trudów. Ojciec profesora, który po wojnie kierował zakładami stolarskimi, został z tego stanowiska zwolniony (los byłych oficerów w okresie stalinizmu). Prof. Rembieliński utracił uniwersytecką katedrę, a rodzinną aptekę upaństwowiono. – Z humorem, z przymrużeniem oka poddawaliśmy się tej pauperyzacji – wspomina pani Barbara – ponieważ świat był tak ciekawy, że nieistotna była bieda. I to przeniosło się do naszego życia w Warszawie. Jan Dembowski zabrał swego ucznia do Warszawy wówczas, gdy odbudowano Instytut Biologii Doświadczalnej im. Marcelego Nenckiego, gdzie prof. Kuźnicki pracuje do dzisiaj. Było to w roku 1954. Dwa lata wcześniej urodził się syn Jacek Marceli. Jak zwykle dzieci naukowców, musiał spędzać połowę wczesnego życia w żłobku, później w przedszkolu. Rodzicom zaczynał już rosnąć dorobek, mierzony długą listą publikacji, równie długim rejestrem wychowanków, udziałem w międzynarodowych kongresach, członkostwem międzynarodowych towarzystw, nagrodami, wyróżnieniami. CiągłośćNie namawiali syna do naśladowania, oczekiwali, że skończy studia. W ich połowie Jacek zdecydował się na specjalizację w biochemii. Gdy miał już dyplom, odmówiono mu asystentury, dlatego, że... ojciec był profesorem. Jeszcze w 1976 roku działało kryterium pochodzenia społecznego, ale władze uniwersyteckie dość szybko wycofały się ze swego stanowiska. Młody absolwent uniósł się jednak honorem i propozycji nie przyjął, rozpoczynając pracę w Instytucie Nenckiego. W roku 1992 został profesorem „belwederskim”, będąc autorem sporej już liczby publikacji i mając cenne doświadczenia z pobytów za granicą, głównie w Stanach Zjednoczonych. Z gronem kolegów rówieśników prof. Jacek Kuźnicki zaczął urzeczywistniać ideę, do której jego ojciec przykłada wielką wagę, tj. organizować w Warszawie Międzynarodowy Instytut Biologii Molekularnej i Komórkowej, przy wsparciu UNESCO, pod auspicjami tej organizacji oraz Polskiej Akademii Nauk. Zamysłem głównym było przyciągnięcie do tego ośrodka wybitnych uczonych z innych krajów, żeby w Polsce prowadzili badania razem z polskimi biologami, co tych ostatnich zatrzymałoby w kraju i przy nauce. Instytut został otwarty pod koniec ubiegłego roku, już po moim spotkaniu z trójką profesorów Kuźnickich. Najmłodszy z rozmówców jest p.o. dyrektora tej placówki. Praca naukowa nie była dla pana Jacka długo przeżywanym wyborem, ale naturalnym pójściem za tym, co go interesowało. Nie rozważał ewentualnych trudów i wyrzeczeń, gdyż w jego domu zawsze panowała radosna ciekawość oraz poczucie satysfakcji z tego, co się robi, dzielone z innymi w licznym, bardzo zżytym, rodzinnym gronie. Bywały w biografiach moich gospodarzy i przeciwności, i nawet klęski, które razem łatwiej przeżyć, a przezwyciężone nie obciążają pamięci goryczą. Dwaj wnukowie państwa Kuźnickich, synowie prof. Jacka, są przedmiotem dumy i żywego zainteresowania dziadków. Starszy Przemysław jest matematykiem i różne oznaki wskazują, że może pójdzie uczonym tropem, podtrzymując ciągłość tradycji w kolejnym pokoleniu. Młodszy Artur jeszcze się uczy. Pani Barbara Kuźnicka parę razy powiedziała o swoim domu, że był i jest „swarliwy”, przy czym było to wyraźną pochwałą panującej w nim atmosfery. Swary i spory toczyły się nieustannie. Z powodu zdarzeń zewnętrznych, zachowań mieszkańców, ich postanowień i planów, znajomości, przyjaźni, lektur. Wciąż wymieniano pomysły, oceny, interpretacje. I wszystko to trwa – nie ostygło z upływem lat, nie znużyło ani nie znudziło. Ogniskuje najbliższych, promieniuje dalej od rodzinnego centrum. Tekst powstał na podstawie audycji Rody uczone, nadanej w Programie I Polskiego Radia SA we wrześniu 1998 r., sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej. |
|
|