Przebudzenie
Poprzedni Następny

 

Materialistyczny paradygmat był tym, od czego dr Sacks 
wyszedł na swojej naukowej drodze. Cóż więc sprawiło, że, 
nie przestając być sumiennym badaczem, doszedł do fideizmu?

Piotr Skórzyński


Fot. Stefan Ciechan

Przebudzenia Olivera Sacksa to książka wielokrotnie wydawana. Doczekała się też adaptacji scenicznej i filmowej. Opowiada o chorobie zwanej „śpiączkowym zapaleniem mózgu”. Opisana w swoich głównych przejawach już w starożytności, występowała jednak tak rzadko, że jej etiologia była tylko zbiorem hipotez. Toteż jej niespodziewany wybuch zimą 1917 roku zaskoczył wszystkich. Zwłaszcza że przybrała od razu postać epidemii i w ciągu trzech lat ogarnęła cały świat. Ale, jak relacjonuje dr Sacks, przebiegała w tak różny sposób, że nie było dwóch pacjentów, którzy prezentowaliby dokładnie ten sam obraz kliniczny. Przy czym objawy były tak dziwne, że lekarze klasyfikowali tę chorobę jako epidemiczne delirium, epidemiczną schizofrenię, epidemiczny parkinsonizm itp. Wydawało się, że uwolniło się jednocześnie tysiąc chorób. W ciągu dziesięciu lat, kiedy szalała, zabrała lub wyniszczyła prawie pięć milionów osób, zanim w 1927 r. znikła równie nagle i tajemniczo, jak się pojawiła. Co trzeci z dotkniętych nią umierał w ostrym stadium śpiączki albo w stanach tak intensywnej bezsenności, że wykluczała możliwość uśpienia za pomocą leków. Pacjenci, którzy przeżyli, zostali całkowicie pozbawieni energii, inicjatywy, motywacji, apetytu. Z całkowitą obojętnością siedzieli bez ruchu. Ontologicznie byli nieżywi lub „uśpieni”. W tym dziwnym, niesamowitym stanie letargu oczekiwali na przebudzenie, które w końcu przyszło, pół wieku później. Nowy związek chemiczny umożliwił produkcję nowego leku, a dr Sacks przekonał przełożonych, by podać go na wpół martwym pacjentom.

Sfabularyzowana historia tego przebudzenia stanowi kanwę głęboko poruszającego filmu. Z wielu przejmujących scen najbardziej chyba zapada w pamięć ta, w której sceptyczna z początku pielęgniarka wpada do gabinetu lekarza z okrzykiem: – Panie doktorze, niech pan zobaczy. To jakiś cholerny cud! Oboje wpadają do sali, gdzie w zupełnej ciszy ci pogrzebani za życia ludzie budzą się po pięćdziesięciu latach „snu”.

Jednakże fabuła tego filmu jest – z konieczności – wielkim uproszczeniem. Całą niesamowitość i – nie znajduję innego określenia – metafizyczną poświatę tego, co zdarzyło się latem 1969 roku w Szpitalu Góry Karmel, w zapuszczonej dzielnicy Nowego Jorku, można odczuć dopiero w trakcie lektury książki – rezultatu 22 lat pracy, gdyż autor zmieniał ją i uzupełniał przy każdym nowym wydaniu. Jest ona tak bogata w obserwacje, odniesienia i własne refleksje, że z góry trzeba odrzucić pokusę jej streszczenia. Oprócz samej relacji, niezwykłe jest śledzenie ewolucji autora, który pod wpływem tego, co widzi, staje się filozofem, a w końcu sięga po pisma teologów. Jest to niejako odwrotność drogi intelektualnej Zygmunta Freuda, który zaczął jako lekarz, a skończył jako filozof-ideolog. Materialistyczny paradygmat, do wprowadzenia którego właśnie Freud się walnie przyczynił, był tym, od czego dr Sacks wyszedł na swojej naukowej drodze. Cóż więc sprawiło, że, nie przestając być sumiennym badaczem, doszedł do fideizmu?

