|
|
Koszmary Dysona
Najbliższą przyszłość dzieli Dyson na trzy etapy: Wiek Informatyki, Wiek Biotechnologii (początek następnego stulecia) i Wiek Neurotechnologii (późniejsze lata następnego stulecia). Najważniejszą nauką XXI w. ma się stać biologia. Profesor z Princeton prognozuje, że po zidentyfikowaniu ludzkiego genomu nie będzie możliwe – mimo protestów i zakazów – zatrzymanie badań nad „ulepszaniem” człowieka. Co więcej, takie eksperymenty staną się koniecznością, gdy – po upowszechnieniu środków komunikacji kosmicznej – dojdzie do kolonizacji naszej galaktyki i ludzie będą zmuszeni przebywać w innych warunkach niż ziemskie. Wyobraźnia Dysona sięga daleko – snuje on perspektywy tworzenia nowych zwierząt i roślin, zdolnych do życia na innych ciałach niebieskich, dopuszcza nawet ewentualność podziału gatunku ludzkiego w nowych warunkach. Wizja to, przyznam, przerażająca, rodem z Nowego, wspaniałego świata Huxleya. Rozwój nauki doprowadzić może do jeszcze poważniejszych zmian w trybie życia naszych potomków. Neurotechnologia stworzy możliwość kontrolowania mózgu, a nawet oddziaływania na odległość (radiotelepatii, czyli bezpośredniego przekazywania informacji z mózgu do mózgu za pomocą połączonych przekaźników i odbiorników radiowych). To już zupełny koszmar. Jak obronić się w takim świecie np. przed reklamą? W swoich prognozach Dyson posuwa się, moim zdaniem, za daleko. Mówi np. o możliwości stworzenia w przyszłości „mózgów kolektywnych” czy nawet o osiągnięciu nieśmiertelności przez istoty rozumne, które niekoniecznie będą musiały przypominać człowieka. Zdaje się, że siedemdziesięciokilkuletni fizyk zbytnio uwierzył w moc nauki. Bez wątpienia jednak współczesna technika otwiera przed nami ogromne możliwości. Niezmiernie ważne jest zatem, by z osiągnięć nauki korzystali ludzie odpowiednio uformowani moralnie. Niektóre owoce cywilizacji, jak np. wykorzystywanie energii jądrowej czy inżynieria genetyczna, mogą się wszak stać narzędziem zniszczenia. Dyson podkreśla konieczność „postępu etycznego”, w tej dziedzinie jednak jego wizja nie jest spójna – przyznaje zarazem, że w świecie, w którym ziemia pozostanie „muzeum kultury”, a życie rozprzestrzeni się na całą galaktykę (może nawet spotkamy obcych), brak będzie „absolutnych standardów dobra i zła”. Przed chaosem ma, zdaniem amerykańskiego fizyka, uchronić przyszłą ludzkość bliżej nie określona przez niego religia, która stanowić będzie „siłę równą nauce”. Ten sąd nie został dostatecznie uargumentowany – maniaków religijnych, posługujących się radiotelepatią wobec ludzi (?) żyjących „poza dobrem i złem”, obawiałbym się bardziej niż naukowców. Oby światy Dysona pozostały domeną wyobraźni. (skg) Freeman Dyson, Światy wyobraźni, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, seria: Z maszyną.
