Pana L. droga do wolności
Poprzedni Następny

 

W naszych czasach panuje coraz większe zamieszanie. 
Kiedy pracujemy a kiedy odpoczywamy? Co służbowe, a co prywatne? 
Czasy już postindustrialne, a świadomość jeszcze z epoki przemysłowej, 
więc rodzą się konflikty, dysonanse poznawcze. 
Może zrozumienie nowej sytuacji zapobiegnie przynajmniej niektórym z nich.

Paweł Misiak


Fot. Stefan Ciechan

L. pracuje w przedsiębiorstwie prywatnym. Nie w swoim, na etacie. Ostatnio pochwalił mi się, że wreszcie udało mu się wywalczyć w firmie notebooka. Przekonał szefów, że zamieniając komputer stacjonarny na przenośny, będzie wydajniejszy. I rzeczywiście, odtąd pracuje czasem wieczorami w domu, nie tylko w biurze.
Czy to dobrze? Z punktu widzenia firmy – jak najbardziej, bo przecież efektywność pracowników wpływa bezpośrednio na wyniki finansowe. Jeśli może zrobić więcej za te same pieniądze, firma odnosi korzyści. Z punktu widzenia życia prywatnego – chyba nie, bo zamiast oddawać się wyłącznie osobistym zainteresowaniom, kontaktom rodzinnym czy towarzyskim, część czasu spędzanego w domu poświęca zaspokajaniu potrzeb firmy. Tak w każdym razie uważa pani L., jego żona, reprezentująca tradycyjny pogląd na funkcjonowanie człowieka, zwłaszcza mężczyzny, w społeczeństwie. L. odpowiada, że posiadanie przenośnego biura wzmacnia jego poczucie wolności i decydowania o sobie. Poza tym rozszerza możliwości działania także na niwie prywatnych kontaktów międzyludzkich.

Problem pani L.

Wedle pani L., należy wyraźnie oddzielić czas „roboczy” od prywatnego. Takie widzenie spraw wiąże się z przemilczanym zazwyczaj założeniem, iż praca to jedynie niemiła konieczność, wynikła z potrzeby zdobycia środków utrzymania. Stąd wniosek: należy dążyć do wydłużania czasu wolnego, wolnego od pracy. Pani L. powiada dalej, że czas wolny, czyli prywatny, należy poświęcić rodzinie, własnemu rozwojowi, odpoczynkowi, rozrywce. We współczesnym świecie takie ostre rozgraniczenie zaczyna jednak tracić sens. Zmienia się bowiem zarówno sposób funkcjonowania całego społeczeństwa, jak i poszczególnych jednostek. Wszak weszliśmy już w erę postindustrialną.

W cywilizacji przemysłowej czas jest jednym z najważniejszych czynników regulujących funkcjonowanie społeczeństwa. Rytm życia zbiorowego zdominowany jest dążeniem do ścisłego wykorzystania poszczególnych odcinków czasu, do jak najlepszej synchronizacji „ruchów” rozmaitych społecznych „trybików”. Oczywiście, szczególne znaczenie ma organizacja czasu w procesach produkcji masowej z wykorzystaniem taśmy produkcyjnej. Z przemysłu zaś przeniosła się na inne sfery życia społecznego. Alvin Toffler w Trzeciej fali pisze: Nie przypadkiem w kulturach przemysłowych uczono znać się na zegarku już od dzieciństwa. Uczniom wpajano przychodzenie do szkoły na dzwonek, żeby później tak samo, na dźwięk syreny lub gwizdka, stawiali się punktualnie w fabryce lub w biurze. Zajęcia zawodowe były odmierzone w czasie i podzielone na kolejne „czasokresy” liczone w ułamkach sekundy. Dzień roboczy „od 9 do 17” stanowił ramy czasowe milionów ludzi pracy.
Na marginesie warto zauważyć, że rola czasu w cywilizacji przemysłowej objawia niejaką przewrotność historii. Zegar bowiem wynaleziono i doskonalono z myślą o zupełnie innych zastosowaniach. Paradoks, zaskoczenie i cud polegają na tym, że zegar wymyślili ludzie, którzy chcieli się bardziej rygorystycznie poświęcić Bogu, a ostatecznie stał się on technologią najużyteczniejszą dla tych, którzy chcą się poświęcić akumulacji pieniądza. W wiecznej walce między Bogiem a Mamoną zegar, dość nieoczekiwanie, stanął po stronie tej ostatniej – zwraca uwagę Neil Postman w książce Technopol.