OKRUTNY NIEPOKÓJ

W literaturze medycznej – napisał w 1927 r. Ian MacKenzie – nie istnieje nic podobnego do fantasmagorii zaburzeń, jakie manifestują się w przebiegu tej dziwnej choroby. Z raportu brytyjskiego Królewskiego Urzędu Szpitali z 1918 r. wynika, że zapanowała konsternacja i że nowej i nie zidentyfikowanej chorobie nadano zupełnie różne nazwy. Dopiero po dłuższym czasie odkryto, że podobne objawy opisywał wielki neurolog francuski Charcot, nauczyciel Freuda. Pisał on, że niektórzy jego pacjenci dręczeni są przez okrutny niepokój; przymus gwałtownych ruchów i przeciwne mu wrażenie zahamowania, gdy próbują coś zrobić sami z siebie – poczucie, że ich woli sprzeciwia się jakaś inna, obca wola. Bezwład pacjentów pochodzi nie z ich wewnętrznego uspokojenia, lecz z obezwładnienia i skrajnego wyczerpania bezustanną i daremną walką z czymś zewnętrznym i silniejszym od nich. Sacks, który przytacza te opisy, by potwierdzić je własnymi obserwacjami, dodaje, że jednocześnie pacjenci mogą cierpieć na anormalną aktywność, która, że tak powiem, rozszerza lub rozdyma ich zachowanie w sposób bezsensowny i unieszczęśliwiający. Są, by się tak wyrazić, zżerani przez patologiczne podniecenie, tak jak można być zżartym przez ból, neurozę czy narkotyki. Ta fizyczna aktywność jest ogromnie różnorodna i zawiera m.in. mimowolne, niezborne ruchy taneczne, przechodzące z jednej części ciała na drugą (pląsawica); szerokie spektrum tików, a także przymusowe ziewanie, kaszel, wąchanie, sapanie, wzdychanie, powstrzymywanie oddechu, wytrzeszczanie oczu, wrzeszczenie, wycie, przeklinanie itp. (...) Powszechne były takie formy przymusu efektywnego jak nadpobudliwość seksualna oraz nagłe wybuchy wściekłości. Najwyraźniej występowały one u dzieci, u których obserwowano czasem zupełną zmianę charakteru: nagle stawały się impulsywne, prowokujące, destrukcyjne, bezczelne, lubieżne i zmysłowe.

Zmiany charakteru zdarzają się, ale po długiej chorobie. Psychologia nie potrafi wytłumaczyć takich przypadków, jak tu opisane. Dlatego ich dokładnego opisu trzeba szukać raczej w ówczesnych gazetach, które są reprodukowane w książce. Oto fragment jednego z artykułów The Mystery Malady: Tajemnicza śpiączka jest bez wątpienia najbardziej niszczycielska z chorób naszych czasów. (...) Ale gorsze jeszcze od następstw fizycznych są zmiany w charakterze moralnym ofiar. Posłuszne i dobrze wychowane dzieci przechodzą tajemniczą przemianę. Stają się złośliwe, kłamliwe i nieznośne. Zaczynają kraść i wszystko robią na przekór radom i poleceniom – i to w sposób możliwie obraźliwy i niegodziwy. Nic do nich nie trafia. Często kończy się to w sądzie i – o ile natura ich niesamowitej choroby nie zostanie rozpoznana – mogą się znaleźć na najlepszej drodze, by stać się prawdziwymi przestępcami.

SAMOBÓJSTWO ŚRODOWISKOWE

Nie trzeba znać opisów egzorcyzmów średniowiecznych czy wielekroć wykorzystywanych w literaturze wielkich opętań XVII w. (z najsławniejszym z nich w Loudun), by uzmysłowić sobie, że ludzkość nie zetknęła się bynajmniej z czymś całkiem nowym. Mnogość teorii na temat chorób psychicznych i kompromitująco niska (przyzerowa w istocie) liczba ich uleczeń sprawia, że materialistyczna dogmatyka trzyma się tu na bardzo słabych podstawach. W dominującej w naszych czasach kulturze agnostycznej wykroczenie przez uczonego poza pozytywizm jest środowiskowym samobójstwem. Reakcja naukowców na zjawiska niewytłumaczalne jest taka sama, jak przeciętnych członków naszej materialistycznej cywilizacji: najlepiej je zignorować. W USA, gdzie epidemia śpiączki zebrała największe żniwo, została zupełnie wyparta ze zbiorowej pamięci, mimo iż występowała razem z pamiętną grypą „hiszpanką”, która prawdopodobnie (tak uważało wielu lekarzy) „w pewien sposób torowała drogę wirusowi śpiączki”.