Chronos i Kairos
Tymczasem dewizą naszych czasów jest nieustanne przyspieszanie, w którym gubi się odpowiedzialność, refleksja, właściwe zrozumienie rzeczy, poznanie długotrwałych procesów i niemożliwe staje się przechowywanie danych (bo co kilka lat starzeją się standardy). Zmieniamy Ziemię, zanim zdążyliśmy ją zrozumieć. Nasze coraz pospieszniejsze decyzje i działania nie odpowiadają dalekosiężnemu zrozumieniu ani ciężarowi spoczywającej na nas odpowiedzialności. Autor zachęca do tego, by zwolnić, wychylić się z pogoni za natychmiastową korzyścią. Wśród szeregu zaludniających książkę metafor znalazło się więc przeciwstawienie: kairos – chronos, dwóch greckich rodzajów czasu. Żyjemy w cywilizacji o skróconej teraźniejszości, w epoce Kairosa, czasie chwilowym, czasie sprytu, czasie dogodnej chwili, natomiast Chronos to czas mądrości, rozwagi i trwania. Piętnem pędzącej wykładniczo epoki naznaczona jest także współczesna nauka. Tymczasem istnieją dziedziny, w których szybka odpowiedź to zła odpowiedź. Krótkotrwałe, błyskotliwe eksperymenty zamiast cierpliwej obserwacji dają nam fałszywą wiedzę o świecie. Rzadko prowadzi się dalekosiężne badania naukowe. Nikt, jak dotąd, nie badał całego, stuletniego albo dłuższego cyklu życiowego gniazda termitów, z właściwą mu sukcesją kilku kolejnych królowych. W badaniach dalekosiężnych nie chodzi bowiem o dowodzenie lub obalanie hipotez, nie ma szybkich publikacji, nie są one związane z modami naukowymi, nie ma dochodowych patentów, trudno zdobyć na nie fundusze, a dzieło całego życia badacza może nie znaleźć kontynuatorów. Jest to także książka o pewnej grupie ludzi, którzy spotkali się w Fundacji Long Now i wspólnie działają na rzecz łączenia przeszłości z przyszłością, uczą umiejętności życia jednocześnie w teraźniejszości i kilku wyobrażonych przyszłościach. Służy temu pomysł Biblioteki Dziesięciu Mileniów i potężnego Zegara, który sprawi, że za pomocą harmonii „odczujemy głęboką, niesłyszalną nutę dziejów”. (fig) Steward Brand, Długa teraźniejszość. Czas, odpowiedzialność i najpowolnieszy komputer świata, tłum. Anna Tanalska-Dulęba, Wyd. CiS, Wyd. W.A.B., Warszawa 2000, seria: Masterminds.
Przełomowy wykład
Tytułowe dwie kultury wywodzą się ze specjalizacji w wykształceniu, która doprowadziła do tego, że humaniści – zwani przez Snowa „intelektualistami o proweniencji literackiej” – i przedstawiciele nauk przyrodniczych (reprezentanci naukowego punktu widzenia) nie umieją się ze sobą porozumieć. Przepaść ta wykopana została pospołu przez reprezentantów obu postaw. Ci pierwsi, uważając nauki ścisłe za rodzaj rzemiosła, umiejętności technicznych, które nie dają prawdziwego wykształcenia tzw. kulturalnemu człowiekowi, mają za złe „przyrodoznawcom”, że przeceniają rolę nauki i postępu technicznego w rozwoju jednostki i ludzkości. Naukowcy zaś utrzymują, że ich adwersarze wykazują całkowity brak dalekowzroczności, są dziwnie obojętni na los swoich bliźnich, i w pewnym głębszym sensie zajmują antyintelektualną postawę, pragnąc ograniczyć sztukę i myśl wyłącznie do aspektu egzystencjalnego. Konflikt ten rozgrywa się na naszych oczach w Polsce. Rząd dusz w mediach sprawują „humaniści”, lansując jedynie słuszny model wykształcenia oparty na znajomości literatury i sztuki, zaś popularyzacja osiągnięć naukowych i technicznych z ogromnym trudem przebija się do świadomości społecznej. (To dziwne, ale humaniści reprezentują na ogół, jak twierdzi Snow, mocno lewicowe poglądy polityczne, a zwolennicy rewolucji naukowej opowiadają się raczej za konserwatyzmem.) Podziały podobne do tych, o których mowa, pojawiają się też w łonie kultury naukowej, gdzie dochodzi do konfliktu uprawiających tzw. naukę czystą (dziś nazwalibyśmy to badaniami podstawowymi) ze zwolennikami technologii i wdrożeń (badania stosowane). Szczycilismy się tym, że badania naukowe, które prowadzimy, nie mogłyby mieć, w jakichkolwiek możliwych do pomyślenia okolicznościach, żadnych zastosowań praktycznych – pisze Snow o czasach własnej pracy naukowej. Dziwne podobne to do sporu kultury literackiej z naukową. I ten konflikt możemy również obserwować na rodzimym gruncie. Zasypanie przepaści między obydwoma kulturami to, według sir Charlesa, konieczność zmian w systemie edukacji: przedłużenie okresu kształcenia ogólnego i zwiększenie odsetka osób kształconych na kierunkach ścisłych i technicznych. Ta część klasycznego tekstu jest najbardziej interesująca