Kajdany czy skrzydła?

Wróćmy do L. i jego notebooka. Jego (pana L.) poczucie większej wolności, wynikające z posiadania takiego narzędzia, ma dwa źródła. Po pierwsze, umożliwia bardziej elastyczne rozporządzanie czasem, wyjście poza ciasne ramy życia w pełni harmonogramowanego dźwiękiem fabrycznej syreny. Po drugie, znosi przywiązanie do biura i biurka, co słusznie należy kojarzyć z niegdysiejszym przywiązaniem chłopa do ziemi. W pracy skomputeryzowanej laptop może się stać biurem, które daje się nosić ze sobą i z którego można korzystać w dogodnym czasie. Urządzenie to uwolniło zatem L. od pracodawcy w sensie przestrzennym (przynajmniej do pewnego stopnia). Może pracować nie będąc w pracy.

Sprzeczność między L. i jego żoną w widzeniu roli człowieka jako pracownika, jako członka jakiejś społeczności i wreszcie jako wolnej jednostki ludzkiej, wynika z różnego podejścia do dokonujących się zmian cywilizacyjnych. Choć niezmiernie lubię jego żonę, pocieszam L., że to on właśnie reprezentuje nowocześniejsze, postindustrialne podejście. Toffler pisze: Dawny podział na czas pracy i czas wolny od pracy stanie się nieaktualny, gdy stwierdzimy, że sporą część tak zwanego czasu wolnego spędzamy w rzeczywistości na prosumpcji, czyli na wytwarzaniu dóbr i usług na nasz własny użytek. Kwestia polega nie na przeciwstawieniu pracy i wypoczynku, lecz na przeciwstawieniu pracy za pieniądze (...) i bezpłatnej, dobrowolnej i podlegającej tylko własnej kontroli, pracy dla siebie (...).

Rzecz jasna, takie zmiany nie są możliwe w każdym miejscu w społeczeństwie. Dla L. mogą się dokonać ze względu na charakter jego pracy – zbliżony do tzw. wolnego zawodu. Choć na etacie, jego praca to twórczość, którą trudno ująć w sztywne ramy siatki godzin i minut. Oczywiście, obowiązują go terminy, musi się kontaktować z ludźmi czy instytucjami w określonych godzinach. Ale nie da się zaprogramować przebłysków twórczej weny. L. powiada, że najlepsze pomysły przychodzą mu do głowy podczas kąpieli. Korzystając z przenośnego biura może je od razu po wyjściu spod prysznica zapisać i sprawdzić. Przedtem często nie chciało mu się zapisywać na papierze, żeby potem w pracy wstukać wszystko do komputera, więc ginęły.

Wolność to ciągłe wybieranie

Laptop, tak jak telefon komórkowy, to rodzaj smyczy, na której firma trzyma pracowników mocniej niż za pomocą przymusu pracy od 9 do 17 – mówi pani L. Zapewne często tak bywa. Jednak oddziaływanie nowych wynalazków technicznych na korzystających z nich ludzi silnie zależy od osobniczej zdolności „ustawienia” się wobec nich. Podobnie ma się przecież rzecz z telewizją, która sprowadza widza do roli tępego naciskacza guzików pilota. A przecież od użytkownika zależy, czy da sobą manipulować i będzie odbierał telefon nawet w toalecie, czy na koncercie. A znamy takich.

Telefon komórkowy czy przenośne biuro w postaci notebooka wymagają przyjęcia nowej taktyki życiowej codzienności. Wedle futurologów, zacieranie się granicy między życiem zawodowym i prywatnym jest konsekwencją ewolucji cywilizacji i nie ma odeń ucieczki. Przyjęcie i zrozumienie tego faktu nie jest łatwe, z uwagi na dominujące wciąż paradygmaty myślenia kategoriami społeczeństwa przemysłowego.