Historyk medycyny H.L. Mencken opatrzył to mądrym komentarzem: Umysł ludzki zawsze próbuje wymazać z pamięci to, co jest nie do zniesienia. Ale dr Sacks miał doświadczyć tej reakcji od ludzi, którzy umysł właśnie postawili na piedestał: od swoich kolegów naukowców. Można byłoby złośliwie powiedzieć, że wedle naukowego pozytywizmu, po pierwsze, nie miała prawa istnieć taka choroba, po drugie, pacjenci nie mieli prawa odczuwać tego, co odczuwali, po trzecie, nie mieli prawa do przebudzenia się po półwieczu i, po czwarte, nie mieli prawa, po paromiesięcznej i dramatycznej poprawie, ulec znowu nieznośnemu brzemieniu, które na chwilę zdołaliśmy z nich zdjąć i które na powrót przygięło ich do ziemi. Wyznaję, że dla mnie historia oporu środowiska wobec bezspornych danych medycznych jest niemal równie wstrząsająca, co sama tragedia chorych.

Byłem zaskoczony burzą, którą wywołałem – relacjonuje autor – a zwłaszcza tonem kilku listów do „Journal of the American Medical Association”. Ich autorzy utrzymywali, że wszystko zmyśliłem lub przeinaczyłem; inni pisali, że nawet jeśli wystąpiły opisywane efekty, sprawa powinna być utrzymywana w tajemnicy, żeby nie zakłócać „atmosfery terapeutycznego optymizmu”. Zaprosiłem wszystkich, żeby przybyli do Mount Carmel i sami zapoznali się z rzeczywistością. NIKT nie przyjął zaproszenia. (...) Po tych pierwszych medyczno-psychologicznych relacjach napisałem trzy prace stricte naukowe: pełne statystyk, tabel, wykresów i rysunków. Wysłałem je do różnych czasopism medycznych – żadna nie została przyjęta do druku. Niektóre wywołały niepohamowane, mentorskie reakcje, jak gdyby w tym, co napisałem było coś niestosownego.

To potwierdziło moje przeświadczenie, że dotknąłem czułej struny, że w jakiś sposób wywołałem nie tyle medyczny, ile epistemologiczny niepokój, a nawet lęk. (...) Ukazałem coś dziwacznego, co przeczy uznanemu sposobowi myślenia i nie odpowiada zwykłemu, akceptowanemu w tym środowisku obrazowi świata. To, co przedstawiłem było niepokojące i konfundujące. (...) W sierpniu 1972 r. „The Listener” opublikował mój artykuł „Wielkie przebudzenie”. Spowodował on ogromne zainteresowanie. (...) W dwa tygodnie dokończyłem pisanie „Przebudzeń”. (...) Ale mimo tego powodzenia (...) nie pojawiła się żadna medyczna recenzja. Tylko jeden odważny redaktor „British Clinical Journal” uczynił „Przebudzenia” swoją książką roku, napomknąwszy o „dziwnym milczeniu” na jej temat (...).

PIERWOTNE SIŁY

W 1982 r., Przebudzenia stały się kanwą sztuki Harolda Pintera. Można jednakże zrozumieć lekarzy. Oczekiwali oni na wiadomość o składzie i dozowaniu nowego, rewelacyjnego leku, otrzymali zaś wstrząsającą opowieść pełną szekspirowskiego „zgiełku i furii”, której autor otwarcie przyznawał się do bezradności diagnostycznej. Ale był też aspekt czysto ludzki: czytając relacje Sacksa nie sposób oprzeć się wrażeniu, że patrzymy na coś, co wykracza poza racjonalny światopogląd XX wieku, że obcujemy z siłami pierwotnymi, starszymi od naszego gatunku. Oto, na przykład, historia wzorowej uczennicy, a potem żony i matki, inteligentnej, dowcipnej i kochanej przez bliskich.