z naszego punktu widzenia. W momencie bowiem, gdy staramy się gonić bardziej rozwinięte kraje Europy Zachodniej także pod względem nowoczesnych technologii, zmiany w systemie edukacji, jakie Snow proponuje swym rodakom w 1959 r., dotyczą dziś nas bezpośrednio. Smakowitym fragmentem wykładu jest porównanie systemów edukacji Anglii, USA i ZSRR, z którego wynika, że najlepsze rozwiązania wypracował system sowiecki. Dzięki uczonym, którzy widzą konieczność zmian w edukacji w kierunku zgodnym z rewolucją naukową (dziś też – informacyjną) może udać się, twierdzi C.P. Snow, likwidacja drastycznych różnic w zasobności krajów bogatych i rozwijających się. Przy czym pomoc okazana biedniejszym może przynieść wyłącznie korzyści wszystkim, gdyż jest w stanie zapobiec rewolucyjnym wstrząsom. Niezwykle aktualnie brzmi to po przeszło czterdziestu latach. (mer) C.P. Snow, Dwie kultury, z przedmową Stefana Colliniego, tłum. Tadeusz Baszniak, Wyd. PRÓSZYŃSKI I S-KA, Warszawa 1999, seria: Klasycy Nauki.
Złote runo poezji
Na swoisty klimat książki wpłynęło kilka czynników. Eseje pisane są z myślą o współczesnych poetach i w szczególności do nich adresowane. Pound wykorzystuje swoje pogłębione studia nad filologią romańską i umieszcza w pracy liczne przekłady poezji łacińskiej, prowansalskiej, włoskiej (Dante, Villon), hiszpańskiej (Lope de Vega), miejscami streszczając chansons de geste i romans (Pieśń o Cydzie, Pieśń o Rolandzie, Legenda o Tristanie i Izoldzie, Powieść o Róży). Przedstawiając historyczne i kulturowe tło ich powstania zamieszcza własne uwagi o istocie sztuki i poezji, własną hierarchię poetów. Spośród trubadurów na pierwszy plan wybija się Arnaut Daniel, niewątpliwie najbliższy autorowi. Wydaje się, że właśnie poezja prowansalska stanowi ogniwo łączące najwybitniejsze dokonania średniowiecza. Z niej również miała czerpać Boska komedia, o której Pound mówi: Zawsze napełnia mnie swego rodzaju gniewnym zdumieniem fakt, że ktokolwiek, kto twierdzi, że nieobojętna jest mu poezja, może nie znać języka, w którym poemat ten został napisany. Duch romański to zarazem wskrzeszenie pewnej postawy wobec świata, to śledzenie mistycznego doświadczenia, którego poezje są hermetycznym przejawem, takiego odczuwania rzeczywistości, którego z pewnych względów współczesnej kulturze brakuje. Inspirujące są zwłaszcza te partie, w których autor niejako bocznymi drzwiami wprowadza Szekspira, porównując go do Dantego i Lope de Vegi. Z twórczości nieromańskiej tylko Szekspir zdaje się dorównywać geniuszom twórców średniowiecznych (Dante i Szekspir to olbrzymy. Lope to dziesięć błyskotliwych umysłów w jednym ciele.). Eseje porywają żywiołowością języka i wyrazistością sądów, ujawniając niekiedy bezkompromisowość (czyt. apodyktyczność) 30-letniego Pounda, która w pracy stricte naukowej byłaby cechą niepokojącą, lecz w esejach stanowi dodatkowy walor. Pod ostrze krytyki autora dostają się m.in.: Milton (Bóg Miltona to kapryśny staruszek, który ma jakieś hobby; Milton jest jedynie sekciarski; „Raj utracony” to konwencjonalny melodramat), Petrarka (oliwi i wygładza język, systematyzuje pewną łatwość słownego wyrazu w języku włoskim. Jest to wymarzony autor dla włoskiego studenta prawa, który chce udoskonalić swoje „krasomówstwo”), Whitman (wprowadza okropną atmosferę prawości, która każe Whitmanowi radować się, że jest Whitmanem; udaje, że jest filantropem i wyrządza rodzajowi ludzkiemu wielkie dobro, zapisując swoje samozadowolenie), a nawet Goethe (kiedy rozkosze wypychania zwierząt nie wystarczyły mu już dla zaspokojenia miłości własnej, zwykł radować się faktem, że Kunstler to pojęcie, które kryje w sobie coś szlachetnego i boskiego). Miltonowi przeciwstawia Dantego, Whitmanowi – Villona. Dzieje się tak, ponieważ Wizja Dantego jest rzeczywista, poeta bowiem ją widział. Wiersze Villona są rzeczywiste, ponieważ poeta to wszystko przeżył; tak jak Bertrande de Born, jak Arnaut Marvoil. Pound powołuje kategorię „prawdziwości” w poezji, która decyduje o wartości działań artystycznych i zdaje się pogardzać poetami, którzy „piszą dla pisania”. Ze względu na szczególny urok przytaczanej poezji romańskiej i przebijający przez pracę manifest Pounda, nie tylko artystyczny, książkę polecić można kilkudziesięciu tysiącom poetów w Polsce, ale również każdemu, kto kocha poezję. Paweł Zacharewicz Ezra Pound, Duch romański, tłum. Leszek Engelking, Wyd. CZYTELNIK, Warszawa 1999.