Zerknijmy raz jeszcze do Tofflera: Te same urządzenia elektroniczne, których będziemy używać w domu do wykonywania pracy za pieniądze, będą również mogły służyć do wytwarzania dóbr i usług na nasz własny użytek. Wówczas prosument, który dominował w społeczności pierwszej fali, znowu znajdzie się w centrum działalności gospodarczej, lecz tym razem dzięki wysoko rozwiniętej technologii trzeciej fali. Ten cytat zadedykowałem pani L.

Organiczny serwomechanizm

Telefon komórkowy i laptop to tylko narzędzia, w towarzystwie których wchodzimy w nową erę. Zwiększają możliwości działania człowieka. Derrick de Kerckhove w Powłoce kultury ukazuje te i inne wynalazki w szerszym planie: Każde technologiczne rozszerzenie, które przyjmujemy w naszym życiu, zachowuje się jak rodzaj fantomowej kończyny, nie do końca zintegrowanej z funkcjami naszych ciał i umysłów, ale również nigdy nie będącej poza naszym psychicznym wyobrażeniem o nas samych. W tym ujęciu samochód to rozszerzenie nóg, telefon – głosu, telewizja – wzroku, komputer... no właśnie – czego? Kiedyś mówiono „mózg elektronowy”. Ze współczesnych prac z dziedziny kognitywistyki wynika jednak, że analogie między przetwarzaniem danych przez komputer a ludzkim myśleniem są tylko pozorne.
Warto powtórzyć: niebezpieczeństwo płynące ze zbyt bliskiego kontaktu z techniką i technologią wynika z niewłaściwego ustawienia użytkownika względem szeroko rozumianego urządzenia. De Kerckhove dramatyzuje: Podczas grania nasze dzieci zamieniają się w niezgrabne rozszerzenia swoich konsoli Nintendo i Sega, tak jakby były złożonymi, organicznymi serwomechanizmami prymitywnych joysticków i cyfrowych filmów rysunkowych na wideo. Oto rozwija się nowe wyobrażenie nas samych.
Nowe narzędzia nieuchronnie stają się częścią naszego środowiska, a pokusa technofilii i fascynacji elektronicznymi gadżetami jest wciąż silna. Trzeba ciągle na nowo uświadamiać sobie, że to one nam mają służyć, a nie odwrotnie.

Raczej Mickiewicz...

Granice między służbowym a prywatnym czasem, służbową i prywatną przestrzenią coraz bardziej się zacierają. Według L., posiadanie notebooka powoduje także zatarcie granicy między służbowym a prywatnym w sferze własności. Przy jego pomocy czyta bowiem zarówno służbową, jak prywatną pocztę elektroniczną, pracuje nad problemami zawodowymi, ale i obsługuje prywatne konto bankowe. Z kolei prywatny telefon komórkowy służy mu nie tylko do rozmów z żoną, ale również jako narzędzie kontaktu z firmą w pilnych sprawach.

Wedle prawa, własność przedmiotów jest dobrze określona. Jeśli jednak patrzeć na zastosowania, sprawa przestaje już być taka oczywista. Można, rzecz jasna, sprawę dokładnie rozdzielić – służbowej maszyny używać tylko do pracy, a do obsługi prywatnych kont bankowych czy mailowych – prywatnej. Ale czy to ma sens? Czy warto nosić ze sobą dwa telefony komórkowe? Niektóre bogate firmy dają swoim pracownikom służbowe samochody z możliwością korzystania dla celów prywatnych. Inne, liczniejsze, płacą za wykorzystywanie prywatnego auta w celach służbowych. To wyraz dążenia samych firm do zacierania granic, o których wyżej.

L. nie powinien więc czuć wyrzutów sumienia z racji swego postępowania względem firmowego notebooka. Ale co innego ogólne procesy ewolucji cywilizacyjnej, a co innego relacje między państwem L. Tutaj trudno o jakieś filozoficzne rozważania. Tak naprawdę stan duchowy L. w sprawie laptopa zależy od siły przekonywania pani L. Żeby to zrozumieć, należy poczytać Panią Twardowską Mickiewicza.

pawel_misiak@wroclaw.home.pl 

Uwagi.