Mając 30 lat zachorowała. Pierwsze objawy choroby były dość dziwaczne. Chodziła i mówiła normalnie, by nagle, w pół słowa czy kroku, zatrzymać się. Po kilku sekundach podejmowała działanie na nowo, nieświadoma przerwy. W ciągu następnych paru miesięcy przerwy te wydłużyły się, dochodząc do kilku godzin. Najmniejszy dotyk przywracał jej zdolność działania. (...) Po pięciu latach była już całkiem unieruchomiona. Dwadzieścia lat później podano jej nowy lek. Byłem przerażony jej przemianą: nastąpiła w ciągu kilku sekund. (...) Jej mowa była bardzo gwałtowna i przepełniona radością. (...) Całkowicie unieruchomiona i pozbawiona czucia przez ponad 20 lat, wypłynęła na powierzchnię i wystrzeliła w powietrze niczym korek uwolniony na dużej głębokości. Pomyślałem o ludziach wypuszczonych z więzienia, pomyślałem o dzieciach wybiegających ze szkoły, o wiośnie przebudzonej po zimowym śniegu, o Śpiącej Królewnie. Dwa dni później jej ruchy były nadzwyczaj szybkie, a jej reakcje były natychmiastowe i przesadnie szybkie. Następnego dnia przez większość czasu pani Y. pisała w swoim dzienniku, zapełniając stronę po stronie bazgrołami pełnymi paligraficznych powtórzeń, kalamburów i gwałtownych, perseweracyjnych skreśleń – jej pisanie stało się dla niej niezbędne do skupienia i wyrażenia myśli. Niezliczona liczba stron była poplamiona łzami. „Spójrz na mnie” – pisała. – „Mam 55 lat, jestem zgięta we dwoje... jestem kaleką... czarownicą... Byłam tak piękna, panie doktorze Sacks – teraz pan nigdy w to nie uwierzy... Straciłam męża i syna... Moja córka zwariowała... To musi być kara za coś, co uczyniłam...”

W dzienniku nie pisała o swoim seksualizmie: o nienasyceniu, które wykazywało tak wielu pacjentów podczas klimakteryjnych pobudzeń indukowanych przez 1-dopaminę. O tym, że dręczyły ją takie – głęboko skrywane – uczucia, świadczą lubieżne koszmary nocne i halucynacje w ciągu dnia. Pewnego dnia zawołano mnie do niej. Krzyczała coraz głośniej i jednocześnie rzucała się w kompletnym szale. Napisała w swoim dzienniku: „Nie myślę, że jestem w obozie koncentracyjnym??????” – znaki zapytania były coraz większe i liczniejsze, aż pokryły całą stronę. A na następnej napisała wielkimi literami: „BŁAGAM, NIE JESTEM SZALONA!”
Pani Y. i inni pacjenci, którzy doświadczyli wizji kinematycznych, czasami opowiadali mi o niezwykłych zjawiskach, które mogą wtedy występować, a mianowicie „o przesunięciu stanu bezruchu w tył albo w przód”; tak, że dany moment może wystąpić za wcześnie albo zbyt późno. Pewnego razu, kiedy odwiedził ją brat, Hester miała wizję kinematyczną przesuwającą się z szybkością trzech albo czterech klatek na sekundę – tzn. w tempie zbyt wolnym, aby różnice między klatkami były dostrzegalne. Ujrzała najpierw zapaloną fajkę swojego brata, a dopiero potem pudełko zapałek i zapałkę, którą ją zapalił: ujrzała więc fazy procesu w odwrotnej kolejności. Ta fragmentaryzacja czasu i przestrzeni zdarza się nagminnie podczas delirium także innym pacjentom.

WSTYDLIWA MODLITWA

Przyrodnicy jak ognia boją się zjawisk paranormalnych: zajmowanie się takimi „bzdurami” to pewny sposób na zrujnowanie kariery. Problem w tym, że zdarzają się one co chwila. Przyznają to lekarze w prywatnych rozmowach, potwierdzają to poważne opracowania, np. Historia medycyny dr. Władysława Szumskiego (PZWL, Warszawa 1996). Jednakże w innych, bardziej otwartych rejonach świata coś zaczyna się w tej mierze zmieniać. Od dwunastu lat niektóre kalifornijskie i kanadyjskie kliniki zezwoliły na modlitwy i niekiedy egzorcyzmy przy beznadziejnych przypadkach obłędu. W wielu wypadkach nastąpiła spektakularna poprawa, a nawet – ku osłupieniu części lekarzy – uleczenie. Ale branżowe pisma medyczne odrzucają materiały na ten temat. Podobne trudności z publikacją naukowo opracowanych wyników swoich doświadczeń mieli badacze z McCornell University, którzy wykazali, że grupa pacjentów, za których się modlono, miała o wiele wyższe liczby wyzdrowień niż grupa kontrolna. Lekarze jednak odsuwają od siebie sprawy duchowe, bo nie wiadomo, jak je zmierzyć i zdiagnozować. Zresztą mało kto ma czas i siły, by w to wnikać.

Uwagi.