Wierny klasyce
Po niespełna dwudziestu latach ukazuje się książka odpowiadająca wymaganiom czasu, kompetentna i obszerna. Nowa wersja słownika filozoficznego zawiera więcej haseł, te wcześniej zredagowane są nieco rozszerzone i zmienione. W znacznie większym stopniu uwzględniają kontekst historyczny oraz etymologię poszczególnych pojęć i terminów. Warto zauważyć, że filozofia często ociera się o pogranicza socjologii i psychologii, wchodzi też w problematykę należącą do dziedziny przyrodoznawstwa. Autor uwzględnił ten fakt wprowadzając do słownika sporo haseł z pogranicza filozofii i niektórych dyscyplin szczegółowych, przy czym obecność pojęć psychologicznych i socjologicznych szczególnie rzuca się w oczy. Nie dziwi zupełnie obecność terminologii logicznej, wręcz jest ona głęboko uzasadniona, jeśli zważyć, jak ważną rolę odegrali filozofowie w dziejach logiki, a logika w kształtowaniu filozoficznego myślenia o świecie. W naszej tradycji rozmaicie rozumiano pojęcie „filozofii klasycznej”. Podsiad chce, aby jego słownik właśnie w klasyczny sposób ujmował filozofię, a to oznacza filozofię, jaka kształtowała się w śródziemnomorskim kręgu cywilizacyjnym, tzn. filozofię ze źródeł greckich wzbogaconych tradycją judeo-chrześcijańską. To istotne zastrzeżenie, gdyż pewna ważna grupa myślicieli z kręgu filozofii chrześcijańskiej w Polsce chciałaby ograniczyć zakres pojęcia „filozofia klasyczna”. Pozostając jednak wiernym kręgowi myśli chrześcijańskiej, Podsiad szeroko uwzględnia pojęciową tradycję tomistyczną, wyraża się to m.in. w dużej liczbie terminów łacińskich, mających swoje źródło w pismach myślicieli średniowiecznych. Wskazywanie obcych źródeł terminów filozoficznych i ich etymologii jest teraz, w czasie, gdy nawet szkoły wyższe przestają uczyć klasycznych języków, które kształtowały naszą kulturę, bardzo ważne i pouczające. Z pewnością zdarzają się też potknięcia – np. odnośniki do haseł, których nie ma w słowniku: w haśle „alfabet” (to przykład niefilozoficznego terminu omawianego w książce) jest odnośnik do hasła „leksykon”, którego nie sposób znaleźć – jednak wartość tej pozycji dla polskiej literatury filozoficznej, a zwłaszcza kształcenia studentów, trudno przecenić. Jest to praca, uwzględniająca szerokie konteksty kulturowe oraz pojęcia z kręgu idei filozoficznych obcych autorowi, np. współczesnej filozofii analitycznej czy strukturalizmu. Potrafił on jednak w szukaniu uniwersalności zaznaczyć wpływ swoich własnych przekonań filozoficznych. (mit) Antoni Podsiad, Słownik terminów i pojęć filozoficznych, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2000.
Książki nadesłane
|
|
|